Od doświadczenia ojca w dużym stopniu zależy nasza otwartość wobec świata i innych

Dzisiaj mamy na świecie do czynienia z ogromnym kryzysem ojcostwa. Właściwie można powiedzieć, że żyjemy w świecie „bez ojca”. Jest to oczywiście uproszczenie, jednak w tym stwierdzeniu zawiera się dużo prawdy o tym, że w większości rodzin brak prawdziwego ojca, a właściwie trzeba by powiedzieć nieco inaczej: większość dzieci dzisiaj wychowuje się bez ojca we własnym domu. Jest to fakt nie tylko statystyczny, ale też prawda w wymiarze wychowawczo-psychologicznym. Niestety to owocuje powieleniem się sytuacji w następnym pokoleniu i to często z jeszcze większym brakiem czy niedoborem obecności ojca w życiu dziecka. (więcej…)

Chrześcijaństwo może istnieć bez cudów. Nie może istnieć bez miłości…

Chrystus traktował swoje cuda jako rodzaj legitymacji, jako listy uwierzytelniające. Ci, którzy by nie umieli inaczej rozpoznać w Nim Pana, mają szansę uwierzyć przynajmniej ze względu na same dzieła: przynajmniej dzięki dobru, którego doznali. Mówiąc to, dodał, że także i wierzący otrzymają moc czynienia cudów, i to nawet większych jeszcze (por. J 14,11–12). (więcej…)

Jak deszcz, który, im mocniej pada na ziemię, tym bardziej ją spulchnia, tak i święte imię Chrystusa raduje i rozwesela ziemię naszego serca, im bardziej systematycznie je wołamy i wzywamy…

Trzeźwość to metoda duchowa, która, gdy podąża się za nią przez dłuższy czas i ochoczo, wraz z Bogiem uwalnia całkowicie człowieka od opanowanych namiętnościami wyobrażeń, słów oraz niegodziwych czynów. Gdy się za nią podąża, obdarza ona łaską niezawodnego poznania niepojętego Boga, na ile to możliwe, a także wyjaśnieniem boskich i ukrytych misteriów. Jest ona zdolna wypełniać każde przykazanie Starego i Nowego Testamentu oraz powodować wszelkie dobro przyszłego wieku. Właściwie to ona jest czystością serca. Ona to, z powodu swojej wielkości i piękna, czy mówiąc ściślej, za sprawą naszego niedbalstwa, jest dzisiaj wielką rzadkością pośród mnichów. Błogosławi ją Chrystus, mówiąc: Błogosławieni o czystym sercu, ponieważ oni będą oglądać Boga. Ponieważ taka jest, kosztuje bardzo wiele. Gdy trzeźwość długo przebywa w człowieku, staje się przewodnikiem prawidłowego i podobającego się Bogu życia. Jest to i podstawa kontemplacji, i uczy nas także, jak w słuszny sposób poruszać trójdzielność duszy, a także jak niezawodnie strzec zmysłów. W tym, kto w niej uczestniczy, zwiększa każdego dnia cztery cnoty główne. (więcej…)

W praktyce modlitwa jest nieustannym wysiłkiem schodzenia do serca, aby prawdziwie być w wewnętrznym dialogu z Bogiem

Duchowość biblijna i monastyczna jest duchowością serca. W naszym Kościele Zachodnim od średniowiecza nastąpiło jednak zapoznanie tej prawdy. Wiązało się to ze zmianą samego pojmowania serca. Serce właściwie zostało zredukowane do centrum uczuć, natomiast rozum i wola zamieszkały w głowie. Nastąpiło w ten sposób rozdarcie wewnętrzne w człowieku: głowa została oddzielona od serca. Ma to fatalne skutki zarówno w myśleniu, jak i samym życiu duchowym ludzi na Zachodzie do dzisiaj. I tak np. ludzie ze Wschodu mówią o ludziach z Zachodu, że mieszkają w głowie. Natomiast w Biblii człowiek mieszkał w sercu, które jest centrum. Człowiek w Biblii jest jednością, a serce jest jego centrum i ogniskiem. Przez oddzielenie rozumu i woli od uczuć nastąpiło rozbicie jego jedności. Katechizm Kościoła Katolickiego wraca do właściwego pojęcia serca, określając je następująco: (więcej…)

„Pięknie jest czytać Słowo, które spełniło się na osobie”

Jan Paweł Konobrodzki OSB (1960 – 2016) – pochodził z Wołomina. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk Ojca Św. Jana Pawła II w Lublinie w roku 1987. Pracował w parafii tynieckiej jako wikary, następnie w wydawnictwie Tyniec. Przez wiele lat opiekował się starszymi i chorymi współbraćmi w klasztorze. Ukończył Podyplomowe Studium Retoryki na UJ/PAT. Autor publikacji: Słuchaj… Refleksje liturgicznePustynne szlaki. Wyjście w nieznanePustynne szlaki. Serce pustyni. (więcej…)

Problem obrazu Boga nie odnosi się jedynie do ludzi wierzących, ale jest to zagadnienie uniwersalne

W naszym rozwoju niezmiernie ważne są pierwsze doświadczenia, doświadczenia z dzieciństwa. Im wcześniejsze doświadczenia, tym mocniej się one odciskają na naszym życiu. Jednak nasz rozwój nie kończy się wraz z dzieciństwem. On trwa do samej śmierci. Chociaż doświadczenia, jeżeli nas zraniły, są mocne i trudne do uleczenia, to jednak usprawiedliwianie się tymi doświadczeniami nie jest żadnym rozwiązaniem problemu. Wyjaśnianie sobie, że nasze złe samopoczucie, „nieudane życie”, są wynikiem złego doświadczenia z dzieciństwa, niczego w nas nie buduje, niczego nie leczy ani poprawia. Kryzys jako wyjaśnienie niepowodzeń, jakich doznajemy w życiu, nie prowadzi do pełni życia, ani nas nie usprawiedliwia, nie uwalnia od odpowiedzialności za swoje życie. Wydaje się, że ogólna „kryzysowa” atmosfera zaciemnia w ten sposób prawdę o samym kryzysie i jego istocie. Tak, wydaje się, jest w przypadku kryzysu ojcostwa. (więcej…)

Zakony na tle dziejów Kościoła

Przez pierwsze trzy wieki, póki Kościół nie uzyskał wolności, mężczyźni i kobiety całkowicie poświęcający się Bogu żyli, jako tzw. asceci i dziewice w obrębie gmin chrześcijańskich. W III wieku zaczyna się, a w IV w całej pełni się rozwija, ruch odchodzenia mnichów i mniszek na pustynię, gdzie żyli zrazu, jako pustelnicy. Niebawem jednak zaczęli oni tworzyć skupiska i klasztory.

Dlaczego się tak działo? Główna przyczyna była prawdopodobnie ta, że z uzyskaniem wolności przeszły na chrześcijaństwo masy ludzi o małej gorliwości religijnej i nastał stan rzeczy dobrze nam teraz znany, że większość ochrzczonych nie bardzo się przejmuje obowiązkami płynącymi z przyjęcia chrztu. Im większą bierność w życiu duchowym wykazywał laikat, tym wyraźniej musiał się wyodrębnić stan zakonny. Nadto już w IV w., a jeszcze więcej w następnych, widzimy wielu biskupów, którzy uważali za konieczne utworzenie klasztoru grupującego kapłanów opierających swój udział w duszpasterstwie na wspólnym życiu według rad ewangelicznych. Najwybitniejszym przedstawicielem tych biskupów był św. Augustyn. Ale i tam, gdzie ruch mniszy nie był kierowany przez biskupów, jak np. w Egipcie, nie można przeciwstawiać mnichów zorganizowanych pod rządami biskupów gminom chrześcijańskim – owszem – właśnie mnisi byli główną podporą św. Atanazego, gdy go prześladowali Arianie. Czy więc klasztory powstawały z inicjatywy Episkopatów, czy nie, zjednoczenie stanu zakonnego z hierarchią kościelną było zupełne w tych pierwszych bohaterskich wiekach formowania się życia zakonnego. Trzeba również podkreślić na wskroś ewangeliczny charakter ówczesnego życia mniszego. Zarówno najważniejsza reguła zakonna IV w., reguła św. Bazylego, jak wiele innych reguł wskazuje jako istotę życia mniszego całkowitą i pełną realizację wskazań Ewangelii.

Św. Benedykt organizatorem mnichów Zachodu

W VI w. następuje fakt nader doniosły dla historii życia zakonnego. Powstaje Reguła św. Benedykta. Warunki, w których powstała, były znamienne. Państwo Rzymskie na Zachodzie i jego porządek prawny, padały pod ciosami napływających ludów germańskich. Europie więc zachodniej groziło zapanowanie prawa pięści. Zarówno zwycięscy zdobywcy, jak i zastraszona ludność miejscowa uwierzyli w przemoc i miecz, jako czynnik decydujący i jedyny regulator stosunków między ludźmi. W tym momencie pisze Regułę św. Benedykt. Pisze ją oczywiście nie jako mąż stanu, nie jako lekarz ran społecznych czy też obrońca kultury. Swoje natchnienie czerpał z tego samego źródła co wszyscy święci zakonodawcy – z miłości Krzyża i z ducha ofiary. Ale dzięki jego Regule powstają wielkie klasztory, potężne instytucje, w których rządzi nie siła, lecz prawo, gdzie wszyscy mają jednakowe prawo do sprawiedliwości, gdzie rządzący jest zobowiązany liczyć się z możliwościami nawet najsłabszych, gdzie posłuszeństwo podwładnych ma się spotkać z ludzkością i umiarem przełożonego, gdzie ład i porządek jest stałym wymaganiem, pokój Chrystusa hasłem, a jako najdoskonalszy środek do osiągnięcia miłości Boga i bliźniego wskazana jest cnota pokory. Stało się według słów Chrystusa: Starajcie się naprzód o Królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane (Mt 6,33). Życie według Reguły wydało owoce nieoczekiwane: z klasztorów wyszli misjonarze wielu ludów, wyszli papieże i biskupi, a ucywilizował się ludy zachodniej i środkowej Europy, których kraje pokrył się setkami klasztorów benedyktyńskich. „Cisi posiedli ziemię” (por. Mt 5,5). Ale – z czasem na swoje własne nieszczęście – posiedli jej za wiele. Zamożność opactw stała się czynnikiem hamującym rozwój duchowy. Mnisi jednak służyli Kościołowi w jego rozstrzygającej walce w XI i XII w. o wolność ducha, zagrożoną przez samowolę monarchów.

Średniowieczna akcja zakonów żebrzących

Dawna myśl św. Augustyna o potrzebie klasztoru, którego członkowie byliby specjalnie zobowiązani do duszpasterstwa, nigdy nie przestała być aktualna. Benedyktyni od duszpasterstwa się nie uchylali, ale z założenia swego nie mogli być zakonem przede wszystkim duszpasterskim. Toteż wiek XII widzi rozwój Premonstratensów, którzy przyjęli regułę św. Augustyna i mieli obowiązek pomagać w duszpasterstwie duchowieństwu diecezjalnemu. Ale chrześcijaństwo miało już nowe potrzeby. Rozwój miast wymagał zakonów żyjących w miastach, głoszących Ewangelię mieszczanom. Dobrobyt społeczeństw europejskich wzrastał, lecz gromadził się nierównomiernie, tak że powstał groźny problem bogactwa. Mamona, której według słów Chrystusa nie można służyć, gdy się służy Bogu, zaczyna wywierać wpływ przemożny i rozkładający. Bogaci się nadmiernie także i Kościół: biskupstwa i wielkie opactwa, a wynikające stąd zgorszenie rzesz wiernych wyraża się w sympatiach dla heretyckich agitatorów. Stąd rodzą się dwie naglące potrzeby: trzeba zająć właściwą, postawę wobec bogactwa i trzeba bronić prawdy Bożej, by zachować nienaruszony depozyt wiary. Dla wypełnienia tych zadań Bóg powołał św. Franciszka i św. Dominika. Dzieje Kościoła w XIII, XIV i XV w. są wypełnione dziełami zakonów żebrzących, ich wewnętrznymi trudnościami w walce o wierność własnym ideałom, wysiłkami, by obronić się przed niszczącym duchem czasu XV wieku, wieku dechrystianizacji i wieku upadku powagi Kościoła i wielkiego zepsucia in capite et in membris, w Stolicy Świętej, w Episkopacie, w diecezjalnym duchowieństwie, w zakonach starszych i nowszych.

W służbie kontrreformacji

Zastarzałe zło wywołało wybuch wielkiej rewolucji religijnej XVI wieku. I znów Kościół potrzebował nowego zakonu. Wielkim problemem była obrona prawowiernej nauki, ale jeszcze ważniejszą sprawą był użytek indywidualnej wolności. Bo sedno sprawy było nie w tym, że reformatorzy protestanccy popełnili teologiczne pomyłki. Istota zła była w tym, że ogłoszono i domagano się zupełnej autonomii myśli pojedynczego człowieka w badaniu i rozstrzyganiu zagadnień religijnych.

Święty Ignacy Loyola powołał więc do życia zakon, który miał się uporać z tymi trudnościami i wywrzeć swoje piętno na trzech wiekach życia Kościoła. A obok jezuitów powstał i powstają do ostatnich czasów zgromadzenia zakonne do specjalnych celów: do misji zamorskich wśród pogan, do misji ludowych wśród chrześcijan, do wychowywania i kształcenia młodzieży, do opieki nad chorymi itp. Ta specjalizacja odzwier­ciedla charakterystyczne cechy nowoczesnych, organizacji. Trzeba stwierdzić jeden fakt uderzający: wprawdzie wypadki dziejowe zmieniły niejedną rodzinę zakonną, ale większość starych zakonów istnieje nadal obok nowych. Tak bogata jest spuścizna po Ofierze Krzyżowej, że żadna instytucja zakonna nie zdoła ani ogarnąć jej w całości, ani też wyczerpać. Dlatego choć niezbędne były coraz to nowe zakony, dawniejsze nie straciły racji bytu. Gdy się porówna reguły i konstytucje najbardziej różnych od siebie zakonów, widzimy, do jakiego stopnia myśl zakonodawców była zgodna w zasadniczych sprawach. Różnice występują w rzeczach wprawdzie wielkiej wagi, ale zawsze wtórnych.

Światła i cienie realizacji ideału zakonnego

Jak każda rzecz wielka i wzniosła, życie zakonne narażone jest na nadużycia i niebezpieczeństwa. Zawsze pojawiają się prądy odchylające się od linii wielkich świętych założycieli. To ludzka rzecz i nie można się temu dziwić. Mogą być przerosty w pewnym kierunku: czasem to będzie powierzchowne, zewnętrzne, a nie duchowe oddzielenie od świata, czasem kontemplacja uprawiana, jako technika, będąca sama celem dla siebie, czasem nierozsądna i przesadna asceza cielesna, czasem wreszcie poufałe zbratanie zakonników z ukrytym celem duchowej opieszałości i samozadowolenia. Ale przede wszystkim grożą zakonom: zmysłowość, chciwość i pycha ich członków, godzące wprost w rady ewangeliczne. Skoro zakony spotykają się z tylu sprzeciwami, jeżeli moc Chrystusowa dana wszystkim którzy się wyrzekli świata dla Chrystusa, nie może przełamać oporów, jeżeli życie zakonne przez blask świętości nie przyciąga do Chrystusa wszystkich żyjących na świecie, to widocznie wśród zakonników musi być bardzo wiele zdrajców ideału zakonnego. Ilu? – Bogu wiadomo. Jeśli bowiem ubóstwo zakonnika sprowadza się do tego, że ma wszystko, tylko nie jest nominalnym właścicielem, jeżeli jest posłuszny, bo przełożony z obawy przed trudnościami nie wyda rozkazu niemiłego podwładnemu, jeżeli co do ślubu czystości zachowane są tylko pozory, to taki zakonnik jest tylko szkodnikiem w Kościele. Kościół ze swej strony czuwa nad duchem zakonów i jeśli cieszy się ich bujnością i rozmaitością, to jednak w każdym zakonie chce znaleźć nieskażonego ducha Ewangelii. Kościół wie na podstawie doświadczenia dwu tysięcy lat, choć o tym za­pominają niektórzy chrześcijanie, że wszelka propaganda i organizacja w zakresie spraw Kościoła pozostanie bezpłodna, gdy za nią nie stoi żywa siła przeżytej ofiary, ofiary trwającej, jako miłość posłuszna, uboga i czysta, czerpiącej ze źródeł ukrzyżowanej miłości Syna Bożego.

Stąd zarówno w doktrynie swej o zakonach, jak i w prawodawstwie Kościół stale się liczy z nieprzemijającą wartością profetyczną i charyzmatyczną dobrze prowadzonego życia zakonnego. Przykład życia i modlitwa ustawiczna, jako źródło uświęcenia – oto, na co wciąż czeka Kościół, patrząc na zakony.

A my, zakonnicy, jeśli porównamy wielkość zadania, do którego nas Bóg powołał, z tym, co zakonnicy zdołali zrealizować, jeśli porównamy wielkość łask Bożych udzielonych zakonnikom z naszą odpowiedzią na te łaski, to pewnie znajdziemy więcej powodów do upokorzenia niż do chluby.

De facto nie zawsze jesteśmy „solą ziemi”. Możemy jednak być pewni, że z woli Bożej pozostaniemy zawsze istotną częścią Kościoła, bylebyśmy tylko zawsze prawdziwie szukali Boga.

Właściwa legitymacja użyteczności

Na zakończenie powróćmy do punktu wyjścia naszych rozważań jak mamy się wylegitymować, co do naszej użyteczności wobec laikatu, a częściej – prawdę powiedziawszy – wobec laicyzmu. Często w zakonach widzi się tylko stronę organizacyjną i ocenia się je z punktu widzenia łatwego pragmatyzmu. Zadaje się więc często pytania: „Co oni (czy one) robią?” W tym ujęciu użyteczność zakonów może podlegać dyskusji. Gdybyśmy w nich widzieli tylko organizacje kapłanów i laików o pewnych zadaniach szczegółowych – duszpasterskich, pedagogicznych czy charytatywnych – to nie można by udowodnić ani ich niezbędności w Kościele, ani tym bardziej wylegitymować ich pochodzeniem aż ewangelicz­nym. Sytuacja się jednak zmienia, gdy się zapytamy inaczej: „Czym zakony mają być?” Wtedy odpowiedź, jakiej udziela tak Ewangelia, jak historia Kościoła do Soboru Watykańskiego II włącznie, jest jednoznaczna. Laikat ma specyficznie chrześcijańskie zadanie consecratio mundi możliwe do wykonania tylko za cenę wierności ideałowi Ewangelii. Ma on być w świecie zaczynem Chrystusowym realizującym ofiarną miłość biorącą początek, moc i skuteczność z Krzyża. Aby zaś świeccy mieli stały wzór i duchowe podtrzymanie w realizacji ewangelicznych ideałów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, musi istnieć stan zakonny, którego członkowie nie rozdzieleni między Chrystusa a świat, realizują rady ewangeliczne w całej rozciągłości i dowodzą praktycznie, że Ewangelia jest życiowa a ofiara krzyżowa płodna, jako najwyższy wyraz obowiązującej wszystkich miłości. Dzieje zaś Kościoła stwierdzają, że każdy prawdziwy w nich nawrót do ducha Ewangelii wiązał się z nowymi formami zakonnymi, zawsze umacnianymi przez śluby. Życie zakonne więc będzie do końca świata strażnikiem światła Ewangelii, a Kościół w każdej epoce jest tak po apostolsku wobec obojętnego świata mocny i żywotny, jak mocne i żywotne są w nim zakony kontemplacyjne i czynne, wierne swemu posłannictwu.


Augustyn Jankowski OSB Ciasna brama i wąska droga. Część 1 / Formacja do życia zakonnego / Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Pierwsi pustelnicy i cenobici: Egipt, Palestyna, Syria

Około roku 270 pewien młody egipski asceta imieniem Antoni, po kilkuletnim okresie spędzonym w roli ucznia u starszego ascety, żyjącego w chatce w pobliżu wsi, jak to było wówczas normą w Egipcie – postanowił odejść z ziemi zamieszkanej przez ludzi i zamieszkać samotnie, na bezludziu. Żeby to zrozumieć, należy przede wszystkim zdać sobie sprawę z geologicznego ukształtowania Egiptu, a następnie przypomnieć także dzieje powołania samego Antoniego. My dziś nazywamy Egiptem duży kraj, objęty granicami, wytyczonymi najczęściej prostą linią przez pustynię, i cokolwiek znajduje się między tą granicą a Morzem Czerwonym, to jest dla nas „Egipt”. Starożytni nazywali Egiptem tylko tę żyzną dolinę Nilu, w której od tysięcy lat ludzie uprawiali rolnictwo, umożliwiane przez regularne wylewy rzeki. Po obu zaś stronach tej doliny rozpościerają się bądź góry, suche i jałowe, bądź równie suchy płaskowyż: pustynia. To była wówczas ziemia niczyja, ziemia, na której ludzie mieszkać nie mogli, bo nie mogli nic uprawiać ani hodować, przynajmniej na dużą skalę. Tu i ówdzie było oczywiście jakieś źródło, czasem przy nim nieco roślinności: oaza. Wykorzystywano te oazy jako postoje w drodze przez pustynię, w podróży do następnego zamieszkałego kraju: do Abisynii na południu, do Libii na wschodzie. Są też tu i ówdzie na pustyni bagna, często słone; jest nieco roślinności, ale zbyt skąpej, by można było paść tam bydło; są złoża minerałów, które już wtedy częściowo eksploatowano, na przykład złoża sody na południe od Aleksandrii. Przez pustynię można było w niektórych miejscach przejechać, tu i ówdzie coś na niej znaleźć, ale mieszkanie na niej uważane było za absolutnie niemożliwe. Chyba, że ktoś uciekał przed sądem, jako ścigany przestępca albo jako chrześcijanin podczas prześladowań; tacy uciekinierzy chronili się czasem tam, gdzie by ich znaleźć było trudno, na tyle czasu, ile by tam zdołali żywi wytrzymać.

Natomiast Antoni zawdzięczał swoje powołanie głębokiemu przeżyciu słów: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie (Mt 19,21). Zrozumiał, że dla niego droga do tego niebieskiego skarbu prowadzi przez całkowite wyzbycie się dóbr ziemskich. Pole i dom łatwo było sprzedać, a zapłatę rozdać; ale po kilku latach ascezy Antoni uznał, że jeszcze ma za dużo, bo ma towarzystwo ludzi. Jego pełna i absolutna fascynacja Bogiem domagała się jak najpełniejszej, wręcz niepodzielnie Bogu poświęconej uwagi. Otóż będąc celibatariuszem, nie musiał się przecież troszczyć, z czego utrzyma żonę i dzieci; będąc ascetą przyzwyczajonym do postów, mógł się obejść odrobiną ziół i dzikich owoców oraz chleba, na który zarabiać chciał nadal rzemiosłem, jak poprzednio (wypłatał liny i kosze, jak większość egipskich ascetów). Poszedł więc na pustynię, w góry, zamieszkał w jaskini i tam modlił się i pracował w pełnej samotności, przynosząc tylko czasem swoje wyroby do siedzib ludzkich. Sprzedał kosze, kupił chleba, wracał do siebie. Po jakimś czasie zauważono to jego nowatorstwo i zaczęto naśladować.

I wkrótce okazało się, że do takiego właśnie życia tęsknią setki, potem tysiące ascetów w gęsto zaludnionym Egipcie. Za Antonim ruszyła na pustynię dosłownie fala samotników, czyli mnichów (słowo monachos pochodzi od greckiego monos: samotny). Miejsca nie brakowało, przecież niemal wszędzie dookoła była pustynia. Antoni dał początek grupom mnichów mieszkającym w górach nad Morzem Czerwonym, a więc na wschód od doliny Nilu. Około roku 315 asceta imieniem Ammun powędrował z karawaną, która szła po sodę do słonych bagien, położonych na południe od Aleksandrii, wśród wzgórz pustyni zachodniej. Soda osadzała się tam na brzegach stawów i kałuż, i z jej powodu to miejsce nazywano Nitrią. Okolica była niegościnna, ziemia nie do uprawy, woda jednak, choć niesmaczna, nadawała się do picia. Ammun osiadł tam, szukał bowiem i on także odosobnienia pełniejszego, niż mógł mieć w gęsto zaludnionym kraju, gdzie jedynym lekarstwem na nadmiar rozproszeń była rekluzja; znalazł je, ale szybko też stracił, gdyż jego śladem nadciągnęło tu wkrótce ponad trzy tysiące równie żądnych samotności ascetów… Wobec tego jeszcze za życia tego samego pokolenia powstało w głębi pustyni, na południe od Nitrii, kolejne osiedle pustelników zwane po prostu Chatkami (Kellia, Cele). Kiedy i tam zrobiło się zbyt ludno, wielki abba Makary postanowił osiąść jeszcze dalej, w górach, gdzie żadne drogi nie były wytyczone i można było bardzo łatwo zabłądzić – z tragicznym skutkiem.

Ta okolica nazywała się Sketis. Makary mógł był osiąść w Celach, jeśli Nitria była dla niego jeszcze zbyt bliska „Egiptu” – ale tu doszła chyba do głosu jego wrodzona fantazja: dlaczego by nie spróbować żyć jeszcze dalej, w górach? Po wodę i po surowce do pracy będzie tam bardzo daleko, ale nie aż tak daleko, żeby silny i przedsiębiorczy mężczyzna nie dał sobie rady. (Możliwe zresztą, że już wtedy niektórym przynajmniej śmiałkom była znana metoda zbierania na pustyni porannej rosy.) Drogi w te góry nie ma, tym lepiej: nie przyjdą gapie. Co w nich się kryje, nikt jeszcze dotąd nie sprawdził, to nic: on sprawdzi pierwszy. Poszedł. Nie było go długo. Jeśli wierzyć przypisywanej mu później opowieści, przewędrował nie tylko góry Sketis, ale i całą pustynię aż do stepów Sudanu, i tam spotkał dwóch pustelników, którzy nie mieli najdosłowniej nic, nawet odzienia, a żywili się jedząc zioła wśród stada bawołów, które ich najwyraźniej zaakceptowały. Makary będzie o nich opowiadał z szacunkiem: „nie jestem sam mnichem, alem mnichów widział”. Nie został jednak z nimi (i z bawołami), tylko wrócił na północ i ostatecznie osiedlił się w Sketis. Ponieważ widywano go co jakiś czas przychodzącego stamtąd, wkrótce znaleźli się uczniowie, którzy się do niego przyłączyli; także liczni starcy, zachęceni takim przykładem, opuścili przeludnione już Cele, by osiąść w miejscu wymagającym większego trudu. To nowe osiedle pustelnicze różniło się od poprzednich tym zwłaszcza, że pustelnie były tu jeszcze bardziej rozrzucone, odleglejsze od siebie nawet niż w Celach. Niemniej wkrótce zbudowano w centrum Sketis kościół, znalazło się wśród mieszkańców kilku kapłanów (także i Makary około roku 340 został kapłanem) i sława tej tajemniczej osady, do której nadal nie było drogi, zaczęła się rozszerzać po chrześcijańskim świecie. Do dziś jej nazwa przetrwała w rosyjskim słowie skit, oznaczającym właśnie osiedle pustelników.

Na samym południu Egiptu, gdzie żyzna dolina jest najwęższa i z obu stron ściskają ją góry, wokół starożytnego miasta Teby, w regionie zwanym od niego Tebaidą, gdzie do pustyni jest z wiosek szczególnie blisko, powstało tyle osad pustelników, że w Kościele wschodnim do dziś używa się słowa Tebaida na oznaczenie ośrodka życia monastycznego (po rosyjsku brzmi to: fiwaid). W środkowym Egipcie, gdzie na zachód od Nilu znajduje się jezioro połączone kanałem z rzeką, szczególnie zasłynął ośrodek mniszy koło Arsinoe. Wreszcie we wschodniej części delty Nilu znajdował się okręg zwany Panefisis. Była to niegdyś niezwykle żyzna okolica, leżąca tuż nad Morzem Śródziemnym i zdolna ponoć wyżywić cały dwór królewski; w IV wieku jednakże, po trzęsieniu ziemi i zalaniu dużej części okręgu przez morze, było tam już niewiele terenów uprawnych, a głównie słone bagna. Gdzie nie mogli mieszkać zwykli ludzie, tam osiadali asceci; wykorzystując pozostałe na wzgórzach ruiny dawnych wiosek, mieszkali tam jak na wyspach. Zresztą wszystkie wielkie ośrodki monastyczne Egiptu trudno by nawet wymienić, co dopiero opisać szczegółowo.

Osiedle pustelników zaczynało się od pojedynczej chatki pierwszego mnicha, który tam zamieszkał. Architektura tych chat, z początku bardzo prosta, rozwinęła się wkrótce w sposób ciekawy i bardzo praktyczny. Stawiano je albo z kamienia, jeżeli był dookoła, albo z cegieł ze sprasowanego piasku, kopanego na dość znacznej głębokości. Taki piasek ma konsystencję miękkiego piaskowca i utrzymuje tę konsystencję dopóki nie wyschnie; po obrzuceniu tynkiem cegły te nie wysychały nawet w egipskim upale, a więc nie rozsypywały się. Do dziś można w wykopaliskach oglądać stawiane z nich mury, a przynajmniej fundamenty. Cele egipskie nie miały pięter, ale miały wiele pomieszczeń: oratorium, sypialnię mistrza, w miarę potrzeby sypialnie uczniów, mur dookoła podwórka i ogródka… Materiału budowlanego było w bród. Największym problemem był dach, bo trzeba było zdobyć gałęzie, które następnie przykrywano liśćmi palmowymi; nieco później zaczęto z tej samej cegły piaskowej wznosić sklepienia. Osiadano w takim miejscu, by móc z większym lub mniejszym wysiłkiem, zależnie od założonej sobie ascezy, dotrzeć do wody, toteż chatki mnichów nie mogły być rozsypane równomiernie po pustyni, ale musiały stać w skupiskach wokół oaz lub bagien. Im dłużej istniała osada, tym więcej liczyła cel, a tym samym i gęściej były pobudowane. Nie było co do tego ustalonych zasad. Do najbliższego sąsiada mogło być czasem kilkanaście kroków, czasem kilka mil. Tak czy inaczej, sąsiedzi znali się, zasięgali wzajemnie u siebie rady i pomocy. Na Eucharystię z początku chodzono do najbliższego kościoła w wiosce, oczywiście tylko w niedzielę; później zaczęto stawiać kościoły w samych osiedlach mniszych, i tam pustelnicy gromadzili się w sobotę wieczorem na wspólną modlitwę nocną i poranną Eucharystię. Kapłan tego kościoła, wyświęcony spomiędzy pustelników, miał wśród nich autorytet, ale nie był przełożonym w dzisiejszym sensie tego słowa. Zwykle pustelnik zaczynał jako uczeń któregoś ze starszych mnichów, a po pewnym czasie osiadał osobno jako mnich samodzielny.

Tryb życia był mniej więcej taki sam, jak poprzednio u ascetów mieszkających w pobliżu wsi. Obowiązywała praca ręczna na własne utrzymanie, ale także nieustanna modlitwa, skoro przecież po to się przyszło na pustynię, by taka modlitwa stała się możliwa. Osiągano ją przez łączenie modlitwy z pracą. Poza godzinami psalmodii i czytania mnich pracował przez cały dzień, powtarzając jednocześnie jakiś wybrany werset lub krótką modlitwę. (Tu właśnie mamy początek tego, co dzisiaj Kościół wschodni nazywa Modlitwą Jezusa, a lepiej: Modlitwą Imienia Jezusa.) Noc przeznaczano na krótki spoczynek i modlitewne czuwanie. Wolno było w potrzebie, na przykład dla zasięgnięcia rady lub pouczenia, odwiedzać starców lub współbraci w sąsiedztwie, a wobec odwiedzających obowiązywała gościnność, zwłaszcza jeżeli można się było domyślić, że przychodzą z potrzeby, a nie z ciekawości tylko. Miarę posiłku ustalano indywidualnie, ale złotą zasadą, mającą uniknąć skrajności, było: posiłek codziennie (oczywiście jeden tylko), ale nie do sytości. Niektórym, jadającym tylko co kilka dni, to już wydawało się dużo… Produkty pracy, a więc najczęściej kosze i liny, pustelnik z początku sam nosił na najbliższy targ, albo jeśli był już na taką drogę za stary, posyłał z nimi ucznia. Podobnie sprowadzano materiał do tej pracy, liście palmowe, które moczono i darto na włókna. Potem zaczęto organizować transporty wspólne, a wielbłądnicy egipscy przyjeżdżali po nie do osad mniszych. W porze żniw tysiące mnichów wynajmowały się do pracy żniwnej, za którą im płacono zbożem.

Pół wieku po odejściu Antoniego na pustynię i po wywołaniu przez niego lawiny powołań monastycznych, miało miejsce drugie wydarzenie o równie ważnych dla dalszej historii skutkach. Był w Egipcie asceta urodzony około 290 roku imieniem Pachomiusz. Przyjął on chrzest w dorosłym już wieku, zachwycony dobrocią, którą mu okazali chrześcijanie, kiedy był rekrutem, przymusowo wcielonym do wojska podczas wojny domowej. Jego własna wieś była jeszcze pogańska, Pachomiusz nigdy dotąd nie widział chrześcijan i bardzo się zdziwił, że jacyś ubodzy ludzie z okolicy, całkiem obcy, przychodzą wieczorami, by zmęczonym i głodnym chłopakom umyć obolałe nogi i dodać choć parę kęsów do ich marnych racji żywnościowych. Nie zrażali się, kiedy oficerowie ich odpędzali, przychodzili znowu, spokojni i pełni jakiejś wewnętrznej radości. Zwłaszcza ta radość była tak pociągająca, że Pachomiusz postanowił zostać chrześcijaninem: równie radosnym i uczynnym jak tamci.

Po roku wojna się skończyła i rekrutów zwolniono. Oddział Pachomiusza znajdował się wtedy w Środkowym Egipcie. Widocznie chrześcijan było tam już wtedy więcej, bo Pachomiusz, płynąc z biegiem rzeki, trafił rychło na zamieszkaną przez nich wioskę. Przyjął chrzest i wkrótce potem został uczniem lokalnego ascety imieniem Palamon. Ten Palamon uprawiał ascezę równie surową jak pustelnicy i takiej ascezy – postów, czuwania, ciężkiej pracy, chętnego znoszenia tak zimna, jak i upału – nauczył oczywiście Pachomiusza, dla którego była ona (pomimo nieuchronnych problemów) jednym więcej wyrazem radości. Niemniej już od samego początku w młodym uczniu tkwiło i rosło przekonanie, że ma obowiązek dzielić się tą radością z innymi. Obok fascynacji Bogiem działała tu także szczególnie wielka fascynacja Bożym przykazaniem miłości. Nie od razu zrozumiał to dobrze. Ciekawa jest jego kłótnia z aniołem, który mu powiedział: „Służ ludziom” – a jego to oburzyło, gdyż „służba ludziom” kojarzyła mu się ze służbą wojskową, a on przecież Bogu chciał służyć, nie zaś cesarzowi! Ale wbrew jego protestom anioł powtórzył trzykrotnie, że to właśnie Bóg chce, by Pachomiusz służył ludziom, którzy dzięki temu będą Go mogli poznać. Około roku 320 Pachomiusz wiedział już w ogólnym zarysie, co powinien dalej robić.

Normalną rzeczą byłoby mieszkać nadal na uboczu za wioską, lub może nawet gdzieś w głębi pustyni, jak to już zaczynało robić wielu; i gdyby zgłosił się jakiś uczeń lub uczniowie, udzielać rad i formacji. Ale on wiedział już, że otrzymał inne zadanie; on nie mógł z dzieleniem się swoją radością czekać na kogoś, kto by się zjawił (albo nie). Wrócił w rodzinne strony, do Górnego Egiptu, i razem z bratem osiadł w opustoszałej wiosce Tabennisi. Później (około roku 340) przyjdzie tam także ich siostra, by dać początek wspólnocie żeńskiej. Chrześcijaństwo dotarło tymczasem w te strony i Pachomiusz miał zadanie ułatwione: wystarczyło rozgłosić, że zbiera uczniów, młodych chrześcijan pragnących służyć Bogu – a zaczęło się ich gromadzić tak wielu, że wkrótce pojawiły się problemy organizacyjne. Trzeba podkreślić: Pachomiuszowi nie zależało na liczbie dla liczby. Potrafił odprawić trzydziestu uczniów naraz – cały swój pierwszy „nowicjat” – ponieważ stwierdził, że nie chcą prowadzić życia wspólnego według jego idei, a skłaniają się raczej ku pustynnemu indywidualizmowi. W dalszej przyszłości usunie kiedyś z wizytowanej wspólnoty około stu mnichów naraz, doszedłszy do przekonania, że celibat jest dla nich zbyt trudny i że przyjęto ich przez pomyłkę. Same te liczby świadczą że było spośród kogo usuwać: gdzie napływają tysiące, tam nieuchronnie odchodzą setki.

Od pierwszej chwili, świadomie, zgodnie z rozpoznanym i przyjętym powołaniem, Pachomiusz starał się prowadzić do Boga możliwie dużą liczbę ludzi, czyniąc ich uczestnikami swojej radosnej służby. Od samego więc początku i z samego założenia musiał przyjąć życie wspólne, nie samotne, i wszystkie konsekwencje życia wspólnego: duże złagodzenie ascezy fizycznej, gdyż nie można wymagać od mas tego samego, czego wymaga się od najsilniejszych jednostek, ale za to bardzo wysokie wymagania co do braterskiej miłości we wspólnocie, gdzie wszyscy stale przebywają razem, modlą się razem i pracują razem. Nadto, cokolwiek by sobie o tym myśleli niepiśmienni w większości pustelnicy, Pachomiusz swoim uczniom narzucił obowiązkową alfabetyzację: „Należy ich uczyć czytać, choćby nie chcieli”. A nie, to idź gdzie indziej. Tu nie wystarczy znać psalmy na pamięć, chociaż i to potrzebne. On też pierwszy wprowadził zdecydowanie całkowitą wspólnotę dóbr: odtąd ideał chrześcijańskiego ubóstwa, przez pustelników rozumiany jako poprzestawanie na małym, na minimum najkonieczniejszego posiadania, przez mnichów żyjących wspólnie czyli cenobitów miał być rozumiany jako wspólne posiadanie dóbr i zależność od przełożonego w ich użytkowaniu.

Mimo wielkich i stanowczych wymagań napływ uczniów był tak duży, iż wkrótce trzeba było wprowadzić wielostopniową organizację. Podstawą tej organizacji był dom, liczący od dwudziestu do czterdziestu mnichów; kilka domów tworzyło ród, a od czterech do dziesięciu rodów tworzyło wioską. Wiosek zaś było coraz więcej, tym bardziej, że analogiczne grupy mnisze, powstające jednocześnie w okolicy, prosiły często, by Pachomiusz rozciągnął nad nimi swe zwierzchnictwo. Każdy dom był jak twierdza: otoczony wysokim murem dla ochrony przed najazdami Beduinów, posiadał wewnątrz wszelkie pomieszczenia potrzebne do modlitwy, życia i pracy, w tym oczywiście bibliotekę i scriptorium, najróżniejsze warsztaty rzemieślnicze, magazyny… Każda wioska podlegała własnemu opatowi i częściowo wspólnej organizacji pracy; a sam założyciel był jak opat generalny: wizytował je wszystkie i dwa razy do roku zwoływał kapitułę generalną. (Taką organizację monastycyzm zachodni wynajdzie od nowa dopiero w średniowieczu.) Pod koniec życia Pachomiusza wiosek było jedenaście, w tym dwie żeńskie; w niektórych były osobne domy dla braci mówiących po grecku, po syryjsku, po etiopsku itd., ale przeważali oczywiście rodowici Egipcjanie, czyli Koptowie. Liczebność wioski sięgała od kilkuset do tysiąca kilkuset osób… Bardzo wcześnie zaszła potrzeba skodyfikowania praw dla tego tłumu, i tak powstała pierwsza w chrześcijaństwie reguła zakonna.

Odtąd więc, czyli prawie od samego początku, życie monastyczne rozwija się na dwóch równoległych drogach: pustelniczej i wspólnotowej. W obu też tych formach wychodzi szybko z Egiptu i rozszerza się w pierwszym rzędzie na Palestynę. Na półwyspie Synaj powstają słynne ośrodki monastyczne; jeden z nich, klasztor pod wezwaniem św. Katarzyny, istnieje do dzisiaj. W Palestynie zwłaszcza pustynia judzka i okolice miasta Gazy stają się terenami monastycznymi. Potem ruch monastyczny przechodzi dalej na wschód, niesiony przez pielgrzymów wracających z Jerozolimy i przez wędrownych mnichów, którzy szukali sobie stosownych siedzib na pustyniach syryjskich. Ludzie miejscowi przyjmowali ten ideał – oczywiście w jakimś stopniu na swój sposób, toteż w Syrii przeważać będzie życie pustelnicze, w Palestynie wspólne. Mnisi syryjscy gotowi byli zawsze do wyczynowej ascezy, lubili wymyślać jakieś niesłychane umartwienia, ale mniej bywali gotowi do przyjmowania rad albo tym bardziej do posłuszeństwa. Natomiast główne tradycje monastycyzmu egipskiego, czy to pustelników, czy cenobitów, kładły nacisk przede wszystkim na wyrabianie cnót ewangelicznych, ascezę zaś traktowały jako narzędzie.

Mówiliśmy już, że w pierwotnym Kościele dziewictwo, zachowywane oficjalnie, było szczególnie sprawą kobiet. Ruch pustelniczy był natomiast niemal wyłącznie męski. Bardzo mało kobiet mogło zaryzykować życie na pustyni, chociaż zdarzały się i takie wypadki. Natomiast ruch cenobityczny objął także kobiety, które zresztą i poprzednio, mieszkając po miastach, łączyły się w grupy i tworzyły wspólnoty. Dwa wielkie żeńskie klasztory pachomiańskie niewątpliwie zachowywały regułę św. Pachomiusza, poza tym jednak reguł zakonnych jeszcze wtedy nie było, obowiązki stanu dziewiczego były ogólnie znane i spełniano je zgodnie z lokalnymi tradycjami i naukami lokalnych mistrzów. O tym wczesnym cenobityzmie żeńskim wiadomo bardzo mało, gdyż informacje są tylko wyrywkowe i przypadkowe, zapisane przy okazji opowieści o różnych sławnych pustelnikach. Niemniej już sama liczba tych wzmianek pozwala się domyślać, że ruch monastyczny kobiet, realizujący się głównie we wspólnotach, był zjawiskiem równie masowym, jak monastycyzm męski. Niektóre z tych wspólnot były zespołami dawnych dziewic, zachowanymi od początku danego Kościoła lokalnego. Inne powstawały, gdy jakaś bogata patrycjuszka, zwykle wdowa, postanawiała zostać mniszką i gromadziła przy sobie dziewczęta i wdowy, pragnące takiego samego życia, spośród swoich znajomych i swojej służby, tak że odtąd jej dom stawał się klasztorem, a jej majątek dostarczał wspólnocie utrzymania; nazywamy to klasztorem domowym. Jeszcze inne powstawały niejako składkowo, gdy gromadziła się grupa dziewic, wdów lub pokutnic, pragnących korzystać z nauk jakiegoś słynnego lokalnego autorytetu duchowego. Nie były to koniecznie instytucje trwałe: nieraz, gdy taka grupa założycielska wymarła, znikał i klasztor, ale tymczasem już w pobliżu zdążyły powstać trzy inne. Grupy monastyczne nie uważały się za trwałe instytucje, ani też fakt, że się należało do jednej z nich, nie przesądzał o przynależności na całe życie. Mnich ówczesny zawsze mógł odejść, czy to do innego mistrza, czy też na samotność, gdzie często z kolei wokół niego zbierała się grupka uczniów i powstawała nowa wspólnota. Prawda, że im bardziej taka wspólnota urosła, tym bardziej jej siedziba stawała się kompleksem budynków o wyraźnym przeznaczeniu monastycznym: kościół, domki mnichów, dom gościnny, dom chorych… Ale i to nie nadawało koniecznie trwałości, ani zwłaszcza nie zobowiązywało nikogo do stałości miejsca. Przyjmowało się stan monastyczny, nie zaś przynależność do konkretnej wspólnoty. Oczywiście mistrzowie życia wewnętrznego uczyli już wtedy, że zmiana miejsca nie może być częsta ani łatwa, gdyż to powodowałoby duchową destabilizację, a mówiąc całkiem po prostu, zrobiłoby z mnicha kogoś kapryśnego, kto własnego wysiłku się lęka i szuka sobie „idealnego” miejsca, stawiając wymagania raczej otoczeniu niż sobie. Ale trwania w tej samej wspólnocie aż do śmierci nikt jeszcze wtedy nie uważał za obowiązek.


Małgorzata Borkowska OSB Białe i bure. Historia życia monastycznego w dużym skrócie Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC