Każdy z nas, nawet będąc w tłumie, umiera samotnie

Łukasz Wojtusik: Jak ojciec, będąc katechetą, przybliżał dzieciom zagadnienie śmierci?

Leon Knabit OSB: Od wielu lat nie prowadzę już klasycznej katechezy w szkołach. Nie przypominam sobie, by problem śmierci był jakoś szczególnie omawiany.

Nie da się opowiadać o chrześcijaństwie bez odniesienia do męki Jezusa na krzyżu.

Dzieci nie zasypywały mnie pytaniami z rodzaju: „Dlaczego umieramy? To niesprawiedliwe”. Rozmawialiśmy czasem o obrzędach związanych z pogrzebem, każdy człowiek wcześniej czy później musi wziąć udział w takim wydarzeniu. Pamiętam rozmowę z chłopcem z podstawówki, któremu umarł ojciec. Był najstarszy z rodzeństwa. Powiedziałem mu, że teraz będzie najważniejszym mężczyzną w rodzinie. Przyjął to ze zrozumieniem. W swojej posłudze wielokrotnie stykałem się ze śmiercią, ale w szkole specjalnie nie zajmowaliśmy się tą sprawą.

Czy dziecko należy chronić przed widokiem śmierci?

Przed drastycznym? Tak. Dorosły człowiek ma problem z przyjęciem niektórych brutalnych treści, dziecko trzeba chronić przez zalewem bezsensownych dla niego obrazów.

A czy pozwolić dziecku być przy śmierci bliskiej osoby?

Jeśli umiera babcia lub dziadek, to myślę, że tak. Trzeba jednak wiedzieć, jak dziecku całą sytuację wytłumaczyć. Może pomóc odwołanie się do Boga, możemy mówić o odchodzeniu, przejściu do lepszego świata.

Zabrać ze sobą pięciolatka na pogrzeb?

Prędzej dziesięciolatka. Śmierć często kojarzy się dzieciom ze snem, z którego już się nie obudzimy. Mówmy o śnie, o obietnicy nieba, o tym, że ktoś będzie towarzyszył nam, spoglądał na nas, czuwał nad nami mimo fizycznej nieobecności.

Czy pokazywać dziecku ciało zmarłego?

Tak, jeśli wytłumaczymy, że jest tylko „ramką” dla duszy. Wydaje mi się, że nie można dziecka okłamywać, mówiąc na przykład, że mama wyjechała w długą podróż. Mam wrażenie, że dzieci doskonale wyczuwają moment, gdy próbujemy je zrobić w konia. Metafora długiej podróży jest przydatna, ale nie można dziecku wmawiać, że mama jeszcze wróci. Każdą historię śmierci w rodzinie i zachowania wobec dziecka należy rozważyć indywidualnie, ale uważam, że trzeba w jakiś delikatny sposób przekazać dziecku prawdę, o tym co się stało.

A intymność umierania?

Każdy z nas, nawet będąc w tłumie, umiera samotnie. Mówimy o indywidualnym przeżyciu śmierci. Matka Teresa z Kalkuty towarzyszyła swoim podopiecznym w ostatniej drodze, trzymała ich za rękę. Nie być osamotnionym w śmierci – to ważne. Mówimy: „Módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej”.

Temat śmierci pojawia się z taką samą częstotliwością, jak wiadomości w telewizji informacyjnej, jest obok nas. Śmierć przestała kojarzyć się jako coś ostatecznego, ponieważ cały czas wraca.

Stalin miał ponoć powiedzieć, że jedna śmierć to tragedia, milion – statystyka.

Można zobojętnieć na śmierć? Znieczulić się?

Ksiądz, który siedem dni w tygodniu odprawia uroczystości pogrzebowe, odprowadza rodzinę zmarłego na cmentarz, uczestniczy w pochówku, nie może głęboko emocjonalnie przeżywać każdej z tych tragedii. Powinien współczuć, wykazać się empatią, nie może jednak przesadzić, bo zbzikuje! Z drugiej strony trudno nie współodczuwać, gdy parafianin mówi, że w ciągu roku pochował pięć osób ze swojej rodziny. Chrystus też zapłakał nad Łazarzem.

Wróciliśmy do tematyki biblijnej i przypomniała mi się historia chorego dziecka króla Dawida. Po śmierci chłopca słudzy dziwili się, że władca przestał pościć.

Za życia dziecka Dawid próbował bezskutecznie odkupić winy. Nie udało się, dlatego po śmierci synka mówi: Po cóż mam pościć? Czy zdołam je wskrzesić? Ja pójdę do niego, ale ono do mnie nie wróci. W ten sposób daje impuls do działania, jakby mówił: „Do roboty”. Niektórym wiernym, dla których życie jest wartością absolutną, takie zachowanie może okazać się dziwne, tymczasem Dawid był pragmatykiem.

Jak nie lamentować, jeśli strata boli; jak działać, skoro chce się płakać?

Śmierć daje ci prawo do płaczu i lamentów. Masz prawo pytać Pana Boga: „Dlaczego?”. Nawet jeśli spodziewaliśmy się odejścia z naszego domu osoby starszej, pozostaje pustka.

Cisza. Tu, w Tyńcu, rozumiana jako cisza kontemplacji, dla wdowy po zmarłym może być zabójcza.

Szczególnie gdy każdą chwilę spędzali we dwoje. W takich domach po śmierci słychać tylko tykanie zegara. Boimy się miejsca, w którym każda rzecz przypomina nam o zmarłym. Albo nie chcemy wyjść z pokoju osoby zmarłej. Różne tragedie, różne postawy. Nie ma dwóch podobnych doświadczeń śmierci.

Jak sobie radzić z ciszą?

Niektórzy zagłuszają ją, zapraszając ludzi do wspólnych rozmów o zmarłym i w ten sposób przepracowują traumę. Inni chcą się w tej ciszy zanurzyć. Trzeba tylko uważać, żeby nie przesadzić. Zbyt długa samotność, będąca wynikiem straty, może prowadzić do depresji. Są i tacy, którzy czują obecność zmarłego albo właśnie w ciszy odnajdują ukojenie bólu.

Czy Jezus musiał cierpieć?

Chciał. Chodziło o zmazanie grzechu pierworodnego i przeciwstawienie się złu. Nie zapominajmy, że w śmierci przejawia się właśnie szatan, jest ona skutkiem jego działania. Do momentu przyjścia na świat Chrystusa była ona potwierdzeniem naszej, ludzkiej porażki. Wierzymy, że Jezus pokonał śmierć, zwyciężył szatana i trzeciego dnia zmartwychwstał.

Dlatego głównym symbolem chrześcijaństwa jest krzyż?

Który prowadzi prosto do zmartwychwstania. Wagę spraw, o których rozmawiamy, bardzo dobrze oddaje liturgia Wielkiego Tygodnia. Chrześcijanie głoszą śmierć swojego Pana, Jezusa Chrystusa, czekając na zmartwychwstanie. Wielbimy krzyż Twój, Panie!

Mówimy znowu o zmartwychwstaniu, doświadczeniu, którego nikt nie jest nam w stanie zrelacjonować.

Relacjonują ewangeliści! Choć rzeczywiście, w Nowym Testamencie próżno szukać drobiazgowego opisu zmartwychwstania. Tajemnica. Każdy z nas rozważa ją inaczej, a jak jest naprawdę? Przekonamy się po śmierci (uśmiech).

Często śmierć zaburza, zmienia relacje rodzinne. Jak było w ojca przypadku?

Zawsze brakowało mi taty. Na drodze duchowej poznałem kleryków, którzy pomagali mi, byli substytutami ojca. Pamiętam, że tacie nie można się było sprzeciwiać – z mamą co innego (śmiech), negocjowaliśmy z nią wiele spraw. Z kolei tata mówił raz i nie wracał do sprawy. Tak zostałem wychowany.

W okres dojrzewania wszedł ojciec bez taty, który mógłby, jak przypuszczam, wyznaczyć pewne priorytety.

Mój ojciec wiedział, że myślę o pójściu do seminarium, w tym kierunku szła moja edukacja. Siostra wspominała wprawdzie, że tata na wieść o mojej duchownej drodze miał powiedzieć ponoć: „Po moim trupie”, ale ja tego nie pamiętam.

Teraz tata byłby z ojca zadowolony?

Śnił mi się. Chciał mi przekazać, bym nie był zbyt drobiazgowy i trzymał się tego, co istotne. Pamiętam jego wpis w moim pamiętniku: „O radach matki pamiętaj zawsze, choćby nadeszły dni najkrwawsze, serce przed ludźmi chroń, ojczystej mowy broń”. Rada taty – bym słuchał mamy.

Chciałem zapytać o śmierć Jana Pawła II, która porównywana była do pasji Chrystusa. Patrząc na umierającego papieża, nie mogłem zrozumieć, jak można mówić, że cierpienie uszlachetnia?

Ten sam problem mieli Żydzi z Jezusem. Mesjasz cierpiący na krzyżu? Nie tak wyobrażali sobie finał historii z królem żydowskim. Ksiądz Józef Tischner, zmożony chorobą, gdy już nie mógł mówić, napisał karteczkę: „Nie uszlachetnia”. Cierpienie zawsze niszczy. Tym, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest miłość. A kiedy brakuje miłości? Wtedy łatwiej przychodzą myśli o eutanazji, samobójstwie.

Cierpienie może być ofiarą?

W przypadku świętych męczenników – na pewno. Męczeństwo człowieka oddającego życie za swoje przekonania powinno dodawać nam sił, umacniać w wierze.

Dlatego Jan Paweł II do końca niósł krzyż codziennego cierpienia?

Papież miał świadomość swojej słabości, ale zobowiązał się publicznie wykonywać swoje powołanie, dopóki Pan Bóg go nie wezwie.

Dlaczego Jan Paweł II podjął taką decyzję?

Sumienie nakazywało mu trwać na krzyżu. Kilka lat później kardynał Ratzinger po wyborze na Stolicę Piotrową pokazał, że można inaczej. Zwróćmy uwagę na to, że po złożeniu urzędu Benedykt XVI wyraźnie odżył.

Dzięki temu żyjemy w ciekawych czasach dwóch papieży.

Trzech! Podczas uroczystości kanonizacji Jana Pawła II, której przewodniczył papież Franciszek, wziął także udział papież senior Benedykt XVI!

Jeśli my sami albo ktoś z naszych najbliższych zachorujemy na śmiertelna chorobę, czy należy to traktować jak próbę?

To zwyczajna konsekwencja życia. Nie dajmy się wpuścić w myślenie mistyczne tam, gdzie go nie ma. Wierzący od razu sięga po historię Hioba, a my rozmawiamy o naturalnym biegu życia, które prowadzi do śmierci. Umył się, ogolił się, sukmanę ubrał, położył się po południu na posadzce i wziął i umarł (uśmiech).

Czy jesteśmy się w stanie obejść bez zabijania?

Chyba nie. Trzeba by było zmienić mentalność ludzi, którzy chcą się stawiać ponad innymi. Zabić w człowieku chęć rządzenia światem.

Za dużo w nas gniewu czy za mało pokory?

Nie wiem, trudno jest przejrzeć człowieka na wylot.

A ojciec gniewał się kiedyś na świat, na niesprawiedliwość?

Szlag pobożny czasem człowieka trafia, to prawda (uśmiech). Chciałbym, na przykład, żeby się Putin nawrócił (śmiech). Słuchając informacji o tym, co dzieje się w tak zwanym Państwie Islamskim, o egzekucjach na chrześcijanach i nie tylko, czuję bezradność.

Niektórzy niemoc przekuwają w słowa: „Panie Boże, źle stworzyłeś świat, skoro na to pozwalasz”.

Pan Bóg im odpowie: „Stwórzcie inny”. Gdybyś mógł zobaczyć cały zamysł świata, pewnie byś tak nie gadał. Prymas Wyszyński siedział w więzieniu zły, zbolały, komuniści zabrali mu wszystko, czym żył: nabożeństwa, kontakt z ludźmi. Osamotniony, poniżony, pozbawiony swoich praw siedział i powtarzał: „By więc nikt nie myślał źle o Tobie – Ojcze, / By nikt nie śmiał Cię ukrzywdzić zarzutem surowości, / Boś dobry, bo na wieki miłosierdzie Twoje”.

Nie wszyscy mają w sobie tyle wiary, co prymas Wyszyński. Zadajemy pytania, ale nie ma odpowiedzi.

To zabrzmi niewiarygodnie, ale wierzę, że Bóg schował się w ludzkim cierpieniu. Bóg cierpiał w tobie.

Ale właśnie w chwili cierpienia chrześcijanin woła: „Gdzie jesteś, Boże?”. Słyszałem opowieść z obozu śmierci: jeden ze strażników zapytał rabina: „No i gdzie jest ten wasz Bóg?”. Rabin wskazał na ciało zmarłego dziecka i powiedział: „Tutaj”.

To obraz trudny do zrozumienia, obraz człowieka wielkiej wiary.

Lżejszy kaliber pytań na koniec.

Trochę się obawiam.

O co?

O zdrowie naszych czytelników (śmiech).

Trzy cechy charakteru, które musiał ojciec w sobie zabić, przychodząc do zakonu.

Nudna opowieść się szykuje. Cieszyłem się z tego, że będę benedyktynem. Nigdy nie ciągnęło mnie do życia rodzinnego, nie marudziłem, że nie znajdę sobie żony, ponieważ jej nie szukałem.

Stara się ojciec żyć według „Reguły” św. Benedykta. Który jej punkt stanowi największy problem?

W moim wieku? Żaden (uśmiech). Dla niektórych nie do zniesienia byłoby pewnie ubóstwo. Do pieniędzy nigdy nie przywiązywałem wagi, nie miałem do nich ręki. Lubię mówić i słuchać. W naszym zakonie ważne jest posłuszeństwo – tak mną kierowano, że udawało się bez większych zgrzytów i z tym poradzić. Posłuszeństwo wyniosłem z domu, mój tata tylko raz mówił: „Koniec”. W domu nigdy nie oberwałem niesprawiedliwie, kilka razy nie miałem racji. W 1950 r. oddałem się niewolę Matce Bożej. I przepadłem (uśmiech).

Podczas wojny i po niej napatrzyłem się na ludzi biednych, nieszczęśliwych. Przyglądałem się im i ogarniała mnie radość. Z entuzjazmem poszedłem do seminarium, traktując kapłaństwo jako świadomy, dojrzały wybór. Naprawdę to rodzaj łaski, żadna w tym moja zasługa. Taki jestem w środku. Nie pasuję do obrazka księdza z problemami. Chociaż miałem dziewczynę, zaprzyjaźniliśmy się, trochę pokochali (na szczęście – nie erotycznie!) i nie bez smutku rozstali. Powiedziała: „Tak musi być, trudno”. Co jakiś czas przychodziły do mnie wieści od niej. Wiem, że wyszła za mąż, miała dzieci, została wdową, w końcu zmarła. Dziś byłbym wdowcem.

Wychodzi z tego typowa historia księdza bez problemów i dylematów.

Nuda, prawda?

Często spotykam duchownych, którzy zmagają się z różnymi słabościami.

Nie można ważyć, liczyć, ile zostawiłem, co poświęciłem. Jak w małżeństwie. Jeśli zaczniemy kalkulować – nic z tego nie będzie. Ja staję i mówię: „Nic nie zostawiłem, wszystko mam tutaj i już mam sto razy tyle”.

Spotkałem księży, którzy celibat traktują jak wyrzeczenie, Opowiadali mi o tym, jak bardzo się poświęcają, wyszło na to, że dla mnie. Ja nie marudzę, że nie mam drugiej żony.

(śmiech).


Leon Knabit OSB, Łukasz Wojtusik Dusza z ciała wyleciała. Rozmowy o śmierci i nie tylko Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC // zdjęcia Adam Golec.

Złota Brama. Ikona Poczęcia NMP

Kontemplacja ikon wprowadza człowieka w samo centrum żywego nurtu tradycji. Kiedy czytamy ikonę, to nie tylko odkrywamy objawione słowo Boga, nie tylko poznajemy treść, którą Bóg odsłonił przed człowiekiem, nie tylko odkrywamy jego ustalone i ściśle określone znaczenie, ale zanurzamy się w samym słowie, zostajemy zatopieni w żywym tchnieniu Ducha, który prowadzi nas ku Bogu. Dlatego każda ikona jak każde słowo Boga jest czymś żywym, otwartym, co możemy odkrywać nieustannie, czym możemy się delektować, coraz bardziej zatapiając się w nowych strumieniach ożywczego tchnienia Ducha.

W kontemplacji nie chodzi jednak tylko o to, żeby poznać Jego natchnienia. Istotne jest raczej to, by przekroczyć formę, żeby patrząc na widzialne, wychylić się w kierunku niewidzialnego, żeby doświadczyć samego Ducha i od Niego czerpać światło, bo to On jest prawdziwym światłem w ikonie.

Kontemplacja ikony powinna zatem prowadzić do jej przekroczenia. Powinna wieść do rozpoznania Tego, który przez nią przepływa, poznania tego strumienia światła, które przez to przedstawienie wpada do naszego świata.

Bardzo często kanon w ikonopisarstwie jest rozumiany jako skamielina, która zdołała zamknąć w sobie promień Bożej prawdy. Boga jednak nie da się zamknąć. On jest prawdą nieustanie przelewającą się ze źródła, nieustannie opromieniającą wszystko, co istnieje. Dlatego też ikona nie jest zwykłym obrazem, ale oknem. W pewnym sensie można nawet powiedzieć, że nie daje nam gotowego słowa, ale poczyna je w nas. Ono tym bujniej wzrasta i mocniej wybrzmiewa w ludzkim sercu, im głębiej zaglądamy w ikonę, przekraczając jej powierzchnię.

Odczytanie ikony, które jest przeniknięciem pod powłokę formy, wymaga jednak dużego i długotrwałego zaangażowania. Do tego, żeby wejść i wpasować się w strumień Ducha, trzeba wpatrywać się nie tylko w ikonę, ale trzeba wpatrywać się też w siebie i odczytywać tam ślady opromieniającego nas światła. Trzeba w pewnym sensie dostrajać do niego swoje życie i trzeba zapomnieć, że świat ikony i świat naszego życia to dwie różne rzeczywistości. One muszą zacząć zlewać się w jedną całość. Przy takim odczytaniu zaczyna się zmieniać kierunek przenikania: światło z ikony wpada w nasz świat, ale jest ono obrazem nie jakiegoś innego świata, ale naszego, tyle że już spełnionego i doskonałego.

Jest taki typ ikony, który w swoich różnorodnych nazwach wyraża to wszystko o czym właśnie wspomnieliśmy. Mowa o przedstawieniu Nieoczekiwana radość albo inaczej Poczęcie lub Spotkanie w Złotej Bramie. Przedstawia ona scenę spotkania Joachima i Anny – rodziców Najświętszej Maryi Panny. Cała opowieść wyrażona na ikonie, która jest zaledwie pretekstem i obrazem, dzięki któremu zostaje uwolnione o wiele obfitsze światło Bożej prawdy, zaczerpnięta jest z apokryficznej Protoewangelii Jakuba, pochodzącej z II w. Według tego podania Joachim i Anna, chociaż byli sprawiedliwi, to jednak bardzo cierpieli z powodu braku potomstwa. W kulturze semickiej bezdzietność była uważana za brak łaskawości Boga z powodu grzesznego życia, a więc była po prostu postrzegana jako przekleństwo. Dlatego doszło nawet do tego, że kiedy Joachim chciał złożyć w świątyni ofiarę Bogu, to został z niej wyrzucony. Po tym znieważeniu uciekł na pustynię, gdzie modlił się ze łzami. W tym samym czasie Anna modliła się o litość Boga. Po czterdziestu dniach ich modlitwy i płaczu obojgu jednocześnie objawił się anioł, zapowiadając, że Anna pocznie dziecko, które będzie wielką radością dla całego świata. Joachim czym prędzej pobiegł wtedy do miasta, Anna natomiast wybiegła z domu na spotkanie małżonka. Spotkali się w Złotej Bramie i tam wpadli sobie w ramiona. To spotkanie stało się początkiem nowego etapu ich życia, bo wtedy właśnie poczęła się „Nieoczekiwana Radość”.

 

Ikona ta, podobnie jak opowieść, jest świadectwem pewnej tradycji. W swojej głębszej warstwie opowiada o pięknej i wytrwałej miłości, o ciemności, którą miłość może rozproszyć, o dniu, który zawsze nadchodzi, nawet po najdłuższej nocy, i o tym, że taka właśnie miłość jest płodna w ogromną i nieoczekiwaną radość. Ze względu na historię Joachima i Anny ikona ta bardzo często jest szczególnie czczona przez bezdzietne małżeństwa, które uporczywie i z ogromną nadzieją czekają na potomstwo.

Taka jest historia tej ikony i taka tradycja stoi u podstaw formowania się jej kanonicznego kształtu, ale przecież tradycja jest żywa. Ikona chce powiedzieć nam więcej, niż się spodziewamy, chce nas mimo wszystko zaskoczyć zawsze nieoczekiwaną radością i zawsze nową i olśniewającą prawdą. Dlatego opowiada nie tylko o nocy cierpienia i poranku radości, ale też o tym, skąd się bierze prawdziwe światło rozpraszające tę noc, oraz o tym, kiedy to światło się poczyna. Wszak ikona ta jest przedstawieniem sceny poczęcia Tej, która nosi miano Jutrzenki lepszej przyszłości.

Ikona poczęcia Bożej Rodzicielki jest więc słowem o miłości i jedności człowieczeństwa, którego pełnię stanowi mężczyzna i kobieta. Jedności, która nie jest tylko psychologicznym dopasowaniem, zgodnością charakterów i tym podobne, ale początkiem ostatecznego spełnienia. Ta ikona jest przepełniona złotem, które wylewa się i przenika przez każdą jej szczelinę. Nie tylko stanowi tło, przenika bramę, w której spotykają się Anna i Joachim, ale też wypełnia samo miasto. Jego domy zatem są mieszkaniem Światłości, bo i w samej ikonie wszystko jest zanurzone w Bogu. Wszystko jest Nim wypełnione. Miasto, w którego bramie doszło do spotkania, to oczywiście Jerozolima, a właściwie Święte Jeruzalem zstępujące z nieba od Boga, które w apokaliptycznej wizji jest utożsamiane z Oblubienicą Baranka (zob. Ap 21,9–27). Pierwszą miłością, która tutaj się rodzi, jest zatem ta między Oblubieńcem-Chrystusem i Oblubienicą-Świętym Miastem Jeruzalem. A ono to przecież nic innego jak Kościół święty. Ciałem Oblubienicy są zatem ludzie, a jednocześnie Ciało to jest utkane z miłości Chrystusowej. I dlatego na ikonie to miasto wyraża jedność najpełniej realizującą się w przebóstwionej i uduchowionej miłości mężczyzny i kobiety, która jednak nie jest jednością zacierającą różnicę, ale wyostrzającą indywidualną tożsamość każdego z nich, co w rzeczywistości tylko wyostrza ich piękno i czyni zdolnymi do zjednoczenia. Uduchowiona miłość wyrażona w kształtach miasta również, pomimo swojego przebóstwienia, nie niszczy niczego, co ludzkie. Taka jest bowiem natura zjednoczenia z Bogiem i w Bogu, który jest najwyższą miłością. Ona pragnie zjednoczenia, pragnie również adorować Tego, którego kocha, i dlatego nie dopasowuje umiłowanego do siebie, nie niszczy, ale przenika i rozświetla.

Co ciekawe, prawda tej ikony skupia w sobie jednocześnie zaczątek realizacji zamysłu Bożego, obecnego przed wiekami, z prawdą o ostatecznym zjednoczeniu, kiedy to Bóg stanie się wszystkim we wszystkich. I to nie wszystko: w przestrzeni rozciągającej się między początkiem i końcem Boskiego działania zawiera się również prawda o jedności świata, którą Bóg ustalił, stwarzając go. Pierwsze wersety Księgi Rodzaju opisują, w jaki sposób Bóg tworzy świat – oddzielając i porządkując jego elementy. Oddziela światłość od ciemności, morza od lądów, dzień od nocy, aż w końcu stwarza mężczyznę i kobietę i w tym ostatnim akcie stwórczym pozostawia nam również ślad Bożego procesu różnicowania, dzięki któremu dwoje może stanowić jedno w miłości. Ta prawda objawiona w Piśmie Świętym znajduje swoje odzwierciedlenie także na ikonie.

W centrum znajdują się dwie postacie: mężczyzny i kobiety, wtulonych w siebie tak ściśle, że ich zlewające się ze sobą szaty wydają się tworzyć jedną całość. Ich twarze lgną do siebie, a wzrok się spotyka. Ale i tutaj indywidualne cechy nie zostają zatarte, ale właśnie przez akt zjednoczenia stają się jeszcze bardziej uwydatnione. Widać to w każdym szczególe, jak na przykład w sposobie namalowania stóp. Obleczone w sandały na ikonach oznaczają dojrzałość i męstwo, natomiast zakryte są cechą charakterystyczną bądź wieku dziecięcego, bądź kobiecości. Na ikonie Joachim swoją stopą przydeptuje szatę Anny, co oznacza, że to on czuwa nad jak najpełniejszym wyrazem jej kobiecości.

Ikona Spotkania opowiada zatem nie tylko historię poczęcia Najświętszej Maryi Dziewicy. Jest uniwersalnym obrazem spotkania męskości z kobiecością, Oblubieńca z Oblubienicą, Boga z człowiekiem. Spotkania jednoczącego, które nie prowadzi do zniszczenia, ale do wzajemnego dopełnienia, w którym rodzi się pełne piękno własnej tożsamości, która nie może rozbłysnąć w odosobnieniu. Cud jednoczącej miłości polega właśnie na tym, że im bardziej wpatrujemy się w ukochaną osobę, tym bardziej stajemy się sobą. Im bardziej dbamy o drugiego, tym bardziej wzrastamy. Różnica zatem nie jest źródłem ciemności, ale światła. Ona jest przestrzenią spotkania i zjednoczenia, zaś spotkanie w różnorodności jest odkryciem nieoczekiwanej radości, która poczyna się w akcie wzajemnego obdarowywania się i wzajemnej adoracji.

Ogromnym cudem zatem jest również to, że wydarzenie poczęcia Maryi ukazane na tej ikonie jest właściwie pierwszym aktem realizacji planu zbawienia. Po upadku człowieka, odejściu od Boga, rozbiciu świata na kawałki i zranieniu ludzkiej natury egoizmem właśnie w taki sposób dokonuje się wkraczanie Boga w historię. Tutaj wypełnia się pierwszy akt, a właściwie rozgrywa się preludium przyjścia Syna Bożego, który ma wszystko naprawić. To światło, które zaczyna lśnić w tym typie ikony, jest zatem pierwszym akordem uobecnienia się w świecie odwiecznego zamysłu Boga – pierwszym wybłyskiem Słowa wydobywającym się z Błogosławionego Milczenia – a słowem tym jest miłość.

Dokładnie to samo, co ta ikona wyraża, dzieje się podczas jej kontemplacji. Człowiek spogląda przez okno na Boga i Jego idealny świat, zupełnie inny od naszego. I w tym spojrzeniu spotyka spojrzenie Ojca, wpatrującego się w naszą rzeczywistość – zupełnie inną od Jego rzeczywistości. Niebo łączy się z ziemią, w serce wstępuje nieoczekiwana radość, a Boża miłość staje się udziałem ludzi.


Nadia Miazhevich, Jan P. Strumiłowski OCist Ikony Zbawienia Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Zwiastowanie. Melodia teologii

W Zwiastowaniu Syn Boży bezpośrednio wkracza w historię ludzkości. Nazwa ikony upamiętniającej to zdarzenie po rosyjsku brzmi Благовещение (Błagowieszczenije), co dosłownie można przetłumaczyć jako „dobre wieszczenie” (Благо – dobre, вещение – wieszczenie), czyli po prostu Dobra Nowina.

Na pierwszym planie widzimy dwie postacie: Maryję i Archanioła Gabriela. Gabriel obwieszcza Maryi ową Dobrą Nowinę o Jej wybraniu i poczęciu Zbawiciela w Jej dziewiczym łonie. Problem tylko w tym, że cała postać Maryi zdaje się reagować na tą Dobrą Nowinę nie wybuchem radości, ale wręcz przeciwnie: jej postawa i gesty (np. mocno skłoniona głowa) świadczą raczej o powadze, uniżeniu i pogodzeniu się z tym, co najgorsze. Sam tekst Ewangelii również świadczy, że Maryja na widok Anioła zmieszała się i zaczęła odczuwać obawę, po czym jako pokorna służebnica zgodziła się (przyjęła) wszystko, co Bóg na nią zesłał („Niech mi się stanie”; Łk 1,38).

Przestrach wspomniany przez Łukasza Ewangelistę i zaznaczony na ikonie nie dziwi, zważywszy na kontekst całego wydarzenia. Maryja jest młodą kobietą (dziewicą) zaślubioną Józefowi, która jeszcze „nie zna męża”. Stan błogosławiony, w którym znalazła się za sprawą Ducha Świętego, oznacza dla niej perspektywę posądzenia o cudzołóstwo, co mogło sprowadzić na nią karę śmierci. Jednak nie tylko o ten ludzki strach tutaj chodzi.

Maryja na ikonie jest przedstawiona jako królowa zasiadająca na tronie. Odziana jest w purpurowe, czyli królewskie szaty. Kolor ten jest jednak również barwą męczeństwa. A więc i tron, na którym siedzi, jest tronem jej Syna – pełnym cierpienia i bólu. Spod czerwonej, wierzchniej szaty przebija błękit, który jest kolorem wskazującym zarówno na głębię ducha, jak też na poznanie wielkich tajemnic Bożych. To poznanie sprawia, że Maryja jednocześnie poznaje ogrom spoczywającej na niej odpowiedzialności i przyszłego cierpienia, ale też daje jej wewnętrzną siłę do tego, żeby zgodzić się na każdy Boży plan.

Istotne przesłanie możemy odczytać także z ułożenia Jej dłoni. Prawa wykonuje gest wyrażający zarówno modlitwę, jak i pytanie skierowane do anioła. Lewa jest opuszczona. W bardzo wielu wersjach tej ikony Maryja w trzyma w tej ręce nić lub włóczkę, co nie oznacza jedynie czynności przędzenia, ale daje wyraz teologicznej prawdzie, że z własnej krwi i własnego ciała utkała Ona Ciało Zbawiciela. Nie dziwi zatem to, że w cerkwiach ikonę Zwiastowania umieszcza się zazwyczaj na Carskich Wrotach otwierających dostęp do ołtarza, a więc do miejsca, na którym uobecnia się Najświętsze Ciało i Krew Chrystusa.

Anioł natomiast jest przedstawiony tak, jakby robił nienaturalnie duży krok w kierunku Maryi, co mówi zarówno o jego naturze (posłany), jak i o tym, że przekracza ogromną przepaść dzielącą niebo i ziemię. Jego lewa noga jest lekko zgięta, co sugeruje gest pokłonu i adoracji, co świadczy zarówno o królewskiej godności Maryi, jak i uznaniu przez anioła jej wyższości, bo w oczach Boga człowiek pełen łaski jest istotą aniżeli najwyższy anioł. Gabriel w jednej ręce trzyma laskę, która jest symbolem władzy. Maryja jednak, o czym świadczy Ewangelia, doskonale rozumie naturę anioła. Wie, że jest on posłańcem i reprezentantem Jahwe, chociaż więc rozmawia z Nią anioł, ona wyraźnie odpowiada Bogu.

To przenikanie obecności samego Boga przez postać anioła jest zaznaczone tutaj również przez barwę szat posłańca. Niebieski kolor świadczy, że anioł jest spowity obecnością Boga. Barwa ta wpada w zieleń – kolor Ducha Świętego i życia, co koresponduje z wewnętrzną szatą Maryi, bo przecież w tym wydarzeniu za sprawą Ducha począł się w niej Syn Boży. Także gest drugiej dłoni anioła wskazuje na uobecnienie w Jego postaci mocy Boga. Anioł bowiem błogosławi, wyciągając rękę w kierunku Maryi. Co jest ciekawe, jego wyciągnięta dłoń jest ułożona w taki sposób, że poprowadzony od niej promień krzyżuje się z Boskim promieniem spływającym na Maryję z góry. Krzyżują się one dokładnie na Jej głowie, co oznacza, że jest Ona rzeczywiście błogosławiona.

Tłem ikony jest miasto – Nowe Jeruzalem. Maryja na przedstawionej scenie dopiero poczęła Słowo, Kamień Węgielny tego Miasta, a jednak Jeruzalem jest już całe w swoim pięknie i ogromie. Nad głową Maryi z kolei wisi materiał (płótno), którego obecność w języku ikon podkreśla bardzo ważne wydarzenia zbawcze. I co ciekawe, splot tych wszystkich elementów, kiedy je kontemplujemy, zaczyna tętnić, pulsować i wirować, odsłaniając coraz głębsze pokłady ukrytego sensu zamkniętego w Zwiastowaniu.

Nie trudno dostrzec tutaj wyraźną analogię do pewnych figur, które mogliśmy zauważyć już w ikonie Błogosławionego Milczenia. Tutaj także, uobecnione przed czasem, Nowe Jeruzalem wskazuje na pewne wątki sofiologiczne. Oznacza to, że cała scena w tym cudownym akcie jest spowita Bożą Mądrością, w której wszystko już się dokonało. We Wcieleniu realizuje się przecież odwieczny zamysł Boga.

Jeśli jednak całe to wydarzenie jest otulone Boską Mądrością, a samo zwiastowanie jest pierwszym aktem realizacji tego planu, który odwiecznie istnieje w Bożej Mądrości, to również wszelkie gesty Maryi nabierają zupełnie nowego kolorytu. Oto okazuje się, że Wcielenie nie dokonuje się tylko w jej łonie, to znaczy nie jest tylko tak, że w tym wydarzeniu odwieczny Syn Boży poczyna się jedynie w ludzkim ciele niczym zupełnie odrębny i obcy temu światu. Przez ukazane na ikonie Miasto Jeruzalem, które już jest w pełni zbudowane, wydaje się ona mówić, że dzięki Wcieleniu wszystko, co na ikonie jest przedstawione, realizuje w sobie odwieczny zamysł Stwórcy, że Bóg ze swoim stworzeniem nie spotyka się tylko w tym małym, właśnie poczętym ludzkim ciałku, ale dosłownie we wszystkim, a wszystko zaczyna uczestniczyć w odwiecznym planie Boga.

Ikona Zwiastowania nabiera zatem zupełnie nowego wydźwięku w zestawieniu z przedstawieniem Błogosławionego Milczenia. Zestawienie takie nie tylko pomaga nam wydobyć nowe refleksy wybłyskującego z ikony światła, ale wskazuje na specyficzną formę lektury kontekstualnej, która jest jak najbardziej właściwa. Właściwym i pierwotnym miejscem ikony jest przecież ikonostas, zatem każda ikona w swoim naturalnym toposie jest otoczona innymi, co powoduje, że spontanicznie dostrzegamy coraz to nowe treści. Ikonostas jest przestrzenią, która sprawia, że każdy gest umieszczony na danej ikonie spontanicznie odnajduje współbrzmienie w potężnej melodii teologii wyznaczonej przez poszczególne prawdy objawione. I jak każda oddzielna ikona sama w sobie stanowi pewnego rodzaju opowieść lub melodię utkaną z pojedynczych tonów, tak ikonostas jest kompozycją potężnej symfonii objawiającej swoją doskonałą harmonią piękno Stwórcy.

Przypomnijmy sobie zatem jeszcze dokładniej wymowę pierwszej ikony: milczącą zgodę Syna na wszystko, co ma się wydarzyć – Jego błogosławione milczenie. Dokładnie to samo milczenie, ta sama świadomość tego, co nieuchronnie ma się stać, chociaż jest pełne trudu i cierpienia, i ta sama milcząca zgoda w scenie Zwiastowania staje się udziałem Maryi.

Podczas stwarzania świata, w Wielkiej Radzie, to Syn swoim milczeniem powiedział pierwszy: „Niech mi się stanie”. Teraz On wkracza w historię, a Maryja jest pierwszą, która doświadcza pełni Jego obecności i niczym echo powtarza za głosem rozbrzmiewającym w jej sercu: „Niech mi się stanie”.

I staje się: Błogosławionym Milczeniem… błogosławioną milczącą. I od tego momentu już stale w swoim sercu Maryja chowa każde słowo i w milczeniu je rozważa, mówiąc nieustanne „tak”.


Nadia Miazhevich, Jan P. Strumiłowski OCist Ikony Zbawienia Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Wewnętrzne rozbicie

Trzeba sobie zdawać sprawę z prawdy, że żyjąc na ziemi, jesteśmy w ognisku nieustannej walki duchowej. O tym się nie mówi, bo wydaje się to staroświeckie. Natomiast nieustannie jesteśmy zagrożeni presją pożądań, namiętności, pokus i lęków. Bardzo łatwo to samemu zaobserwować. Przy czym zasadniczo walka toczy się o dwie sprawy, z którymi Zły bezwzględnie walczy, wykorzystując do tego celu nie tylko zło, ale także nasze dobre intencje i działania klasycznie nazywane dobrymi, np. pobożność, czy wierność Prawu, jak pokazuje Ewangelia. To nie ulega zmianie i tak samo dotyczy dzisiejszych czasów w sposób jeszcze poważniejszy, ponieważ my tamten przykład mamy za sobą i powinniśmy być mądrzejsi. Niestety tak nie jest.

Jak już wcześniej pisaliśmy, Bóg stworzył ludzi do życia, obdarzając wolnością, rozumem, zdolnością poznania, zdolnością komunikowania się z innymi, sumieniem, a ponadto położył oko swoje w ich sercu, aby im pokazać wielkość swoich dzieł (Syr 17,8). Zostaliśmy stworzeni w ten sposób, abyśmy mogli uczestniczyć w stwarzaniu nas samych, byśmy mieli wybór tego, kim będziemy. Bóg nie chce doprowadzić nas do pełni bez naszej zgody, bez naszego wyboru, bez naszego udziału w drugim etapie stworzenia, w którym obecnie jesteśmy.

Przykładem koronnym tego procesu poznania i wybierania własnej tożsamości jest przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Przy drodze leżał człowiek pobity na pół umarły. Obok przechodzili: kapłan, lewita i Samarytanin. Ten ostatni zobaczył pobitego:

wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go (Łk 10,33–34).

Dla Samarytanina sytuacja od razu niosła w sobie wezwanie do pomocy, mimo że poszkodowany nic nie mówił, o pomoc nie prosił, bo był pewnie nieprzytomny. Od razu pojawia się sens, logos, który domaga się z naszej strony odpowiedzi. W zależności od tego, jak na ten logos będący wezwaniem dla nas odpowiemy, stajemy się: czy bliźnim tego pobitego, czy obojętnymi, obcymi dla niego, tak jak to się stało z kapłanem i lewitą. Odpowiedź przez nas dana wynika z wewnętrznego dialogu w nas, dialogu, który streszcza się w zatroskaniu. W przypadku kapłana i lewity można je streścić w pytaniu: Co mogę stracić, gdy podejdę i pomogę? To jest pytanie od strony naszego ego, zatroskanego o siebie. Kiedy wybieramy zgodnie z jego lękiem, wzmacnia się nasz egocentryzm i stajemy się egoistami. Oczywiście dla usprawiedliwienia znajdziemy wiele racji, w których uzasadnieniu może nam pomóc odpowiednia ideologia i nawet religia. W przypadku kapłana i lewity usprawiedliwieniem mogła być myśl, że mogą zaciągnąć nieczystość i w związku z tym nie mogliby służyć w świątyni, do której zdążali. Jednak fakt pozostaje faktem: stali się egoistami i obcymi dla tego człowieka. Natomiast Samarytanin, który był klasycznym wrogiem Żydów, zareagował z wnętrza swojego sumienia. Jego reakcja wynikała z zatroskania o dobro drugiego: Co się tobie stanie, gdy ci nie pomogę?! „Wzruszył się głęboko”, jak pisze Ewangelista, i przez gest miłosierdzia stał się bliźnim pobitego. Zobaczył w tym człowieku drugie „ja” we wspólnym człowieczeństwie. W ten sposób przez szczery bezinteresowny dar z siebie, przez miłość nieobłudną rodzi się prawdziwe Ja. Kiedy jeszcze powiążemy ten gest miłosierdzia z wypowiedzią Pana Jezusa: Coście uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40), dotykamy niesamowitej głębi tego gestu: miłosierdzia wobec samego Chrystusa!

Jak widać, w naszych decyzjach najważniejsze nie jest to, co zrobimy, na ile jest to zgodne z prawem, zasadami itd., a także na ile jest to skuteczne, ale to kim się stajemy przez to, co zrobiliśmy! Fundamentalną sprawą jest nasza odpowiedź na logos, sens, który pojawia się w konkretnej sytuacji. Z odpowiedzi na wezwanie owego logosu rodzimy się jako bliźni lub jako obcy wobec samego Chrystusa, zamknięci w sobie. W tym momencie wybieramy życie, które jest komunią miłości albo śmierć, która jest osamotnieniem i zamknięciem we własnej pustce. Nieustannie toczy się w nas walka. Pytanie, co wybierać, jak wybierać, żeby wybierać życie? Okazuje się, że formalnie przeżywane prawa, nawet asceza, pobożność, modlitwy, ofiarność mogą być martwe. Św. Paweł pisze o tym jednoznacznie w Hymnie o miłości w 13. Rozdziale Listu do Koryntian:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadł wszelką wiedzę,
i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał –
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic mi nie pomoże (1 Kor 13,1–3).

Św. Paweł wymienia w tych wersetach najwyższe wartości religijne. Nawet one też mogą być wykorzystane przez Szatana i skończyć się jego tryumfem. Są tylko dwie rzeczy, których Szatan nie może wykorzystać i z którymi zawsze walczy: autentyczna więź z Bogiem i jedność w miłości z innymi ludźmi.

Bezwzględnie atakuje autentyczną modlitwę, czyli autentyczne spotkanie z Bogiem, które wyrasta z prawdziwego odkrycia misterium, które nas przerasta, a jednocześnie jest w nas i nie pozwala nam być w pełni zaspokojonymi tym, co osiągamy tu na ziemi. Jednocześnie to misterium jest źródłem naszej tożsamości, a tym samym poczucia własnej godności i odpowiedzialności, która nie pozwala nam postępować niesprawiedliwie. Bez autentycznej relacji z Bogiem ciągle pozostajemy na zewnątrz siebie pozbawieni własnej tożsamości, a przez to mało przytomni w życiu.

Walka w tym wymiarze w sposób szczególny ujawnia się podczas medytacji, gdy chcemy być tylko przed Bogiem i dla Niego. Okazuje się wówczas, że do głowy przychodzi nam tysiąc różnych pomysłów, różnych uczuć, wspomnień, wrażeń itd. Wszystkie one nas odciągają od obecności przed Bogiem. Okazuje się, że nie potrafimy być tak po prostu wobec misterium w pokoju i trwaniu. Doświadczamy wówczas, jak naprawdę jesteśmy w centrum duchowej walki.

Drugi kierunek ataku Złego odnosi się do naszych relacji z innymi. Podobnie bezwzględnie stara się on zniszczyć jedność między ludźmi. Mówiąc w kategoriach podanych wyżej, stara się nie dopuścić do spotkania ja–ty we wspólnocie „my”, czyli do czegoś, co jest dla każdego z nas jedyną szansą, żeby się stać sobą według Bożego zamysłu. Okazuje się, że bez problemu znajdujemy wiele racji i powodów, dla których możemy mieć „słuszne pretensje” do kogoś, bo nie jest taki, jaki powinien być, nie zrobił tego, co powinien lub po prostu zrobił coś niedopuszczalnego itd. W tej materii nie trzeba się bardzo wysilać, zawsze znajdziemy dostatecznie dużo racji, aby odciąć się od innych, czuć do nich niechęć, a nawet nienawiść. Trzeba pamiętać, że Szatan jest oskarżycielem braci (zob. Hi 1–2; Ap 12,10) i to on podsuwa nam wszystkie oskarżenia. Chodzi mu przede wszystkim o to, żeby nas osamotnić, żeby wzmacniać nasze ego i coraz bardziej zamykać w sobie w izolacji od innych. Budowanie jedności wymaga dużego wysiłku, a przede wszystkim wymaga zdecydowania, by mimo rozmaitych powodów trwać w jedności i wzajemnej miłości.

Systemy totalitarne działają dokładnie według zasad szatańskich. W nich widać wyraźnie atak na te dwa wymiary naszego życia: zachwiać poczucie własnej tożsamości zakorzenionej w Bogu i rozbić jedność między ludźmi. Kiedy ludzie są zatomizowani, to łatwo nimi manipulować i zastraszyć ich. Podobnie, gdy nie mamy zakorzenienia wewnątrz siebie, gdy brak nam poczucia własnej godności, łatwo nas zniszczyć. Musimy pamiętać, że duchowa walka dotyczy wpierw i przede wszystkim tych dwóch wymiarów naszego życia i toczy się w każdym z nas.

Dlatego te dwa wymiary są najważniejsze. Streszcza je podwójne przykazanie miłości. Sam Pan Jezus powiedział o nich, że są najważniejsze:

«Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?» On mu odpowiedział: «Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy» (Mt 22,36−40).

Autentyczna więź z Bogiem i autentyczna więź z bliźnimi są ze sobą bardzo mocno powiązane. Pisze o tym Św. Jan:

Umiłowani, miłujmy się wzajemnie,
ponieważ miłość jest z Boga,
a każdy, kto miłuje,
narodził się z Boga i zna Boga.
Kto nie miłuje, nie zna Boga,
bo Bóg jest miłością (1 J 4,7n).

Nieco dalej św. Jan dodaje, aby nikt nie miał żadnych wątpliwości:

Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawi­dził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi (1 J 4,20).

Podwójne przykazanie miłości: miłość Boga i bliźniego, trzeba niewątpliwie rozszerzyć o miłość siebie, gdyż bliźniego mamy kochać „jak siebie samego”. Nie można kochać bliźniego, gdy się nie kocha siebie, a miłość siebie wyrasta z uświadomienia sobie tego, że zostaliśmy obdarowani życiem i wszystkim, że sami dla siebie jesteśmy darem. Wynika zatem z odkrycia misterium naszego zakorzeniania w Bogu i pozytywnej odpowiedzi na to nasze zakorzenienie. Tą pozytywną odpowiedzią jest wdzięczność i miłość.

Nasza miłość w tych trzech wymiarach nie polega na emocjonalnym przeżywaniu, na duchowych uniesieniach, ale realizuje się konkretnych czynach, w praktyce, w życiu, w żywych relacjach. O miłość trzeba walczyć. Rozpoznaje się ją po owocach, a nie po deklaracjach, po mniemaniach, uniesieniach, intencjach. Św. Paweł w dalszej części hymnu o miłości wymienia je: łaskawość, cierpliwość, brak zazdrości, ufność, pokój, opanowanie, przebaczenie, ufna wierność, pokora (zob. 1 Kor 13,4–8). Dopiero takie owoce pokazują, czy idziemy drogą Bożą, czy nie. Bez odkrycia tajemnicy nieprawości nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, o co naprawdę w naszym życiu chodzi, czy przeżywamy je godnie, czy umiemy talenty, którymi zostaliśmy obdarowani, właściwie spożytkować, czy może w swoim zalęknieniu chowamy je (zob. Mt 25,24n), żyjemy jak egoiści i jesteśmy od początku martwi. Albo – albo.

Zarówno relacja do Boga, jak i więź z innymi wymagają z naszej strony nie tylko troski, ale zdecydowania i wysiłku, aby je budować. Miłość nie działa automatycznie, lecz wymaga pielęgnowania. Oczywiście na początku może być zafascynowanie, zakochanie, ale kiedy przychodzi szarość codzienności, to cichnie i pozostają przyziemne problemy, które trzeba przerastać. Budowanie jedności wymaga stałego wysiłku. O miłość trzeba walczyć. I tu się okazuje dopiero, czy rzeczywiście wybieramy miłość i życie, czy ulegamy tej fatalności ciała i jak mówi św. Paweł: robimy nie to, co chcemy, ale to, czego nienawidzimy. Życie jest walką i wymaga rozpoznania, a następnie zdecydowania woli. To musi być mocne zdecydowanie i nieustanny wysiłek, aby nie zostać zniszczonym, zmanipulowanym, zwiedzionym przez Złego. W tej dziedzinie Bóg nas obdarzył sumieniem.


Włodzimierz Zatorski OSB Dar wolności a tajemnica nieprawości Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Modlitwy do św. Scholastyki

Święta Scholastyka była bardzo silnie związana ze swoim bratem. Święty Grzegorz w „Dialogach” opisuje ich ostatnie spotkanie. Benedykt z nadejściem wieczoru chciał je przerwać i wrócić do  klasztoru – zgodnie z zasadami „Reguły”. Scholastyka, która nadal chciała rozmawiać z Benedyktem o sprawach Bożych, zaczęła gorąco się modlić, by Pan powstrzymał jej brata przed powrotem na Monte Cassino. Wówczas niebo pokryło się chmurami i rozpętała się burza, tak że Benedykt nie mógł powrócić na noc do klasztoru. Pozostał więc – choć wbrew sobie. Wyjaśniając przyczynę, dla której Bóg wysłuchał modlitwy Scholastyki, Grzegorz napisał: „Jest w tym głęboka sprawiedliwość, że więcej osiągnęła ta, która więcej kochała”. Kilka dni później Benedykt zobaczył duszę swej siostry, „ulatującą w postaci gołębicy w głębiny niebios”.

Hymn

Ciebie dzisiaj wysławiamy,
o Scholastyko, co w niebie
jako przykład niewinności
oraz łaski nam jaśniejesz.

Tyś naszego Prawodawcy
żyła duchem i nauką;
połączyły was na zawsze
wspólny grób i wspólna chwała.

Ciebie Chrystus jeszcze dzieckiem
dla miłości swojej zdobył:
dochowałaś Mu wierności,
całe życie Mu oddając.

Tą miłością rozpalona,
jej potęgą zajaśniałaś,
bo umiłowałaś bardziej
niż twój brat i nauczyciel.

Wreszcie jak gołąbka biała
uleciałaś na niebiosa,
bo tęskniłaś całe życie
za niebiańskim Oblubieńcem.

Pomóż teraz i nam także
tak przyjmować łaski Boże,
byśmy pośród sług Baranka
mogli śpiewać Jego chwałę. Amen.

Ant. Duch mój i serce moje * radośnie wołają do Boga żywego.

Psalm 84

Jak miłe są Twoje przybytki, *
Panie Zastępów!

Dusza moja stęskniona
pragnie przedsionków Pańskich, *
serce moje i ciało
radośnie wołają do Boga żywego.

Nawet wróbel znajduje swój dom,
a jaskółka gniazdo, †
gdzie złoży swe pisklęta: *
przy ołtarzach Twoich,
Panie Zastępów, Królu mój i Boże!

Szczęśliwi, którzy mieszkają
w domu Twoim, Panie, *
nieustannie wielbiąc Ciebie.

Szczęśliwi, których moc jest w Tobie, *
którzy zachowują ufność w swym sercu.

Przechodząc suchą doliną,
w źródła ją zamieniają, *
a wczesny deszcz
błogosławieństwem ją okryje.

Mocy im będzie przybywać, *
ujrzą na Syjonie Boga nad bogami.

Panie Zastępów, usłysz modlitwę moją, *
nakłoń ucho, Boże Jakuba.

Spójrz, Boże, tarczo nasza, *
wejrzyj na twarz Twojego pomazańca.

Doprawdy, dzień jeden
w przybytkach Twoich *
lepszy jest niż innych tysiące.

Wolę stać w progu mojego Boga *
niż mieszkać w namiotach grzeszników.

Bo Pan Bóg jest słońcem i tarczą, †
On hojnie darzy łaską i chwałą, *
nie odmawia dobrodziejstw
żyjącym nienagannie.

Panie Zastępów, *
szczęśliwy człowiek, który ufa Tobie!

Chwała Ojcu i Synowi, *
i Duchowi Świętemu.

Jak była na początku, teraz i zawsze, *
i na wieki wieków. Amen.

Ant. Duch mój i serce moje / radośnie wołają do Boga żywego.

Prośby:

Przez wstawiennictwo świętej Scholastyki módlmy się za Kościół katolicki, a zwłaszcza za kobiety. Chryste, przez męczennice, które siłą ducha pokonały słabość ciała, udziel swemu Kościołowi męstwa w doświadczeniach. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez święte dziewice, które umiłowały Ciebie jako jedynego Oblubieńca, spraw, aby nic nas nie odłączyło od Twojej miłości. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez kobiety zamężne, które żyjąc w świętym małżeństwie wzrastały w łasce, udziel swemu Kościołowi apostolskiej płodności. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez wdowy, które w modlitwie i gościnności znosiły i uświęcały swoją samotność, spraw, aby Kościół objawiał światu tajemnicę Twojej miłości. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez matki, które urodziły i wychowały dzieci dla Królestwa Bożego i ludzkiej społeczności, spraw, aby Twój Kościół zrodził wszystkich ludzi do życia wiecznego. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez wszystkie kobiety, które zasłużyły na oglądanie blasku Twojego oblicza, daj wszystkim zmarłym Twego Kościoła udział w wiecznej radości. Wysłuchaj nas, Panie.

Ojcze nasz…

Modlitwa

Boże, dzięki Twojej łasce święta Scholastyka zajaśniała blaskiem niewinności, spraw, abyśmy przez życie wierne chrześcijańskiemu powołaniu, podobali się Tobie i mogli radować się Tobą w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.


Fragment z Modlitewnika benedyktyńskiego

Praktykuj modlitwę Jezusową!

Od 7 lipca rusza nowy sezon rekolekcji „Oddychać Imieniem. Modlitwa Jezusowa”. Jej wprowadzenie ma na celu lepsze zrozumienie zewnętrznych ram medytacji chrześcijańskiej, doświadczenie medytacji we wspólnocie oraz otwarcie się na doświadczenie medytacji każdego z uczestników rekolekcji.

Harmonogram spotkań 2017 / 2018:

Tygodniowe:

  • 16 – 20.08.2017

Weekendowe:

  • 7 – 9.07.2017
  • 1 – 3.09.2017
  • 20 – 22.10.2017
  • 17 – 19.11.2017
  • 1 – 3.12.2017
  • 5 – 7.01.2018
  • 16 – 18.02.2018
  • 9 – 11.03.2018
  • 13 – 15.04.2018
  • 4 – 6.05.2018
  • 1 – 3.06.2018

Program rekolekcji:

Piątek:

  • 16.00 – Wprowadzenie dla tych, co są po raz pierwszy na rekolekcjach
  • 17.00 – Nieszpory
  • 17.30 – Rozpoczęcie
  • 18.15 – Kolacja
  • 19.30 – Wigilie
  • 20.20 – Medytacja (20 min.)

Sobota:

  • 6.00 – Jutrznia
  • 6.30 – Msza Św. konwentualna
  • 7.30 – Śniadanie
  • 8.30 – Metanie (praktyka pokłonów)
  • Medytacja (20 min.)
  • Konferencja
  • Medytacja w ruchu
  • Medytacja (20 min.)
  • Czas wolny
  • 12.15 – Medytacja (25 min.)
  • 12.50 – Modlitwa południowa
  • 13.00 – Obiad, odpoczynek
  • 15.00 – Medytacja (25 min.)
  • Konferencja
  • Medytacja w ruchu
  • Medytacja (25 min.)
  • 17.00 – Nieszpory
  • 18.00 – Kolacja
  • 19.30 – Wigilie
  • 20.30 – Medytacja (20 min.)

Niedziela:

  • 6.20 – Metanie (praktyka pokłonów)
  • Medytacja (20 min.)
  • Medytacja w ruchu
  • Medytacja (20 min.)
  • 7.30 – Jutrznia
  • 8.00 – Śniadanie
  • 9.00 – Medytacja (2 x 25 min.)
  • 10.10 – Modlitwa przedpołudniowa
  • 10.30 – Msza Św. konwentualna
  • 12.00 – Ceremonia koła
  • 13.00 – Obiad

Zapisy i rezerwacje:

tel. (12) 688 5 450, rezerwacje@jg.benedyktyni.com

Rezerwacji prosimy dokonywać od poniedziałku do piątku w godzinach:

8:00 – 16:00


Materiały pomocnicze w praktyce modlitwy Jezusowej:

Modlitwa serca i mistyka serca

Przetransponowane na płaszczyznę duchową starożytne teorie medyczne i psychologiczne dotyczące serca wzbogaciły słownictwo biblijne. W ten sposób wypracowano „mistykę serca” cechującą całą tradycję duchową. Tradycja ta jest jednak sprzeczna z inną tradycją, która pod wpływem platonizmu i intelektualizmu neoplatońskiego usiłowała zawęzić psychiczną rolę serca do samej uczuciowości. Eliminowała tym samym posługiwanie się przenośnym znaczeniem słowa kardia, wprowadzonym do języka greckiego przez Septuagintę i Nowy Testament. Termin ten króluje natomiast w mistyce Pseudo-Dionizego. Wyraźne różnice między duchowością wschodnią a zachodnią zależą przede wszystkim od tego, w jakiej mierze tradycja ta wpływała na jej kształtowanie na Zachodzie i Wschodzie. Na łacińskim Zachodzie – przede wszyst­kim dzięki Wulgacie i autorom pozostającym pod silnym wpływem słownictwa biblijnego, takim jak św. Augustyn czy spadkobierca duchowości wschodniej Kasjan – szeroko stosowano słowo „serce”, tym bardziej, że łacińskie słowo cor już od starożytności klasycznej było podatniejsze na używanie go w znaczeniu przenośnym, niż jego grecki odpowiednik kardia.

Jednak te sposoby stosowania słowa „serce” pozostały na płaszczyźnie słownictwa i nigdy nie znalazły swego odbicia w prawdziwej koncepcji serca. Kiedy usystematyzowano ten temat, dokonano tego według psychologicznego schematu platońskiego, przyznając sercu dziedzinę afektywną i wolitywną. „Modlitwa serca” pokrywała się więc z modlitwą afektywną przeciwstawianą modlitwie dyskursywnej czy umysłowej. Jak się zdaje, na Wschodzie wyrażenie „modlitwa serca” nigdy nie zostało w ten sposób ograniczone. Jeżeli odróżniano niekiedy mo­dlitwę serca od modlitwy rozumu jako czystość serca i czystość umysłu, czyniono to, by podkreślić poziom, a nie naturę, gdyż umysł był „szczytowym punktem” serca. Taka mistyka serca pozostaje w zgodzie z teorią serca wypracowaną w wy­niku transpozycji starożytnych fizjologicznych i psychologicznych teorii dotyczących serca.

W tej perspektywie mistyki serca mieści się bizantyńska mistyka hezychazmu. Jednakże przeniesienie pojęcia „serce” na płaszczyznę duchową, tak oczywiste u Pseudo-Makarego, Diadocha, Hezychiusza i innych autorów chrześcijańskich okresu starożytnego, nie jest już tak wyraźne w traktatach hezychastycznych XIV w.:

Usiądź – mówi do swego ucznia mnich Nicefor w swej księdze O wstrzemięźliwości czyli straży serca – skoncentruj swój umysł (nous), wciągnij ten umysł w otwór nosa, przez który tchnienie (pneuma) wchodzi do serca; pchnij go, zmuszając, by z oddechem natchnionym przeniknął do twego serca.

Słowo „serce” nie oznacza tu wyłącznie rzeczywistości duchowej, ale także serce cielesne, którego narządem jest rozum. W hezychazmie istnieje technika duchowa, która nawiązuje do starożytnych teorii fizjologicznych i psychologicznych dotyczących serca zgodnie z ich transpozycją dokonaną wcześniej przez starożytnych autorów chrześcijańskich.


Antoine Guillaumont Pałacem Chrystusa jest serce. Szkice o modlitwie Jezusowej Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Poszukując doskonałości

Jakiś rodzaj poszukiwania doskonałości spotyka się prawie we wszystkich wielkich religiach, a jego jakość jest w naturalny sposób zależna od tego, jaką wartość mają te religie same w sobie. Mamy tu do czynienia z głębokim dążeniem ludzkiej duszy. Ciekawe jest śledzenie, w jaki sposób naturalny instynkt religijny i wymagania życia wspólnotowego przyczyniały się do tworzenia ram instytucjonalnych i zwyczajów odpowiadających temu pragnieniu doskonałości. Widać to wyraźnie, na przykład, u judejskich esseńczyków, co potwierdzają rękopisy odnalezione nad Morzem Martwym, czy także w klasztorach buddyjskich. Eremitów i cenobitów spotykamy również w religiach niewywodzących się z objawienia.

U początków chrześcijaństwa Pan Jezus położył nadprzyrodzone fundamenty życia religijnego z jego potrójnym ukierunkowaniem. Z nauczania Chrystusa można również wyprowadzić rozróżnienie na to, co jest przykazaniem, oraz na to, co jest radą. Pan dał nam to wszystko w celu osiągnięcia pełni – najintymniejszego zjednoczenia z Bogiem. Do takiej relacji z Nim skłania zresztą każdego chrześcijanina moc wypływająca z chrztu. Ale są też i tacy – uprzywilejowani przez łaskę, waleczni, oddani – których życie w pełni „religijne” zapewni w sposób łatwiejszy i pełniejszy realizację jedynego ideału chrześcijańskiego, przyczyniając się jednocześnie w większym stopniu do rozwoju i świętości Mistycznego Ciała Kościoła. Podkreślmy tu jednak dobitnie, że osobista doskonałość nie jest w sposób konieczny związana ze stanem życia mniszego ani też w ogóle ze stanem życia konsekrowanego.

Przez pierwsze trzy wieki wytworzenie zorganizowanego życia religijnego było trudne. Wystarczało wielkie świadectwo męczenników oraz przestrzeganie obserwancji (ascezy) surowszej od tej, którą praktykował ogół wiernych. Asceci, dziewice (niekiedy konsekrowane) i pobożne wdowy podtrzymywali ten płomień. Już wówczas konieczne było – w zależności od przypadków – pewne odosobnienie. Bez kategorycznego zerwania ze społeczeństwem, prowadząc zwykłe życie, odczuwali oni jednak potrzebę życia „osobnego”. Te uduchowione osoby były czasami nazywane filozofami, miłośnikami prawdziwej mądrości.

To, że przed św. Antonim byli asceci – mężczyźni i kobiety – którzy wycofywali się w samotność, aby oddać się Bogu, nie ulega wątpliwości. Ale – jak się wydaje – to oddalenie się od świata nie było konsekwentne. Całkowite i niejako oficjalne zerwanie ze światem byłoby czymś budzącym zdziwienie w otoczeniu pogańskim i tak już skłonnym do uznawania chrześcijan raczej za niebezpiecznych odszczepieńców, niż nieszkodliwych dziwaków. W czasach Orygenesa przy różnych okazjach drwiono i ostro krytykowano tych „nieużytecznych”, którzy pod pretekstem zajmowania się wyłącznie Bogiem nie robili nic i szukali wszelkiej okazji, aby oddawać się lenistwu. W Kościele już wtedy odróżniano „kontemplatyków” od ludzi prowadzących życie „aktywne”: czyż ten podział nie wynika z natury rzeczy?

Zadawano sobie pytanie – i historycy nadal je sobie zadają – jaki wpływ na początki monastycyzmu wywarły prześladowania; czy monastycyzm był szczególną formą kontynuacji męczeństwa. Badacz Louis T. Lefort wśród pierwszych eremitów widział „zdane na łaskę pustyni resztki uciekinierów z rzeszy chrześcijan, którzy zbiegli w góry przed prześladowaniami”. Czyż jednak z samotnością wynikającą z okoliczności nie mamy do czynienia tylko w odosobnionych przypadkach? Pierwotna asceza ujawniała pewne analogie z męczeństwem i jego całkowitym darem: mnisi i pisarze kościelni będą chętnie podkreślać tę bliskość.

Inne pytanie: kto jest „wynalazcą” właściwego życia pustelniczego? Według św. Hieronima był nim św. Paweł Pustelnik, a św. Antoni był tylko słynny (illustrator). Ale czyż jego Żywot świętego Pawła nie jest tylko pobożną opowieścią, dla której życie konkretnej osoby być może było tylko pretekstem?

Pewniejszym źródłem jest biografia św. Antoniego napisana w latach 357–365 przez biskupa aleksandryjskiego św. Atanazego, chociaż także i on dodawał to i owo od siebie, kreśląc obraz chrześcijanina doskonałego, idealnego mędrca, kogoś podobnego do „gnostyka” w nauce św. Klemensa Aleksandryjskiego. W tym czasie krążyły też już bez wątpienia anegdoty, sentencje, apoftegmaty – dokumenty bardzo cenne i pełne kolorytu – w których można znaleźć dosłownie wszystko: rzeczy wzniosłe i dziecinne, godne naśladowania i niemożliwe do praktykowania. Zbiór ten powiększa się wraz z upływem czasu.

Najbardziej wnikliwa analiza źródeł wskazuje, że patriarchą monastycyzmu był św. Antoni. Jego poczynania były – o ile można tak powiedzieć – najbardziej spektakularne, swoim przykładem pociągnął też rzeszę naśladowców. Dla zrozumienia zjawiska monastycyzmu konieczne jest stwierdzenie, że ruch ten rozpoczął się od osobistego pragnienia skupienia i samotności, które cechowało jego prekursorów. Po stracie rodziców w wieku osiemnastu czy dwudziestu lat Antoni wybrał się pewnego razu do kościoła, rozmyślając po drodze o tym, jak Apostołowie pozostawili wszystko, aby pójść za Jezusem, oraz o dobrowolnym wyrzeczeniu się bogactw przez pierwszych chrześcijan z Jerozolimy. Było to pierwsze wezwanie do przestrzegania rad ewangelicznych. Wszedłszy do kościoła, usłyszał fragment Ewangelii: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną! (Mt 19,21), który go poruszył. Dlaczego mielibyśmy podejrzewać św. Atanazego, że nieco podkolorował tę scenę powołania, której oddziaływanie będzie trwało aż do końca świata? Antoni – na długo przed św. Franciszkiem z Asyżu – oddaje sąsiadom swój niewielki majątek: sześć hektarów dobrej ziemi, jak mówi św. Atanazy – „żyznej i bardzo pięknej”; ruchomości rozdaje ubogim. Młodszą siostrę oddaje pod opiekę do domu konsekrowanych dziewic – wiemy zatem, że takie domy już wówczas istniały.

I tak stopniowo, ucząc się u boku doświadczonych ascetów – zauważmy, że tacy byli już wcześniej oraz że konieczność naśladowania mistrzów narzucała się od samych początków – Antoni rozsmakowuje się w samotności i zaczyna sam mierzyć się z „wielką pustynią”. Miał wówczas prawie trzydzieści pięć lat. To właśnie z niej i z jej wezwania wyrosło i rozkwitło życie monastyczne. Pustynia na zawsze powinna być jego znakiem. Antoni wkrótce boleśnie doświadczył, że nie spodobało się to demonowi. Ataki diabelskie wciąż trwają, choć w formach mniej odczuwalnych – gdyż pustynia jest jakby „wielkim murem” chroniącym monastycyzm, nienaruszalną klauzurą – claustra, jak powie św. Benedykt, pracownią, w której można bezpiecznie posługiwać się tym, co nazywa „narzędziami sztuki duchowej”. Do pełnej tajemnic pustyni egipskiej docierało się szybko. Tereny uprawne pomiędzy Nilem a Pustynią Libijską z jednej strony i Pustynią Arabską z drugiej miały szerokość zaledwie około dwunastu kilometrów, nawet od strony Pustyni Libijskiej, gdzie znajdowały się największe miasta. Pustynia Arabska zaczynała się miejscami nawet kilkaset metrów od rzeki. Można było zatem znaleźć się na pustyni w ciągu zaledwie kilku godzin.

Pustynia to obszar zalany intensywnym światłem, które sprawia, że wibruje powietrze, które przenika wszystko aż do największej głębi; to ziemia wielkiej ciszy, ogołocenia; to bezcenne ramy życia dla duszy pociągniętej obecnością, wszechmocą i wystarczalnością Pana. O tym, jak te okolice wyglądały, interesująco pisze Louis Bertrand w tekście Nad Nilem. Nie brakowało tam starych grobowców, starożytnych umocnień i budynków wojskowych, w których Antoni mógł znaleźć schronienie. Pierwsze porzucenie świata, które trwało około dwudziestu lat, w niczym nie naruszyło zdrowia, dobrego humoru i troskliwej miłości pustelnika do ludzi.


Dom Augustin Savaton OSB Wartości fundamentalne monastycyzmu Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Sentencje Ojców Pustyni

Myśl dobrze o tym, kto jest dobry z natury. I o każdym człowieku miej dobre myśli // Talazjusz z Libii

Nigdy nie rozpaczajmy, lecz przechodźmy przez życie będąc dobrej myśli, pamiętając o weselu i radości, jakie nam ono daje // Jan z Karpatos

Z całych swoich sił strzeż się, by nie upaść. Upadek nie przystoi bowiem temu, kto jest silny i walczy. Jeśli jednak to ci się zdarzy, natychmiast się podnieś i na nowo podejmij dobrą walkę // Jan z Karpatos

Wyciszenie ciała jest stanem uporządkowania zachowań oraz odpowiadających im odczuć. Wyciszenie duszy zaś to opanowanie myśli i niezmienna straż umysłu // św. Jan Klimak

Początkiem wewnętrznego pokoju jest oddalenie wszelkiego zamętu, który wprowadza zamieszanie w głębi duszy. Końcowy jego punkt zaś to wyzbycie się lęku w obliczu wszelkich zamętów i pozostawanie wśród nich niewzruszonym // św. Jan Klimak

Wyciszenie (hezychia), modlitwa, miłość i wstrzemięźliwość to czterokonny zaprzęg, który wprowadza umysł do nieba // Talazjusz z Libii

Zmiękcz ciało postem i czuwaniami, a odpędzisz swego kata – myśl o przyjemności // Talazjusz z Libii

Beznamiętność (apatheia) to brak skłonności do zła. Nie można tego osiągnąć bez miłosierdzia Chrystusa // Talazjusz z Libii

Dobre serce wydaje dobre myśli. Jaki bowiem jest skarbiec, takie i myśli // Talazjusz z Libii

Jeśli chcesz wyzwolić się od wszystkich namiętności naraz, podejmij wstrzemięźliwość, miłość i modlitwę // Talazjusz z Libii

Zamknij swe zmysły w twierdzy wyciszenia (hezychii), żeby nie wciągały duszy do swoich działań // Talazjusz z Libii

Usiłuj kochać każdego człowieka na równi, a oddalisz w ogóle wszelkie namiętności // Talazjusz z Libii

Modlitwa jak promień tryska z duszy i warg modlącego się, rozprasza mocą Bożą intelektualną truciznę wlaną przez wrogie siły do duszy // Orygenes

Szatan pomniejsza drobne uchybienia, bo tylko w ten sposób może poprowadzić do większego zła // Św. Marek Eremita

Nie chciej słuchać o podłościach innych ludzi, bo przez takie pragnienie przenikają do ciebie rysy tych podłości // Św. Marek Eremita

Jest więc rzeczą stwierdzoną, że nieznajomość nauk nikogo nie wyklucza z osiągnięcia doskonałości oraz że brak wykształcenia nie stanowi przeszkody dla uzyskania czystości serca i duszy // Św. Jan Kasjan

Wiara rodzi się z trudu i prostoty serca. Trud buduje wiarę, prostota zaś czyni ją stałą // św. Jan Klimak

Co jest dobrego poza Bogiem? Pozostawmy Mu więc wszystko, co nas dotyczy, a naprawdę będzie nam dobrze. Kto bowiem jest dobry, obdarza dobrem także innych // Ewagriusz z Pontu


Szymon Hiżycki OSB, Jacek Zelek Jak żyć według Ojców Pustyni? Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

„Przebaczyć Bogu”, „przebaczyć sobie”. Odwaga wypowiedzenia swoich żalów

Brak przebaczenia ma swoje źródło w głębokiej wewnętrznej pretensji, żalu, że nie dzieje się tak, jak „powinno”, jak tego oczekuję, że nie otrzymuję tego, co „powinienem” otrzymać, że cierpię, a życie przecież powinno być radością. Pretensja do konkretnych osób, jaka się rodzi w sercu, w istocie jest przejawem fundamentalnego żalu do samego życia, a właściwie do Boga, który to życie nam dał. Zazwyczaj nie dochodzimy świadomie do tej zasadniczej pretensji, zamykając się w konkretnym zranieniu przez kogoś. Odsłonięcie fundamentalnej pretensji budzi bowiem przerażenie, wstrząsa samymi podstawami naszej egzystencji. Zamknięcie się w konkretnej urazie jest łatwiejsze, a nawet jest dla nas wygodne, bo stwarza nam wewnętrzne usprawiedliwienie: oto jesteśmy pokrzywdzeni, jesteśmy „cier­pią­cymi sprawiedliwymi”, jest to zatem ro­dzaj ucieczki od prawdy.

Problem przebaczenia paradoksalnie wiąże się z koniecznością odkrycia w sobie i wypowiedzenia wszystkich złych myśli i uczuć, jakie w sobie nosimy. Zwykle spychamy je w nie­świadomość, staramy się je stłumić, zaprzeczyć im, bo odsłaniają w nas mroki naszego serca. Walka z rodzącymi się pretensjami na zasadzie spychania ich w nieświadomość, pociąga za sobą jednocześnie wybór siebie jako tego, który „jest porządny, nieskalany takim brudem”. Tym samym jednak jest to wybór „ja” idealnego – wyobrażenia o sobie i próba utrzymywania życia na tej iluzyjnej płaszczyźnie. W tym punkcie dotykamy chyba jednego z naj­trudniejszych wewnętrznych problemów, przed jakim każdy z nas stoi: swojej autentyczności. Żeby przebaczyć prawdziwie i osta­tecznie, przebaczyć z serca (por. Mt 18,35), trzeba, co stanowi przedziwny paradoks, dopuścić do swojej świadomości osobiste pretensje i żal, czyli cały egzystencjalny ból zranienia w jego pełnym wymiarze i stanąć w nim wobec prawdy. To stanowi zasadniczą treść Księgi Hioba, wspaniałego poematu o spo­rze człowieka z Bogiem.

Po epoce prorockiej, kiedy powstawał ten poemat, dla Żydów Bóg był jednoznacznie dobry, a nawet był źródłem wszelkiego dobra. Takiego Boga głoszą psalmy. Powtarza się w nich jak refren werset: Wysławiajcie Pana, bo dobry, bo łaska Jego na wieki (Ps 118,29). Jego dobroć głoszą prorocy nawet w najtrudniejszych dla narodu chwilach, jak np. Jeremiasz: Wychwalajmy Pana Zastępów, bo dobry jest Pan, bo łaska Jego na wieki (Jr 33,11). O Jego dobroci mówią nawet Lamentacje napisane po upadku Jerozolimy: Dobry jest Pan dla ufnych, dla duszy, która Go szuka (Lm 3,25). Jego dobroć dla wyznawców jest niezawodna: Dobry jest Pan, On obroną w dniu niedoli; zna tych, którzy Mu ufają (Na 1,7). Ten obraz niepodważalnej dobroci Boga zostaje w poemacie o cierpiącym słudze Bożym Hiobie skonfrontowany z jego prawdziwym nieszczęściem i cierpieniem.

Dopiero cierpienie i głębokie przeżycie za­wodu z powodu braku realizacji naszego pragnienia, załamanie się oczekiwań w wymia­rze ostatecznym, pozwala poruszyć najgłębsze pokłady naszej duszy. W sporze ze swymi przyjaciółmi Hiob przemawia z zupełnie innej płaszczyzny egzystencjalnej. Przyjaciele, obrońcy Boga, uznając za całą tradycją religijną niepodważalność dobroci Boga, wnioskują, że nie czyni On człowiekowi niczego złego bez przyczyny, zatem Hiob musi poszukać w sobie winy, wyznać ją Bogu i prosić o darowanie jej, a wówczas otrzyma od Niego ponownie błogosławieństwo. To rozumowanie jest logiczne, ale nie wychodzi z e­gzy­stencjalnego doświadczenia, lecz z przy­ję­tych założeń i będąc nawet formalnie słuszne, nie dotyka żywej prawdy. Bowiem takie poznanie wynikające z rozumowania pozostaje zewnę­trzne, nie przenika serca.

Pretensje i żale każdy z nas w sobie nosi. Jedni obnoszą się z nimi, budując na nich swoją „sprawiedliwość”, inni, często ci „szla­chet­niejsi”, tłumią je w sobie, starając się za wszelką cenę być dobrymi dla wszystkich, wszystko pozytywnie przyjmować, a o Bogu niewzruszenie myśleć pozytywnie. W zakresie samej doktryny czy moralności jest to słuszne postępowanie, ale jeżeli naprawdę chodzi o o­so­bowe spotkanie, wtedy to nie wystarczy.

Podobnie w małżeństwie (w Biblii często jest ono obrazem więzi Boga z człowiekiem) nie wystarczy uparte założenie, że współmałżonek jest dobry i pragnie dla nas dobra. Niewątpliwie takie założenie pomaga w utrzy­mywaniu właściwej relacji, ale nie wystarczy. Trzeba niejako „dotknąć serca”, poznać i roz­wiązać wszelkie problemy i konflikty nie tylko moralne, ale także emocjonalne i duchowe. Tylko wtedy może nastąpić autentyczna, żywa więź. W relacji do Boga też nie chodzi jedynie o moralną uczciwość, ale o pełne zjed­noczenie w sercu. Dlatego tłumione w ser­cu żale i pretensje powinny zostać z Nim skonfrontowane.

W relacji: pan – sługa czy bardziej dzisiaj zrozumiałej: szef – podwładny, wystarczy uczciwość moralna, rzetelność w wykonywaniu swoich obowiązków ze strony pracownika, a ze strony szefa sprawiedliwe potraktowanie. W takiej tonacji opisuje relację do Boga przyjaciel Hioba, Bildad:

Jeśli do Boga się zwrócisz,
i błagać będziesz Wszechmocnego,
jeśliś jest czysty, niewinny,
to On zaraz czuwać będzie nad tobą,
uczciwy twój dom odbuduje.
I choć był skromny u ciebie początek,
to koniec będzie wspaniały (8,5–7).

Jeżeli rzeczywiście taki jest model relacji Boga do człowieka, to ze względu na fakt, że Bóg jest Stwórcą i absolutnym władcą, nie mo­że być mowy o jakiejkolwiek pretensji ze strony człowieka, nigdy nie będzie on miał racji.

Spotkanie z Bogiem wyłącznie na płaszczyźnie: Bóg (Stwórca, Pan, Władca) – człowiek (stwo­rze­nie, sługa, niewolnik) skłania, a właściwe zmusza człowieka do postawy uległości i czci bez jednoczesnego dotknięcia całej prawdy swego serca. Wówczas człowiek może przeżywać swoją relację jedynie w kategoriach spełniania stawianych mu wymagań, z jednoczesnym poczuciem swojej naturalnej słabości i bra­ku jakichkolwiek szans wygrania w konfrontacji z Bogiem-Stwórcą. Taka konfrontacja z góry jest przegrana:

Ja wiem, że tak jest.
Jak człowiek może być przed Bogiem prawy?
Gdyby się ktoś z Nim prawował,
nie odpowie raz jeden na tysiąc.
Umysłem mądry, a potężny mocą.
Któż Mu się sprzeciwi, a ocaleje?
Przesunie On góry, choć one nie wiedzą,
kto je wywraca w swym gniewie.
On ziemię porusza w posadach,
tai iż się trzęsą jej filary.
Słońcu daj rozkaz, a ono nie wschodzi,
na gwiazdy pieczęć nakłada.
On sam rozciąga niebiosa,
kroczy po morskich głębinach;
On stworzył Niedźwiedzicę, Oriona,
Plejady i Strefy Południa.
On czyni cuda niezbadane,
nikt nie zliczy Jego dziwów.
Oto przechodzi, ale Go nie widzę,
mija, ale Go nie dostrzegam.
Porywa – któż Mu zabroni?
Kto Mu powie: Co czynisz?
Bóg gniewu swego nie cofa,
ugięli się przed Nim pomocnicy Rahaba.
Jakże ja zdołam z Nim mówić?
Jakich dobiorę słów wobec Niego?
Choć słuszność mam,
nie odpowiem,
a przecież błagać będę o litość
.

Jeśli zawołam, czy mi odpowie?
Nie mam pewności, że czy głos mój słyszy.
On, który w burzy na mnie naciera,
bez przyczyny mnoży moje rany.
Nawet odetchnąć mi nie da,
tak mnie napełni goryczą.
O siłę chodzi? To mocarz.
O sąd? To kto mnie pozwie?
Choć jestem prawy, usta mnie potępią,
chociaż bez skazy, winnym mnie uznają.
Czy jestem bez skazy? Nie znam sam siebie,
odrzucam swe życie
(Hi 9,2–21).

Jeżeli relację do Boga odczuwa się w kategoriach siły i sądu, wówczas zrozumiałe stają się dalsze słowa Hioba:

Na jedno wychodzi, więc rzekłem:
Prawego z występnym On zniszczy.
Gdy nagła plaga zabija,
z klęski niewinnych On szydzi.
Ziemia wydana w ręce grzesznika,
jej sędziom zakrywa On oblicza.
Jeśli nie On – to kto właściwie? (Hi 9,22–24).

Ten tekst przypomina w swojej tonacji Księ­gę Koheleta, smutnego mędrca Starego Testamentu, który właściwie nie widzi jakiejś istotnej nadziei: marność nad marnościami – wszystko jest marnością (Koh 1,2). Wszelki wysiłek człowieka wydaje się daremny, gdyż i tak wszystko rozpada się i nic trwałego nie pozostaje. Człowiek w istocie pozostaje samotny, stojąc przed Bogiem, który nie odpowiada na ludzkie wołanie i jawi mu się jako całkowicie obojętny. Łatwo wówczas uciec w samousprawiedliwienie, w dramat swojej bezsilności:

Jeśli jestem grzesznikiem,
po cóż na próżno się trudzę?
Choćbym się w śniegu wykąpał,
a ługiem umył swe ręce;
umieścisz mnie tam, na dole.
Brzydzić się będą mną szaty (Hi 9,29–31).

Usprawiedliwianie siebie przez słabość jest bardzo charakterystyczną i często spotykaną ucieczką w relacjach między ludźmi. W odniesieniu do Boga jest to łatwiejsze

bo On nie człowiek, by Mu odpowiedzieć:
Razem się udajmy do sądu!
Czy jest między nami rozjemca,
co rękę położy na obu?
Niech zdejmie ze mnie swą rózgę
i strachem mnie nie napełnia,
bym mówić zdołał bez lęku.
Skoro tak nie jest, zostaję sam z sobą
(Hi 9,32–35).

Wydaje się, że w jakimś subiektywnym po­czuciu „sprawiedliwości” człowiek ulega brutalnej sile, w konfrontacji z Absolutem zawsze musi przegrać, choć słuszność ma (zob. Hi 9,15). Otóż to poczucie „słuszności” wobec potęgi Boga stanowi podstawę fundamentalnego zamknięcia się na spotkanie z Nim i głęboko skrytej w nas „słusznej pretensji do Niego” (por. Jon 4,9). Bez skonfrontowania się z tą pretensją i jej podstawą, zawsze, nawet przy największej uległości, nasza relacja do Pana Boga będzie zewnętrzna, nie zajdzie prawdziwe spotkanie osobowe, które może doprowadzić do komunii osób.


Włodzimierz Zatorski OSB Przebaczenie Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC