Po prostu chrześcijanin… Biografia bł. Columby Marmiona OSB

Był sługą, uczniem, czcicielem, radosnym wielbicielem Chrystusa. Takie to proste. Jak pierwotni mnisi, nie znali szczegółowych „nabożeństw”, ale raczej całościową pobożność, skoncentrowaną na osobie Pana – tak i on, czerpiąc z myśli biblijnej w duchu jej interpretacji przez teologię Kościoła, nie znał nic ważniejszego ani ciekawszego nad postać Chrystusa, kontakt z Chrystusem, dzieło Chrystusa przedłużające się w nas. Chrystus nie był dla niego ani tylko postacią z przeszłości, ani tylko Królem w niebie, ale wszechobecnym, żywym i umiłowanym Zbawicielem, który prowadzi tu i teraz swoje dzieło, dzieło zbawienia nas i uczynienia nas dziećmi Bożymi. Dogmat nie był dla niego sztywnym ograniczeniem myśli ludzkiej, ale godnym radosnego podziwu przekładem na język ludzki tego, co Bóg nam o Sobie objawia. Teologia nie była dla niego intelektualną zabawą, ale umotywowaniem adoracji, a to się tak udzielało jego studentom, że nieraz szli prosto z wykładu na modlitwę, odruchowo, na mocy zwyczajnej konsekwencji. Liturgia nie była dla niego obrzędem, ale udziałem w odwiecznej miłości Ojca i Syna, danym człowiekowi już tu na ziemi pod osłoną znaków, a w wieczności bez osłony. Był więc – takie to proste – w pełni i z całego serca chrześcijaninem, wyznawcą Chrystusa, i niczym poza tym: mnichem był przecież tylko po to, żeby chrześcijaninem być jak najpełniejszym, gdyż streszczenie całej reguły św. Benedykta widział w słowach „Nic nie przedkładać nad miłość Chrystusa”. A kiedy to, czym żył i czego uczył, nabrało rozgłosu przez jego książki, świat katolicki stanął zdumiony… bo znowu przypomniano nam to, co najważniejsze, a na czym pozwoliliśmy już osiąść warstwom kurzu: nie w teologii oczywiście, ale w życiu modlitwy. Sto lat po szczytowym okresie jego działalności, blisko osiemdziesiąt lat po jego śmierci, trudno już dzisiaj wyobrazić sobie, jakim radosnym wstrząsem był ten jego prorocki chrystocentryzm dla ludzi jemu współczesnych. Papieże pisali dziękczynne listy, a w świecie od Portugalii aż po Japonię tłumacze na wyścigi przekładali książki Marmiona na swoje języki: Chrystus życiem duszy… Chrystus w swoich tajemnicach… Chrystus jako wzór dla mnicha… Sponsa Verbi… Później, już po jego śmierci, wydano z jego papierów liczne inne, mniejsze lub większe dzieła i zbiory, w tym antologię korespondencji (Zjedno­cze­nie z Bogiem) oraz cykl nauk zatytułowany Chrystus jako wzór dla kapłana.

Był całym sercem oddany Chrystusowi, a jednocześnie i cały dla bliźnich. Miłość nie była u niego teorią: przekładała się na szczerą troskę i czynne poświęcenie, czy chodziło o to, żeby duszom ludzkim służyć konferencjami, słuchaniem spowiedzi, pracą kapłańską albo profesorską – czy też o to, żeby pofatygować się i załatwić jakąś sprawę czysto doczesną, którą doskonale mógłby załatwić ktoś inny, mniej dostojny i mniej rozrywany, tylko że akurat takiego kogoś nie było pod ręką. Sam zresztą nigdy nie dostrzegał, tym bardziej i nie celebrował swego dostojeństwa: po prostu zbyt wiele miał poczucia humoru i autentycznej, nie deklarowanej pokory. W dodatku, jak wielu tłuściochów, miał zawsze gotowy pretekst do żartów z siebie samego: znajdował go w swojej tuszy.

Był synem Francuzki i Irlandczyka, ale Irlandczyka wychowanego w języku i kulturze angielskiej. Został mnichem – później opatem – w Belgii w klasztorze obsadzonym przez Niemców. Kochał i rozumiał ich wszystkich: Irlandczyków i Anglików, Francuzów, Niemców i Belgów. A to go czyniło szczególnie podatnym na rany, ilekroć oni wzajemnie dla siebie nie znajdowali zrozumienia lub nawet między sobą wojowali. Był urodzonym budowniczym mostów między ludźmi, ale okoliczności zmusiły go do tego, żeby raz i drugi wziąć udział właśnie w stawianiu bariery; cierpiał nad tym szczególnie i starał się stawiać ją w taki sposób, żeby przynajmniej innym jak najwięcej bólu oszczędzić.

Pierwsza ojczyzna

Józef Marmion urodził się w roku 1858 w Irlandii, w stołecznym Dublinie. To tak, jakby się w tym samym czasie urodził w Warszawie, z tą jednak różnicą, że Warszawa była pod obcą okupacją dopiero od lat sześćdziesięciu, Dublin od siedmiuset. Ale analogii jest mnóstwo. W obu podbitych krajach zdobywcy prowadzili usilną politykę wynarodowienia miejscowej ludności i równie usilną politykę przeciągnięcia jej na swoją religię; prawda, Irlandia miała już wówczas najstraszniejszy, męczeński okres tej ostatniej akcji za sobą, w Polsce zaś w zaborze rosyjskim najgorsze lata miały się dopiero zacząć w niedalekiej przyszłości (po powstaniu styczniowym). Wyobraźmy sobie jednak dziewiętnastowieczną Warszawę, w której wprawdzie cerkwie stałyby puste, gdyż wiary katolickiej mimo wysiłków nie zdołano narodowi odebrać – ale w której język polski byłby już zapomniany, kojarzony tylko z mową wieśniaków; w której matki do dzieci mówiłyby po rosyjsku, w której po rosyjsku pisaliby Prus i Sienkiewicz… A taka właśnie była sytuacja w Dublinie: w połowie XIX wieku miasta irlandzkie były już od dawna anglojęzyczne, wieś zaś była od roku 1831 usilnie i niestety skutecznie anglicyzowana przez nowy system szkolny. Kultura i literatura celtycka, wyrażająca się w języku irlandzkim (Gaeilge), przeżywały właśnie wtedy w Irlandii swój okres najgłębszego zapomnienia. Irlandczycy pozostali wprawdzie sobą, ze wszystkimi cechami narodowego charakteru i ducha celtyckiego, ale ten duch wyrażał już swoje cechy i dążenia, nawet swój bunt, w języku angielskim. W niezbyt dalekiej przyszłości miało się zacząć Odrodzenie Celtyckie, ale i ono potrzebowało słowników, gdyż wyszło z Dublina właśnie, ze świadomego powrotu ludzi wykształconych do swoich korzeni, a nie ze środowisk wiejskich, znających jeszcze wprawdzie lepiej lub gorzej język irlandzki, ale tak przyciśniętych nędzą, że wszystko musiało ustąpić przed problemem przeżycia. Ten zaś był szczególnie ciężki od lat czterdziestych XIX wieku, kiedy to na kraj spadła klęska głodu, która spowodowała masową emigrację, jedyną zaś odpowiedzią rządu była zaczęta wkrótce potem wielka akcja eksmitowania irlandzkiej wsi. Ziemia była bowiem cała własnością angielskich dziedziców, od których irlandzcy chłopi mogli ją tylko dzierżawić i którym żadne prawo wówczas jeszcze nie zabraniało takich dzierżawców usuwać, gdy tylko przestawali płacić. Rosła więc nędza i rósł niepokój. W tym samym roku, w którym Marmion się urodził, zaczęły się w Irlandii zamachy na mienie, a czasem i na życie angielskich właścicieli ziemskich.

Oczywiście takie bezwzględne dążenie do zniszczenia tożsamości narodowej, samodzielności gospodarczej i (w miarę możności) odrębności wiary podbitego narodu wprowadza element stałego niepokoju także w życie zdobywców. Wciąż przecież trzeba tłumić jakieś bunty, wciąż należy obawiać się jeśli nie otwartego powstania, to przynajmniej dywersji lub terroryzmu; wciąż należy uzasadniać historycznie i etycznie swój podbój i swój stan posiadania. U zdobywców wytwarza to wrogość do podbitych, wrogość potęgowaną może przez jakieś wyrzuty politycznego sumienia, które domagają się zagłuszenia; toteż i zagłusza się je przez wykazywanie światu, jak bardzo ów podbity naród jest nikczemny i niegodny normalnych praw ludzkich. W tym właśnie duchu pisał o Polakach Dostojewski i w tym duchu pisał o Irlandczykach Kipling, a po nim Buchan i inni. Zresztą jeden z najstarszych na świecie przepisów na wykończenie człowieka (lub narodu) brzmi: doprowadzić go najpierw do kresu wytrzymałości psychicznej i poza ten kres, później zaś rozdzierać szaty, lamentując, jak bardzo nie panuje on nad sobą lub nawet do jak niegodnych środków się ucieka. W sytuacji niemożliwości otwartej walki zbrojnej pozostawały do dyspozycji Irlandczyków trzy środki. Jednym była walka parlamentarna, w angielskim parlamencie oczywiście, którą podjęto na dużą skalę w latach siedemdziesiątych, a więc w czasie, gdy Marmion był już klerykiem; drugim totalny bojkot angielskich dziedziców, praw i instytucji, który to bojkot miała za swój program przyjąć pod koniec XIX wieku organizacja Sinn Fein (co znaczy „my sami”); trzecim – i najstarszym – terroryzm. Dla porównania: u nas pod zaborem rosyjskim walka parlamentarna była niemożliwa, skoro Rosja nie posiadała parlamentu; bojkotować nie było kogo, skoro (przynajmniej w Królestwie Kongresowym) ziemia pozostawała w większości nadal w rękach polskich; po klęsce powstania styczniowego najpopularniejszym więc programem stała się tzw. praca organiczna, zmierzająca do cichej rekonstrukcji społeczeństwa, poprawy jego bytu i przechowania jego tożsamości w życiu domowym i w miarę możności w życiu zawodowym – ale terroryzmu próbowano także, zwłaszcza w kręgach socjalizujących: z rąk polskiego zamachowca zginął przecież car Aleksander II (1881). Oczywiście zarówno w Polsce jak w Irlandii zwolennicy poszczególnych dróg i różnych konkretnych programów nie rozumieli się wzajemnie, a często nawet się zwalczali.

Około roku 1870 liberalny gabinet Gladstone’a przeprowadził wprawdzie rozdział Kościoła anglikańskiego od państwa, co zwłaszcza w Irlandii poprawiło ogromnie sytuację prawną katolików; wydał zakaz samowolnego eksmitowania chłopów, dał im prawa wyborcze i dopuścił katolików na uniwersytety, dokąd przedtem nie mieli wstępu; ale ani nie zdołał poprawić sytuacji gospodarczej, ani też oczywiście nie zwrócił Irlandczykom upragnionej wolności politycznej. Zresztą już w roku 1874 władza wróciła w ręce torysów (premierem został wtedy Disraeli), co nadało polityce angielskiej ponownie rysy dość agresywnie imperialne. Dzieciństwo i młodość Marmiona upływały więc w społeczności udręczonej i rozdartej, ale znajdującej pociechę, umocnienie i gwarancję swojej tożsamości w życiu rodzinnym i w życiu religijnym. Jaką rolę w Irlandii grał wówczas Kościół katolicki, to mogą (poza Irlandczykami) rozumieć tylko Polacy. Był przewodnikiem i ratunkiem, jedynym miejscem bezpiecznym, w wielu kręgach społeczeństwa jedynym właściwie liczącym się autorytetem. A to wszystko nakładało się przecież tylko jako dodatkowa, wtórna motywacja na wrodzoną skłonność duszy celtyckiej do szukania Boga, do stałego z Nim kontaktu. Tradycyjna pobożność celtycka obejmuje całe życie w jego najdrobniejszych szczegółach i wyraża się spontanicznie w poetyckich tekstach modlitewnych, które świat zewnętrzny odkrył dopiero w drugiej połowie XIX wieku, zaczynając od Hebryd, to jest od zagubionych na Atlantyku wysp na północny zachód od Szkocji. Bogactwo duchowe tamtejszych nędzarzy okazało się zdumiewające. Tak oto wieśniaczki, nie wiadomo nawet, czy piśmienne, uczyły tam dzieci modlitwy:

…Matka mówiła nam, żebyśmy w izbie śpiewali poranną pieśń dla Boga tak, jak wysoko w chmurach śpiewa ją skowronek Maryi, a nisko na drzewie – Chrystusowy drozd: oddając Bogu chwałę za spoczynek nocny, za światło dnia i za radość życia. Tłumaczyła, że każde stworzenie, i tu na ziemi, i nisko w oceanie, i w powietrzu nad nami, oddaje chwałę wielkiemu Bogu, Panu wszystkich stworzeń i wszystkich światów, Dawcy sił i błogosławieństw – a my mielibyśmy milczeć? 

A drugim tradycyjnym elementem, kształtującym pobożność celtycką, jest jej duch misyjny. Już od wczesnego średniowiecza, od samych początków irlandzkiego chrześcijaństwa, zaznaczyła się gotowość, by złożyć poznanemu wreszcie Bogu tę najwyższą ofiarę, jaką dla Celta jest odejście ze swej rodzinnej, „świętej” wyspy, po to, by dzielić się znajomością Boga z innymi. Stąd praktyka zwana peregrinatio pro Christo: ona to zagnała średniowiecznych mnichów celtyckich (w tym świętych: Kolumbę i Kolumbana) na krańce Europy, od Szkocji po tereny dzisiejszej Szwajcarii i Polski. W drugiej zaś połowie XIX wieku jej kontynuacją stało się hasło: „Skoro Anglia nas podbiła, my teraz nawróćmy Anglię!” Mnóstwo irlandzkich księży zaczęło wtedy zgłaszać gotowość przejścia do angielskich diecezji, co oczywiście stało się wielką pomocą dla pozbawionych odpowiedniej liczby kleru angielskich biskupów, których zresztą Stolica Apostolska mogła tam oficjalnie mianować dopiero w roku 1850; do dzisiaj jeszcze trwa ta pomoc, choć wymarzonego wielkiego nawrócenia Anglii na katolicyzm „misje” te nie przyniosły. Co jednak jest ważne: żeby rzeczywiście, szczerze i ofiarnie podjąć duszpasterstwo na sąsiedniej wyspie, trzeba było umieć spojrzeć na jej mieszkańców nie jak na wrogów, ciemięzców i najeźdźców, wobec których planuje się ideologiczną dywersję, ale jak na braci, którym się niesie zaproszenie do jednego Kościoła. A to było coś więcej niż skłonność naszej literatury do tworzenia postaci „przyjaciół-Moskali”, takich jak Rykow w Panu Tadeuszu czy Major w Fantazym.

Takie było więc podstawowe dziedzictwo psychiczne i duchowe społeczności, z której i wśród której Józef Marmion wyrósł. Zdaje się, że francuskie dziedzictwo po matce mniej go ukształtowało; nawet jej ojczystego języka nie nauczył się w dzieciństwie na tyle dobrze, by móc nim władać jak własnym: później, już w Belgii, będzie musiał ten brak nadrabiać. Miał jednak wszelkie prawo dziedziczyć także po niej przynajmniej pewne cechy psychiczne, zapewne więc przekazała mu francuskie poczucie rozsądnej miary, jasność umysłu, logikę wyrazu. Zdawałoby się, że celtycki mistycyzm i francuska logika wykluczają się wzajemnie – ale w nim właśnie utworzyły syntezę szczególnie bogatą.


Małgorzata Borkowska OSB Chrystus życiem bł. Columby Marmiona OSB Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Co to znaczy, że dusza ludzka jest nieśmiertelna? Siostra Małgorzata Borkowska wyjaśnia…

Nauka wiary

Jest wokół nas materia nieożywiona i ożywiona. Życie roślin to wzrost; życie zwierząt to wzrost, ruch i działanie. W obu wypadkach następuje rozkład organizmu po śmierci. To samo – wzrost, działanie i śmierć – z dodatkiem jednak świadomości, mowy i pracy, obserwujemy u człowieka. Bóg powiedział nam jednak, że dał człowiekowi nie tylko życie cielesne: obdarował go bowiem duchową nieśmiertelnością. Od aniołów odróżnia nas życie cielesne; od zwierząt życie duchowe i przeznaczenie do ostatecznej nieśmiertelności. W tej nieśmiertelności ma mieć udział cały człowiek, dusza i ciało; ciało bowiem bez duszy rozpada się, a dusza bez ciała żyje wprawdzie, ale to już nie jest cały człowiek. Stąd chwilowość śmierci i konieczność zmartwychwstania.

Śmierć jest więc chwilowym tylko rozdzieleniem duszy od ciała. Nasze „ja” pozostaje w formie duszy i idzie na sąd Boży; nasze ciało rozkłada się, rozpada w pył, ale z niego odtworzy się z powrotem. Bezpośrednio po śmierci czeka nas:

a) Sąd Boży. Zależnie od tego, jak żyliśmy i co kochaliśmy, zabieramy na tamten świat albo miłość, albo nienawiść. Stajemy przed Bogiem albo jako Jego dzieci (kochające, skruszone, tęskniące) albo jako Jego wrogowie. Przyjmujemy Jego zbawienie – albo nie jesteśmy już w stanie go przyjąć.

b) W tym ostatnim wypadku należymy do piekła i tam też trafiamy. Odrzuciliśmy Boga, więc nie jesteśmy Go warci. Potępieni cierpią, ale mimo to trwają w uporze. Nie mogą i nie chcą się nawrócić. Analogią ziemską takiej postawy może być długotrwała obraza; tylko że dopóki jesteśmy w czasie, to dzisiejsza obraza może jutro ustać, a tam już czasu nie ma – ani możliwości zmiany.

c) Jeżeli jednak stajemy przed Bogiem z miłością do Niego, jaką wyrobiliśmy sobie w życiu przez współpracę z łaską, to mogą być dwie możliwości:

1. albo już na ziemi oczyściliśmy się z naszych win, odpokutowaliśmy za nie, a nasza miłość osiągnęła szczyty – wtedy idziemy prosto do nieba,

2. albo nasze chęci są dobre, ale miłość jeszcze słaba, pokuta żadna – wtedy musimy przejść przez oczyszczenie, tzw. czyściec. Taka dusza jest już „zakwalifikowana” do zbawienia, na pewno nie będzie potępiona, ale jeszcze nie jest dość czysta i kochająca. Uczy się tego przez cierpienie, jak np. święci przez doświadczenia nocy mistycznych. Ktoś powiedział pięknie: „W czyśćcu wszyscy są mistykami” .

d) I wreszcie czeka nas Sąd Ostateczny, koniec takiego świata, jaki znamy, powszechne zmartwychwstanie. Nowe niebo i nowa ziemia, wieczne szczęście zbawionych.

W sumie, nasze życie na ziemi jest właściwie okresem próby.

Nauka moralna

Dlatego nie trzeba go przeceniać – ani jego szczegółów. Dlatego powiedziano: nie kradnij, nie pożądaj – bo nie tylko utrudniasz przez to życie bliźniemu, ale i własną duszę wikłasz w sprawy tego świata.

Życie monastyczne

I właśnie my mamy dawać świadectwo, że ważniejsze jest niebo od ziemi. Przez nieprzywiązywanie się do ziemi, przez nieurządzanie się na niej, jakby miała być naszym rajem na wieki. Inaczej lepiej w ogóle nie zaczynać życia zakonnego, albo jak najszybciej wracać do domu. Zakonnica, która żyje dla ziemskich drobiazgów, a nie dla Boga, robi więcej szkody niż dziesięciu bezbożników, bo ludzie mówią: No, jeżeli nawet ona, która zna Boga z bliska… która spróbowała… itd. Jeśli ktoś stara się w życiu zakonnym uwić sobie ciepłe gniazdko, zapewnić sobie pozycję, urządzić wygodne układy międzyludzkie; jeśli pyta przede wszystkim, „czy mnie tu będzie dobrze” – to powinien uświadomić sobie, czego naprawdę szuka: bo nie Królestwa Bożego.

O hierarchii wartości

Towar w każdym sklepie zawiera rzeczy tańsze i droższe. Tanie są mało warte, drogie wartościowe. Każda mapa pokazuje drogi lepsze i gorsze; proste i okrężne. Żyjemy na co dzień różnymi skalami wartościowania i stosujemy je odruchowo jako rzec oczywistą; ale najtrudniej jest człowiekowi zastosować taką skalę do swoich życiowych priorytetów.

Nauka wiary

Gdyby dusza ludzka nie była nieśmiertelna, gdyby istniało tylko to życie, to sens miałoby hasło: jedzmy i pijmy, użyjmy, ile się da; co złapiemy, to nasze itd. Ale skoro istnieje nieśmiertelność, a to życie rozstrzyga o naszej przyszłej wieczności – to w takim razie skala się odwraca: ziemskie bogactwo okazuje się pyłem, a nabiera wartości przyjęte od Boga ubóstwo. Ziemska potęga okazuje się szkodą, nie chwałą: a chwałę zyskuje pokora i posłuszeństwo. A zdumiewająca wartość tego świata bierze się nie stąd, że w nim można zdobyć wiele jego dóbr, ale stąd, że on jest przedsionkiem wieczności i że nasze zachowanie w tym przedsionku ma zdecydować o tym, w które drzwi wieczności nas wpuszczą.

Różnica między duszą pogańską a chrześcijańską polega na tym, że ta żyje i gromadzi dla tego świata, tamta dla przyszłego. Czyli wszystkie priorytety i oczywistości działają całkiem odwrotnie. Próba pogodzenia tych dwu postaw jest niemożliwa: jak ogień z wodą, tylko zamieszanie rośnie. Bo nawet świecki chrześcijanin, szczerze pracujący nad wprowadzeniem Bożego ładu na ziemi, powinien wiedzieć, że to jest tylko tymczasowe i dla wieczności.

I tylko wiara tak pozwala żyć. Nie może żyć dla wieczności, kto w wieczność nie wierzy. W oczach poganina chrześcijanin jest głupi: wyzbywa się wielu dóbr i „nic za to nie ma”. Ale my wiemy, że tak nas prowadzi nie ludzka, ograniczona mądrość, ale mądrość Boża. Mądrość Krzyża to niby utrata i zguba, a w rzeczywistości zwycięstwo.

Trzeba umieć odróżnić ważne od nieważnego; wiedzieć, co ziarno, a co plewy. Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane (Mt 6,33). Przypowieści o perle i o ukrytym skarbie (por. Mt 13,44–46) mówią nam wyraźnie, co jest skarbem cenniejszym niż wszystko inne: czego zdobycie mimo utraty całego majątku okazuje się zyskiem.

Tu jednak zachodzi pewna trudność: tak się mianowicie składa, że plewy widzimy, ziarna nie widzimy. O ziarnie mówi nam objawienie Boże, a może nam zabraknąć wiary. Stąd płynie stała pokusa: zachować sobie przynajmniej plewy. Bo kto wie, jak to tam będzie z tym ziarnem? Więc zachomikować sobie tu na ziemi jakieś dobra, jakieś ludzkie zabezpieczenie. Tylko że to wszystko jest nietrwałe: rdza i mól to niszczy i złodzieje kradną (Mt 6,19). Bo co jest ziemskie, przemija z ziemią; a co należy do jednego człowieka, może zawsze skusić drugiego. Stąd potem męka, kłótnie, nieszczęścia: bo nam się rozpada to, w czym ufaliśmy i cośmy z takim mozołem zbierali, i próbujemy tego bronić, wikłając się w to coraz bardziej. Lekarstwem na takie pokusy jest duchowe ubóstwo, które nam Chrystus Pan zalecił: umieć wypuścić z rąk to, co z nami na tamten świat nie przejdzie, jak bł. Salomea na witrażu Wyspiańskiego wypuszcza z rąk koronę.

Nauka moralna

Pierwsze przykazanie Boże jest prawem hierarchii wartości: Nie będziesz miał bogów cudzych obok Mnie (Wj 20,3). Nikogo i niczego nie postawisz na równi z Bogiem, a tym bardziej powyżej Niego; na każdą rzecz masz starać się patrzyć według Jego nauki. Wszystkie następne przykazania są tylko szczegółowym zastosowaniem tej ogólnej zasady do głównych dziedzin życia, i tak je należy pojmować. Owszem, mają one także sens czysto świecki, uczą etyki i kultury; gwarantują spokój i bezpieczeństwo, pod warunkiem oczywiście, że zostaną powszechnie przyjęte: nie zabijaj, nie kradnij, nie kłam, nie cudzołóż. Ale ta ziemska wartość rozsądnych przepisów to jeszcze bardzo mało w porównaniu z ich wartością nadziemską. Zresztą taka motywacja nie wystarcza, bo niejeden poganin mówi sobie: „Przecież to nierealne, żeby nie było na świecie niebezpieczeństw. A skoro są, to co zyskam na tym, że sam nie zabijam? Tym prędzej inni mnie zabiją, bo się nie będą mnie bali. Więc po co?” I nie wie, że warto nawet dać się zabić dla wieczności.

Życie monastyczne

Ewangeliczny kupiec, który wszystko sprzedał, żeby nabyć jedną perłę, jest świetnym obrazem prawdziwego mnicha. Wszyscy coś kupujemy: czasem za cenę właściwą, czasem za zniżoną; w tym drugim wypadku albo dlatego, że taką wytargowaliśmy, albo po prostu dlatego, że nie mamy więcej. Otóż wielu ludzi usiłuje wytargować niebo po zniżonej cenie. My płacimy wszystkim, co mamy (chociaż oczywiście nie jest to jeszcze żadna równowartość – to niemożliwe!) i mimo to uważamy, jak ten kupiec, żeśmy zyskali, że warto, że byłoby ujmą dla naszego Pana oddać mniej niż wszystko. Może z tego kupca śmiali się koledzy, ale on wiedział, co robi.


Małgorzata Borkowska OSB Sześć prawd wiary oraz ich skutki Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

„Kolejna idealistka ruszała do akcji…” Fragment biografii bł. Matki Kolumby Gabriel

Moralna strona wychowania nic prawie do żądania nie pozostawiała… Nie bywałyśmy na balach, nie stroiłyśmy się… i nic nie uczyło nas próżności, prze­sady, pychy i kokieterii… Oprócz dziecinnie egzaltowanych przyjaźni pomiędzy koleżankami i przywiązań do wybranych zakonnic, zamykających się w granicach uwielbień i ubóstwień idealnych, nie pozostawał między nami cień erotyzmu i romansowości… W bardzo znacznej większości byłyśmy córkami rodzin majętnych: więc w marzeniach uwalniałyśmy włościan, rozdawałyśmy nasze majątki oraz walczyłyśmy zapamiętale o wolność ojczyzny. Były i takie, które marzyły o zabawach, strojach, a nawet o wychodzeniu za mąż, ale była to mniejszość.

Tak wspomina atmosferę swoich szkolnych lat Orzeszkowa, uczen­nica warszawskich sakramentek. Było to na parę lat przed po­wstaniem styczniowym. Jeżeli w tej blisko stuosobowej gromadzie panienek prawie już na wydaniu, w przeważającej większości były te, co reformowały świat, a w mniejszości (nieco pogardliwie przez pisarkę potraktowanej) takie, które marzyły o normalnym i naturalnym powołaniu kobiety, o założeniu rodziny – to widać, że atmosfera tam była przepojona tym, co ta sama pisarka każe czarnym charakterom w swoich powieściach określać jako „wściekły idealizm”. Dodajmy, że był nie tylko „wściekły”, ale i bar­dzo trwały. Mimo wszystkich komplikacji swego życia prywatnego Orzeszkowa zostanie temu idealizmowi wierna do śmierci.

Zdaje się, że ten obraz szkoły zakonnej z drugiej połowy XIX wieku można by bez żadnych zmian odnieść do wielu takich szkół zarówno w Królestwie, jak i w Galicji. W Królestwie zresztą były to już ich ostatnie lata: po powstaniu styczniowym rząd carski zamknie wszystkie szkoły klasztorne, nie z czym innym walcząc, jak właśnie z ich wściekłym idealizmem patriotycznym i społecznym. Pozostaną szkoły galicyjskie. Nie było ich w początku stulecia wiele. Poza Krakowem, który pod rządy austriackie dostał się nieco później, skasowano w Galicji już w roku 1782 wszystkie klasztory, które nie prowadziły szkół lub szpitali, a także kilka takich, które je prowadziły, żeby nie było za dużo. Tym, którym pozwolono istnieć, postawiono warunek: wszystkie siły włożyć w dzie­ło. Życie kontemplacyjne było odtąd zakazane. Ten zapał reformatorski austriackich hofratów osłabł nieco po śmierci Józefa II, i po zajęciu Krakowa pozwolono w nim istnieć nadal paru wspólnotom ściśle klauzurowym; ogromna jednak większość klasztorów żeńskich, niezależnie od reguły, zajmowała się nauczaniem. Ich liczba rosła bezustannie, przede wszystkim dzięki powstawaniu nowych zgromadzeń, zakładających głównie szkoły ludowe czyli podstawowe; ale także szkoły zwane wydziałowymi, dające wykształcenie średnie, mnożyły się bądź przez zakładanie szkół nowych, bądź przez przedłużanie nauki w już istniejących, osiągając tuż przed I wojną światową liczbę trzydziestu dwóch. Wiele z nich nie miało praw publicznych: uczennice rekrutowały się tam spośród panien dość zamożnych, żeby nie potrzebować dyplomu z pie­czątką, a za to program nauki można było częściowo zmodyfikować w stosunku do szkół państwowych. Lwowskim sercankom w roku 1848 zamknięto przejściowo szkołę za nadmiar patriotyzmu polskiego. Niepokalanki wzięły sobie za główne zadanie wykształcić i przepoić tym patriotyzmem wpływową warstwę społeczeństwa. Także niektóre przynajmniej spośród szkół prywatnych, prowadzonych przez osoby świeckie, wychowywały w po­dobnym duchu. Były to więc rozsadniki idealizmu, w których duża część uczennic szukała wiedzy nie po to, żeby zdobyć zarobek, ale żeby reformować świat.

Świat zaś (a w nim polskie społeczeństwo) niewątpliwie wciąż potrzebował reformy. Była w nim nadal niewola polityczna, była tragiczna sytuacja społeczna, nawet po „wyzwoleniu włościan” niewiele lepsza niż przed nim – i wreszcie była moralna ludzka nędza, nieuchronnie obecna we wszystkich stanach. Jeżeli wierzyć powieściopisarzom z przełomu XIX i XX wieku, główną plagą naszego ówczesnego światka była obmowa: nie takie sobie zwykłe niemądre plotki, ale obmowa gorzka, gryząca, płynąca z za­wiści, rzucająca się łapczywie na wszelkie dostrzeżone dobro, by je błotem zamazać i udowodnić, że wcale dobrem nie było. Tej pladze mało kto umiał czy nawet próbował zaradzić, gdyż mało kto zdawał sobie sprawę, że walczy się z nią nie przez strofowanie za nią innych, ale przez trzymanie własnego języka za zębami. Zdawałoby się, że duchowieństwo, formowane przecież w seminariach i nowicjatach do pracy nad sobą, powinno było świecić wzorem mądrej powściągliwości w mowie: ale i jemu to świecenie szło trudno.

Kto się jednak wybierał od dziecka reformować świat, i to reformować go ofiarnie własnym kosztem, mógł mieć (jak w każdej epoce) radosną pewność, że mu pracy nigdy nie zabraknie. Dziewczynka, urodzona 3 maja 1858 roku w Stanisławowie i tegoż dnia ochrzczona w kościele parafialnym Niepokalanego Poczęcia pod imionami Janiny Matyldy, wchodziła więc w świat pod wspaniałymi auspicjami.

Rodzice nazywali się Rudolf Gabriel i Agnieszka z Rawskich. Włoscy biografowie Błogosławionej robią z nich szlachtę, ktoś nawet mówi o arystokracji, ktoś wie o tytule barona… ale jest pewne, że nazwisko Gabriel nie należy do polskich nazwisk szlacheckich. Rzymskie wychowanki Matki dopatrywały się herbów w znakach na jej chusteczkach, poza tym imponował im jej spokojny sposób bycia, takt i dobre wychowanie; ktoś jeszcze w dodatku przypomniał sobie, że kiedyś mówiła, jak bardzo od dzieciństwa lubi konie i opowiadała, jak karmiła cukrem konie swego ojca… Co do tych herbów, gdyby je nawet miała, musiałaby się ich pozbyć w no­wicjacie i na pewno by ich nie używała nigdy więcej; więc raczej sądzić można, że były to po prostu skomplikowane wedle ówczesnego stylu zdobnictwa monogramy. Co do spokoju, Matka Kolumba była jak na polską skalę porównania dość żywa, ale wybuchowym Włoszkom mogła i tak wydawać się posągowo spokojna, zwłaszcza że wówczas już tyle udręki musiała przed otoczeniem ukrywać. Nienaganne maniery mogły być częściowo wyniesione z domu, jeżeli był to (jak wszystko zdaje się wskazywać) dom należący do nowej podówczas warstwy społecznej, nazwanej później inteligencją; ale w dużej mierze mogły być także śladem szkoły zakonnej, w któ­rej wtedy na takie sprawy zwracano wielką uwagę. Pozostają więc już tylko konie, ale to za mało, by zrobić z kogoś barona.

Rudolf Gabriel mógł być zresztą pochodzenia austriackiego, ale w takim razie byłby już (jak wielu innych dookoła) Niemcem dokładnie spolszczonym, może w drugim lub jeszcze dalszym pokoleniu. Z czegokolwiek żył i w jakimkolwiek celu trzymał konie, był dość zamożny, by rodzinę nie tylko utrzymać, ale i łożyć na dobra kulturalne. Janina Matylda uczyła się muzyki, i to chyba starannie i długo (a więc nie bez ćwiczeń na własnym instrumencie), skoro grała później bardzo ładnie podobno, ze szczególną preferencją dla Szopena. Był to zresztą zaledwie jeden z jej licznych talentów, tylko wybierać: malarstwo, muzyka, sztuka słowa… Ale najgłębiej siedziała w niej pasja nauczycielska.

Nad światem jej dzieciństwa, złożonym z rodziców i jednego braciszka, królowali zgodnie Bóg i mama. Od mamy pochodziły niewątpliwie pierwsze nauki – o wszystkim: o Bogu i o literach, jak się trzyma widelec i jak się dąży do zbawienia. Mama była najważniejsza na świecie, ale jednocześnie uczyła, że Bóg jest najważniejszy: nie było w tym żadnej sprzeczności, Bóg i mama zgadzali się we wszystkim. Janinie Matyldzie został szczęśliwie oszczędzony szok, jakim dla tylu powołanych jest sprzeciw najbliższych wobec ich powołania. Miała osiem lat, kiedy postanowiła zostać zakonnicą: rodzice mieli wszelkie prawo nie traktować od razu tych planów poważnie, ale też z drugiej strony nie okazali najmniejszego sprzeciwu.

W tym samym roku (1866) państwo Gabriel przenieśli się do Lwowa. Jeszcze przez dwa lata mała uczyła się w domu i dopiero kiedy miała lat dziesięć, poszła do szkoły – od razu, jak się zdaje, do klasy czwartej. Zapisano ją na początek do tzw. Szkoły Elżbiety: była to szkoła państwowa, nosząca imię najjaśniejszej habsburskiej cesarzowej, a właściwie dwie szkoły pod tym samym imieniem: męska i żeńska. Wybór był może podyktowany bliskością miejsca: jak zobaczymy, Janina Matylda miała swe pięć lat nauki spędzić w aż czterech różnych szkołach. Z samego początku tego okresu znane są dwa drobne epizody; zapewne później w Rzy­mie bawiła czasem swoje wychowanki anegdotami z własnego dzieciństwa, jak zwykle matka, i te akurat pozostały w ich pamięci. Dziesięcioletnia przyszła mniszka najwyraźniej miała całkiem normalny nadmiar energii ruchowej do wyładowania i wy­ładowywała go w całkiem normalny sposób, mianowicie skacząc po ławkach; kiedyś jednak spadła i skaleczyła się boleśnie. Zamiast pędzić do mamy po pociechę, ukryła to skaleczenie, żeby mamy nie zmartwić. Już wtedy, i nawet wobec własnej matki, kochać znaczyło dla niej przede wszystkim: opiekować się.

A drugie wspomnienie to straszliwy dylemat, przed którym mała stanęła prawdopodobnie mniej więcej w tym samym czasie. Uczennice rekrutowały się oczywiście ze wszystkich grup narodowych i religijnych, reprezentowanych we Lwowie, były więc tam katoliczki rzymskie, unitki ruskie i może także ormiańskie, mogła być mała grupka ewangeliczek, była na pewno spora grupa Żydówek. Janinę Matyldę nauczono, że Żydzi kiedyś dawno nie rozpoznali Chrystusa, ale że jeszcze mogą Go poznać, jeżeli się im wytłumaczy. Wobec tego zabiera się do tłumaczenia, z całą powagą, tej spośród żydowskich koleżanek, z którą przyjaźni się najbardziej. Źle trafiła: koleżanka nie miała żadnej ochoty na konwersję, a chcąc prawdopodobnie uciąć temat, replikowała:

– Wiesz, ja to cię bardzo lubię, ale moi rodzice, gdyby się dowiedzieli, że mnie nawracasz, to by cię zabili.

Groźba była oczywiście całkiem nierealna, ale właśnie w takie rzeczy ludzie gotowi są wierzyć. Janina Matylda uwierzyła natychmiast, ale ze skutkiem wprost przeciwnym do zamierzonego: nie przestraszyła się, tylko uznała, że ma szansę na prawdziwe męczeństwo. I tu właśnie był dylemat. Bo z jednej strony męczeństwo podoba się Bogu i prowadzi prosto do nieba; z drugiej jednak strony, co powie mama? To już mogłoby dla niej być za dużo! Po raz pierwszy i chyba ostatni, przez moment, straszny moment, Bóg i mama najwyraźniej się nie zgadzali. Potem refleksja: to, co by zmartwiło mamę, nie może podobać się Bogu. Trzeba więc działalności apostolskiej na ten raz zaniechać. Miała o kilka lat więcej, niż ich miała Teresa z Avili, uciekając z domu w poszukiwaniu męczeństwa; prawdopodobnie dlatego zdołała dostrzec więcej niż jeden aspekt sprawy.

Następny rok szkolny spędziła u benedyktynek „łacińskich”. Była to jedna z trzech najstarszych we Lwowie szkół zakonnych. Wyzwolona już od roku 1848 z obowiązku uczenia po niemiecku, szkoła ta była właśnie w trakcie dalszych przemian. Rok przedtem ksieni Benedykta Rzączyńska otworzyła w niej piątą klasę, a na­stępnie szóstą; dwie potrzebne do tego sale uzyskano kosztem dotychczasowego internatu, decydując się na przyjmowanie większego niż dotąd procentu uczennic dochodzących, a więc z miasta. Piąta klasa miała odtąd przerabiać bardzo starannie literaturę polską od początków do Oświecenia włącznie, szósta równie starannie literaturę okresu romantyzmu. Oczywiście towarzyszyło temu także pogłębianie znajomości innych przedmiotów. Wyraźne było dążenie tak zakonnej zwierzchniczki, jak i księdza dyrektora, do zwiększania udziału samych zakonnic w pracy nauczycielskiej, do zmniejszania zakresu narzucanej niemczyzny (nieco później wprowadzono także język francuski i oba te języki, jako obce, postanowiono wykładać dopiero od trzeciej klasy) oraz do poszerzania zakresu wiedzy chrześcijańskiej: wprowadzono na przykład historię Kościoła w miejsce dawnej „etyki ogólnej”. Aby tak decydować o profilu nauki, uzyskano status szkoły prywatnej.

Janina Matylda znalazła się więc we wrześniu 1869 roku wśród uczennic nowootwartej klasy piątej i w zasięgu oddziaływania idealizmu szkoły prywatnej, i to w dodatku zakonnej. Niewątpliwie było jej to bliższe niż atmosfera szkoły państwowej. Niemniej kolejne dwa lata szkolne, od jesieni 1870 do wiosny 1872 roku, spędziła w innej szkole zakonnej, u benedyktynek ormianek. Edukacja była tam najprawdopodobniej identyczna: można więc przypuszczać, że rodzice chcieli (skoro mała nadal uparcie pragnęła zostać zakonnicą i nauczycielką), żeby poznała kilka takich zakładów i któryś z nich sobie wybrała.

Cenzurki miała tak zwane „nudne”: nic tam nie było oprócz stopni bardzo dobrych. Jesienią 1872, a więc mając lat 14, przeszła znowu do szkoły państwowej, mianowicie do seminarium nauczycielskiego: nie chodziło na razie o dyplom, uprawniający do nauczania w szkołach podstawowych, tylko o naukę metody. W lip­cu 1873 roku, mając lat 15, uznała, że może się już zgłosić do klasztoru. Powie później: „Za zabawami światowymi nie tęsknię, bo ich w ogóle nie poznałam”. Orzeszkowa byłaby zbudowana: kolejna idealistka ruszała do akcji.


Małgorzata Borkowska OSB Czarna owca. Szkic biografii bł. Matki Kolumby Gabriel Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Cisza medytacji nawiązuje do ciszy żłóbka

W naszym życiu zdarza się, że żyjemy przyzwyczajeniami, przywiązaniami do pewnego sposobu myślenia czy postępowania. One pozwalają nam funkcjonować w świecie, przeżywać kolejne dni, odnajdywać się w rzeczywistości. Jednak to, z czym się spotykamy, czego doświadczamy, nigdy nie jest takie samo, nigdy nie jest identyczne z tym, co już przeżyliśmy. Każde spotkanie, każde doświadczenie, każde uczucie jest czymś nowym i niepowtarzalnym, czymś cennym, a zarazem w pewien sposób odkrywczym.

Każdy dzień przynosi nam coś nowego, innego, nieznanego, nieoczekiwanego. To nieoczekiwane jest najbardziej tajemnicze. To coś, czego się nie spodziewasz. Coś, o czym nawet nie pomyślałeś, nie sądziłbyś, że to się stanie. Coś, o czym nie mogłeś wiedzieć. To przychodzi. Pojawia się. Staje przed Tobą. Wchodzi w Twoje życie. Co więcej, to może zmienić Twoje życie, to może przewrócić je do góry nogami. Ludzka reakcja na nieprzewidywalne sytuacje jest różna. Nikt do końca nie wie, jak ma się zachować. Tu nie ma wyuczonych zachowań, standardowych postaw. Tu potrzeba okazać gotowość do odpowiedzi, do przyjęcia tego, z czym się spotkało.

Podczas medytacji zachowujemy się zawsze tak samo. Siedzimy lub chodzimy, powtarzając słowa nieustannej modlitwy. Jakbyśmy chcieli w pewien sposób zaprzeczyć rzeczywistości, nie zważać na pojawiające się zmiany. To jednak jest w zasadzie postawą bardzo adekwatną, wyrażającą naszą niemoc wobec tego, co nas spotyka. Medytacja zakłada postawę uznania, że nie pojmę do końca rzeczywistości. To wołanie jest w zasadzie jedynym, co mogę dać. Jest jedyną odpowiedzią na nieoczekiwane. To przeświadczenie, że sam nie jestem w stanie dojść do tego, co jest w moim sercu, do realizacji tego pragnienia życia pełnego i szczęśliwego.

Dlatego też milczę. Cisza medytacji nawiązuje do ciszy żłóbka. Tam stykamy się z czymś nieoczekiwanym, a zarazem tajemniczym. Nie tego spodziewali się Mędrcy, szukający nowonarodzonego Króla. Król musi przecież urodzić się w pałacu, wśród możnych i wielkich tego świata. Nie mogło być inaczej. Rzeczywistość jednak po raz kolejny okazała się inna, niż można było sądzić. Jakże często to, co człowieka spotyka, zmusza go do zrewidowania jego wyobrażenia o wydarzeniu. Jakim zaś wydarzeniem było narodzenie Syna Bożego! Wobec Dzieciątka wypada nam tylko zamilknąć, upaść na twarz i oddać Mu pokłon. Wcielenie jest Tajemnicą, której do końca nie zrozumiemy. W medytacji też jest pewna tajemnica, tajemnica spotkania. Dokonuje się ono, ale jednocześnie jakby jest przede mną zakryte, w którym nie wszystko jest mi dane, w którym nie wszystko mogę zrozumieć.

Tę rzeczywistość, w której tak wiele rzeczy jest nieoczekiwanych, człowiek pragnie sobie jakoś poukładać, uporządkować. Chce niemalże dotknąć tego, z czym się spotyka, z czym ma do czynienia. Chce dotknąć, bo pragnie uchwycić i ułożyć po swojemu, tak, żeby zrozumiał. Dlatego też medytuje… Medytuje, czyli nie porusza się, ale trwa, a zarazem wyczekuje, ma na coś nadzieję. Chociaż trwa w bezruchu, to jednak chce się poruszyć, by dotknąć… Dotknąć… Obecności…! Dotknąć Słowa, które stało się Ciałem…! Dotknąć Tego, którego nikt nie widział! Dotknąć Początku wszystkiego! Dotknąć Tego, przez Którego wszystko się stało i bez którego nic by się nie stało, co się stało! Dotknąć Tego nowonarodzonego Króla, Pana Wszechświata! Dotknąć Życia, aby żyć! Dotknąć Prawdy, aby nie żyć w fałszu, aby już nie udawać. Dotknąć Tego, który zamieszkał między nami. Dotknąć Chwały. Dotknąć Tego, od Którego otrzymaliśmy łaskę po łasce.

To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce – bo życie objawiło się.

Tak! Objawiło się Życie! Życie, które mnie przerasta i jest całkowicie poza tym, co zwyczajne, czego doświadczam każdego dnia. Życie, które jest w pełni urzeczywistnione, które jest rzeczywiste w niepojęty dla mnie sposób. Skoro zaś to Życie jest w pełni urzeczywistnione, to jest również w pełni doskonałe.

Czy to zaś, że chcę dotknąć Życia, nie jest zuchwałością, nie jest mrzonką, pobożnym życzeniem? Czy nie pragnę zbyt wiele? Przecież mówimy o Tym, Którego niebiosa i ziemia nie mogą objąć! On jest niewymownie wzniosły ponad wszystko, co poza Nim istnieje i da się pomyśleć. On jest nieskończony, gdyż nie posiada żadnych granic swojej doskonałości. On jest jedynym mającym nieśmiertelność, który zamieszkuje światłość niedostępną. On jest niepoznawalny w swojej istocie! To jest Ten, przed Kim aniołowie wołają: Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów. Cała ziemia pełna jest Jego chwały. On jest od nas oddzielony, gdyż jest samą Świętością. Każdy zaś, kto wchodzi w kontakt ze świętością, musi również się oddzielić, odseparować od tego, co nie jest święte. Natomiast ja jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach. Dlatego wołam w medytacji o miłosierdzie nade mną. To wołanie nie pozostaje bez odpowiedzi. Nadchodzi Wcielenie! Nadchodzi ta zmiana, która pozwala spojrzeć inaczej, która pozwala przybliżyć się do Świętości. Nadchodzi zmiana, ponieważ Nieskończony przyjmuje granice ludzkiej natury, przez co śmiertelny człowiek staje się królem nad wiekami i czyni mieszkańców ziemi dziedzicami nieba.

Spotkanie ze świętością Boga, zwłaszcza z Wcielonym Synem Bożym, jest wezwaniem do świętości, zachętą do jej dotknięcia: Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!. Dlatego to Życie, pomimo swojej nieogarnionej potęgi i niezmierzonej mocy, przyciąga, wzywa, żeby podejść bliżej. Ono samo pragnie bliskości.

Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy doznali miłosierdzia i znaleźli łaskę pomocy w stosownej chwili.


Brunon Koniecko OSB Medytować to… Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Każdy z nas, nawet będąc w tłumie, umiera samotnie

Łukasz Wojtusik: Jak ojciec, będąc katechetą, przybliżał dzieciom zagadnienie śmierci?

Leon Knabit OSB: Od wielu lat nie prowadzę już klasycznej katechezy w szkołach. Nie przypominam sobie, by problem śmierci był jakoś szczególnie omawiany.

Nie da się opowiadać o chrześcijaństwie bez odniesienia do męki Jezusa na krzyżu.

Dzieci nie zasypywały mnie pytaniami z rodzaju: „Dlaczego umieramy? To niesprawiedliwe”. Rozmawialiśmy czasem o obrzędach związanych z pogrzebem, każdy człowiek wcześniej czy później musi wziąć udział w takim wydarzeniu. Pamiętam rozmowę z chłopcem z podstawówki, któremu umarł ojciec. Był najstarszy z rodzeństwa. Powiedziałem mu, że teraz będzie najważniejszym mężczyzną w rodzinie. Przyjął to ze zrozumieniem. W swojej posłudze wielokrotnie stykałem się ze śmiercią, ale w szkole specjalnie nie zajmowaliśmy się tą sprawą.

Czy dziecko należy chronić przed widokiem śmierci?

Przed drastycznym? Tak. Dorosły człowiek ma problem z przyjęciem niektórych brutalnych treści, dziecko trzeba chronić przez zalewem bezsensownych dla niego obrazów.

A czy pozwolić dziecku być przy śmierci bliskiej osoby?

Jeśli umiera babcia lub dziadek, to myślę, że tak. Trzeba jednak wiedzieć, jak dziecku całą sytuację wytłumaczyć. Może pomóc odwołanie się do Boga, możemy mówić o odchodzeniu, przejściu do lepszego świata.

Zabrać ze sobą pięciolatka na pogrzeb?

Prędzej dziesięciolatka. Śmierć często kojarzy się dzieciom ze snem, z którego już się nie obudzimy. Mówmy o śnie, o obietnicy nieba, o tym, że ktoś będzie towarzyszył nam, spoglądał na nas, czuwał nad nami mimo fizycznej nieobecności.

Czy pokazywać dziecku ciało zmarłego?

Tak, jeśli wytłumaczymy, że jest tylko „ramką” dla duszy. Wydaje mi się, że nie można dziecka okłamywać, mówiąc na przykład, że mama wyjechała w długą podróż. Mam wrażenie, że dzieci doskonale wyczuwają moment, gdy próbujemy je zrobić w konia. Metafora długiej podróży jest przydatna, ale nie można dziecku wmawiać, że mama jeszcze wróci. Każdą historię śmierci w rodzinie i zachowania wobec dziecka należy rozważyć indywidualnie, ale uważam, że trzeba w jakiś delikatny sposób przekazać dziecku prawdę, o tym co się stało.

A intymność umierania?

Każdy z nas, nawet będąc w tłumie, umiera samotnie. Mówimy o indywidualnym przeżyciu śmierci. Matka Teresa z Kalkuty towarzyszyła swoim podopiecznym w ostatniej drodze, trzymała ich za rękę. Nie być osamotnionym w śmierci – to ważne. Mówimy: „Módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej”.

Temat śmierci pojawia się z taką samą częstotliwością, jak wiadomości w telewizji informacyjnej, jest obok nas. Śmierć przestała kojarzyć się jako coś ostatecznego, ponieważ cały czas wraca.

Stalin miał ponoć powiedzieć, że jedna śmierć to tragedia, milion – statystyka.

Można zobojętnieć na śmierć? Znieczulić się?

Ksiądz, który siedem dni w tygodniu odprawia uroczystości pogrzebowe, odprowadza rodzinę zmarłego na cmentarz, uczestniczy w pochówku, nie może głęboko emocjonalnie przeżywać każdej z tych tragedii. Powinien współczuć, wykazać się empatią, nie może jednak przesadzić, bo zbzikuje! Z drugiej strony trudno nie współodczuwać, gdy parafianin mówi, że w ciągu roku pochował pięć osób ze swojej rodziny. Chrystus też zapłakał nad Łazarzem.

Wróciliśmy do tematyki biblijnej i przypomniała mi się historia chorego dziecka króla Dawida. Po śmierci chłopca słudzy dziwili się, że władca przestał pościć.

Za życia dziecka Dawid próbował bezskutecznie odkupić winy. Nie udało się, dlatego po śmierci synka mówi: Po cóż mam pościć? Czy zdołam je wskrzesić? Ja pójdę do niego, ale ono do mnie nie wróci. W ten sposób daje impuls do działania, jakby mówił: „Do roboty”. Niektórym wiernym, dla których życie jest wartością absolutną, takie zachowanie może okazać się dziwne, tymczasem Dawid był pragmatykiem.

Jak nie lamentować, jeśli strata boli; jak działać, skoro chce się płakać?

Śmierć daje ci prawo do płaczu i lamentów. Masz prawo pytać Pana Boga: „Dlaczego?”. Nawet jeśli spodziewaliśmy się odejścia z naszego domu osoby starszej, pozostaje pustka.

Cisza. Tu, w Tyńcu, rozumiana jako cisza kontemplacji, dla wdowy po zmarłym może być zabójcza.

Szczególnie gdy każdą chwilę spędzali we dwoje. W takich domach po śmierci słychać tylko tykanie zegara. Boimy się miejsca, w którym każda rzecz przypomina nam o zmarłym. Albo nie chcemy wyjść z pokoju osoby zmarłej. Różne tragedie, różne postawy. Nie ma dwóch podobnych doświadczeń śmierci.

Jak sobie radzić z ciszą?

Niektórzy zagłuszają ją, zapraszając ludzi do wspólnych rozmów o zmarłym i w ten sposób przepracowują traumę. Inni chcą się w tej ciszy zanurzyć. Trzeba tylko uważać, żeby nie przesadzić. Zbyt długa samotność, będąca wynikiem straty, może prowadzić do depresji. Są i tacy, którzy czują obecność zmarłego albo właśnie w ciszy odnajdują ukojenie bólu.

Czy Jezus musiał cierpieć?

Chciał. Chodziło o zmazanie grzechu pierworodnego i przeciwstawienie się złu. Nie zapominajmy, że w śmierci przejawia się właśnie szatan, jest ona skutkiem jego działania. Do momentu przyjścia na świat Chrystusa była ona potwierdzeniem naszej, ludzkiej porażki. Wierzymy, że Jezus pokonał śmierć, zwyciężył szatana i trzeciego dnia zmartwychwstał.

Dlatego głównym symbolem chrześcijaństwa jest krzyż?

Który prowadzi prosto do zmartwychwstania. Wagę spraw, o których rozmawiamy, bardzo dobrze oddaje liturgia Wielkiego Tygodnia. Chrześcijanie głoszą śmierć swojego Pana, Jezusa Chrystusa, czekając na zmartwychwstanie. Wielbimy krzyż Twój, Panie!

Mówimy znowu o zmartwychwstaniu, doświadczeniu, którego nikt nie jest nam w stanie zrelacjonować.

Relacjonują ewangeliści! Choć rzeczywiście, w Nowym Testamencie próżno szukać drobiazgowego opisu zmartwychwstania. Tajemnica. Każdy z nas rozważa ją inaczej, a jak jest naprawdę? Przekonamy się po śmierci (uśmiech).

Często śmierć zaburza, zmienia relacje rodzinne. Jak było w ojca przypadku?

Zawsze brakowało mi taty. Na drodze duchowej poznałem kleryków, którzy pomagali mi, byli substytutami ojca. Pamiętam, że tacie nie można się było sprzeciwiać – z mamą co innego (śmiech), negocjowaliśmy z nią wiele spraw. Z kolei tata mówił raz i nie wracał do sprawy. Tak zostałem wychowany.

W okres dojrzewania wszedł ojciec bez taty, który mógłby, jak przypuszczam, wyznaczyć pewne priorytety.

Mój ojciec wiedział, że myślę o pójściu do seminarium, w tym kierunku szła moja edukacja. Siostra wspominała wprawdzie, że tata na wieść o mojej duchownej drodze miał powiedzieć ponoć: „Po moim trupie”, ale ja tego nie pamiętam.

Teraz tata byłby z ojca zadowolony?

Śnił mi się. Chciał mi przekazać, bym nie był zbyt drobiazgowy i trzymał się tego, co istotne. Pamiętam jego wpis w moim pamiętniku: „O radach matki pamiętaj zawsze, choćby nadeszły dni najkrwawsze, serce przed ludźmi chroń, ojczystej mowy broń”. Rada taty – bym słuchał mamy.

Chciałem zapytać o śmierć Jana Pawła II, która porównywana była do pasji Chrystusa. Patrząc na umierającego papieża, nie mogłem zrozumieć, jak można mówić, że cierpienie uszlachetnia?

Ten sam problem mieli Żydzi z Jezusem. Mesjasz cierpiący na krzyżu? Nie tak wyobrażali sobie finał historii z królem żydowskim. Ksiądz Józef Tischner, zmożony chorobą, gdy już nie mógł mówić, napisał karteczkę: „Nie uszlachetnia”. Cierpienie zawsze niszczy. Tym, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest miłość. A kiedy brakuje miłości? Wtedy łatwiej przychodzą myśli o eutanazji, samobójstwie.

Cierpienie może być ofiarą?

W przypadku świętych męczenników – na pewno. Męczeństwo człowieka oddającego życie za swoje przekonania powinno dodawać nam sił, umacniać w wierze.

Dlatego Jan Paweł II do końca niósł krzyż codziennego cierpienia?

Papież miał świadomość swojej słabości, ale zobowiązał się publicznie wykonywać swoje powołanie, dopóki Pan Bóg go nie wezwie.

Dlaczego Jan Paweł II podjął taką decyzję?

Sumienie nakazywało mu trwać na krzyżu. Kilka lat później kardynał Ratzinger po wyborze na Stolicę Piotrową pokazał, że można inaczej. Zwróćmy uwagę na to, że po złożeniu urzędu Benedykt XVI wyraźnie odżył.

Dzięki temu żyjemy w ciekawych czasach dwóch papieży.

Trzech! Podczas uroczystości kanonizacji Jana Pawła II, której przewodniczył papież Franciszek, wziął także udział papież senior Benedykt XVI!

Jeśli my sami albo ktoś z naszych najbliższych zachorujemy na śmiertelna chorobę, czy należy to traktować jak próbę?

To zwyczajna konsekwencja życia. Nie dajmy się wpuścić w myślenie mistyczne tam, gdzie go nie ma. Wierzący od razu sięga po historię Hioba, a my rozmawiamy o naturalnym biegu życia, które prowadzi do śmierci. Umył się, ogolił się, sukmanę ubrał, położył się po południu na posadzce i wziął i umarł (uśmiech).

Czy jesteśmy się w stanie obejść bez zabijania?

Chyba nie. Trzeba by było zmienić mentalność ludzi, którzy chcą się stawiać ponad innymi. Zabić w człowieku chęć rządzenia światem.

Za dużo w nas gniewu czy za mało pokory?

Nie wiem, trudno jest przejrzeć człowieka na wylot.

A ojciec gniewał się kiedyś na świat, na niesprawiedliwość?

Szlag pobożny czasem człowieka trafia, to prawda (uśmiech). Chciałbym, na przykład, żeby się Putin nawrócił (śmiech). Słuchając informacji o tym, co dzieje się w tak zwanym Państwie Islamskim, o egzekucjach na chrześcijanach i nie tylko, czuję bezradność.

Niektórzy niemoc przekuwają w słowa: „Panie Boże, źle stworzyłeś świat, skoro na to pozwalasz”.

Pan Bóg im odpowie: „Stwórzcie inny”. Gdybyś mógł zobaczyć cały zamysł świata, pewnie byś tak nie gadał. Prymas Wyszyński siedział w więzieniu zły, zbolały, komuniści zabrali mu wszystko, czym żył: nabożeństwa, kontakt z ludźmi. Osamotniony, poniżony, pozbawiony swoich praw siedział i powtarzał: „By więc nikt nie myślał źle o Tobie – Ojcze, / By nikt nie śmiał Cię ukrzywdzić zarzutem surowości, / Boś dobry, bo na wieki miłosierdzie Twoje”.

Nie wszyscy mają w sobie tyle wiary, co prymas Wyszyński. Zadajemy pytania, ale nie ma odpowiedzi.

To zabrzmi niewiarygodnie, ale wierzę, że Bóg schował się w ludzkim cierpieniu. Bóg cierpiał w tobie.

Ale właśnie w chwili cierpienia chrześcijanin woła: „Gdzie jesteś, Boże?”. Słyszałem opowieść z obozu śmierci: jeden ze strażników zapytał rabina: „No i gdzie jest ten wasz Bóg?”. Rabin wskazał na ciało zmarłego dziecka i powiedział: „Tutaj”.

To obraz trudny do zrozumienia, obraz człowieka wielkiej wiary.

Lżejszy kaliber pytań na koniec.

Trochę się obawiam.

O co?

O zdrowie naszych czytelników (śmiech).

Trzy cechy charakteru, które musiał ojciec w sobie zabić, przychodząc do zakonu.

Nudna opowieść się szykuje. Cieszyłem się z tego, że będę benedyktynem. Nigdy nie ciągnęło mnie do życia rodzinnego, nie marudziłem, że nie znajdę sobie żony, ponieważ jej nie szukałem.

Stara się ojciec żyć według „Reguły” św. Benedykta. Który jej punkt stanowi największy problem?

W moim wieku? Żaden (uśmiech). Dla niektórych nie do zniesienia byłoby pewnie ubóstwo. Do pieniędzy nigdy nie przywiązywałem wagi, nie miałem do nich ręki. Lubię mówić i słuchać. W naszym zakonie ważne jest posłuszeństwo – tak mną kierowano, że udawało się bez większych zgrzytów i z tym poradzić. Posłuszeństwo wyniosłem z domu, mój tata tylko raz mówił: „Koniec”. W domu nigdy nie oberwałem niesprawiedliwie, kilka razy nie miałem racji. W 1950 r. oddałem się niewolę Matce Bożej. I przepadłem (uśmiech).

Podczas wojny i po niej napatrzyłem się na ludzi biednych, nieszczęśliwych. Przyglądałem się im i ogarniała mnie radość. Z entuzjazmem poszedłem do seminarium, traktując kapłaństwo jako świadomy, dojrzały wybór. Naprawdę to rodzaj łaski, żadna w tym moja zasługa. Taki jestem w środku. Nie pasuję do obrazka księdza z problemami. Chociaż miałem dziewczynę, zaprzyjaźniliśmy się, trochę pokochali (na szczęście – nie erotycznie!) i nie bez smutku rozstali. Powiedziała: „Tak musi być, trudno”. Co jakiś czas przychodziły do mnie wieści od niej. Wiem, że wyszła za mąż, miała dzieci, została wdową, w końcu zmarła. Dziś byłbym wdowcem.

Wychodzi z tego typowa historia księdza bez problemów i dylematów.

Nuda, prawda?

Często spotykam duchownych, którzy zmagają się z różnymi słabościami.

Nie można ważyć, liczyć, ile zostawiłem, co poświęciłem. Jak w małżeństwie. Jeśli zaczniemy kalkulować – nic z tego nie będzie. Ja staję i mówię: „Nic nie zostawiłem, wszystko mam tutaj i już mam sto razy tyle”.

Spotkałem księży, którzy celibat traktują jak wyrzeczenie, Opowiadali mi o tym, jak bardzo się poświęcają, wyszło na to, że dla mnie. Ja nie marudzę, że nie mam drugiej żony.

(śmiech).


Leon Knabit OSB, Łukasz Wojtusik Dusza z ciała wyleciała. Rozmowy o śmierci i nie tylko Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC // zdjęcia Adam Golec.

Złota Brama. Ikona Poczęcia NMP

Kontemplacja ikon wprowadza człowieka w samo centrum żywego nurtu tradycji. Kiedy czytamy ikonę, to nie tylko odkrywamy objawione słowo Boga, nie tylko poznajemy treść, którą Bóg odsłonił przed człowiekiem, nie tylko odkrywamy jego ustalone i ściśle określone znaczenie, ale zanurzamy się w samym słowie, zostajemy zatopieni w żywym tchnieniu Ducha, który prowadzi nas ku Bogu. Dlatego każda ikona jak każde słowo Boga jest czymś żywym, otwartym, co możemy odkrywać nieustannie, czym możemy się delektować, coraz bardziej zatapiając się w nowych strumieniach ożywczego tchnienia Ducha.

W kontemplacji nie chodzi jednak tylko o to, żeby poznać Jego natchnienia. Istotne jest raczej to, by przekroczyć formę, żeby patrząc na widzialne, wychylić się w kierunku niewidzialnego, żeby doświadczyć samego Ducha i od Niego czerpać światło, bo to On jest prawdziwym światłem w ikonie.

Kontemplacja ikony powinna zatem prowadzić do jej przekroczenia. Powinna wieść do rozpoznania Tego, który przez nią przepływa, poznania tego strumienia światła, które przez to przedstawienie wpada do naszego świata.

Bardzo często kanon w ikonopisarstwie jest rozumiany jako skamielina, która zdołała zamknąć w sobie promień Bożej prawdy. Boga jednak nie da się zamknąć. On jest prawdą nieustanie przelewającą się ze źródła, nieustannie opromieniającą wszystko, co istnieje. Dlatego też ikona nie jest zwykłym obrazem, ale oknem. W pewnym sensie można nawet powiedzieć, że nie daje nam gotowego słowa, ale poczyna je w nas. Ono tym bujniej wzrasta i mocniej wybrzmiewa w ludzkim sercu, im głębiej zaglądamy w ikonę, przekraczając jej powierzchnię.

Odczytanie ikony, które jest przeniknięciem pod powłokę formy, wymaga jednak dużego i długotrwałego zaangażowania. Do tego, żeby wejść i wpasować się w strumień Ducha, trzeba wpatrywać się nie tylko w ikonę, ale trzeba wpatrywać się też w siebie i odczytywać tam ślady opromieniającego nas światła. Trzeba w pewnym sensie dostrajać do niego swoje życie i trzeba zapomnieć, że świat ikony i świat naszego życia to dwie różne rzeczywistości. One muszą zacząć zlewać się w jedną całość. Przy takim odczytaniu zaczyna się zmieniać kierunek przenikania: światło z ikony wpada w nasz świat, ale jest ono obrazem nie jakiegoś innego świata, ale naszego, tyle że już spełnionego i doskonałego.

Jest taki typ ikony, który w swoich różnorodnych nazwach wyraża to wszystko o czym właśnie wspomnieliśmy. Mowa o przedstawieniu Nieoczekiwana radość albo inaczej Poczęcie lub Spotkanie w Złotej Bramie. Przedstawia ona scenę spotkania Joachima i Anny – rodziców Najświętszej Maryi Panny. Cała opowieść wyrażona na ikonie, która jest zaledwie pretekstem i obrazem, dzięki któremu zostaje uwolnione o wiele obfitsze światło Bożej prawdy, zaczerpnięta jest z apokryficznej Protoewangelii Jakuba, pochodzącej z II w. Według tego podania Joachim i Anna, chociaż byli sprawiedliwi, to jednak bardzo cierpieli z powodu braku potomstwa. W kulturze semickiej bezdzietność była uważana za brak łaskawości Boga z powodu grzesznego życia, a więc była po prostu postrzegana jako przekleństwo. Dlatego doszło nawet do tego, że kiedy Joachim chciał złożyć w świątyni ofiarę Bogu, to został z niej wyrzucony. Po tym znieważeniu uciekł na pustynię, gdzie modlił się ze łzami. W tym samym czasie Anna modliła się o litość Boga. Po czterdziestu dniach ich modlitwy i płaczu obojgu jednocześnie objawił się anioł, zapowiadając, że Anna pocznie dziecko, które będzie wielką radością dla całego świata. Joachim czym prędzej pobiegł wtedy do miasta, Anna natomiast wybiegła z domu na spotkanie małżonka. Spotkali się w Złotej Bramie i tam wpadli sobie w ramiona. To spotkanie stało się początkiem nowego etapu ich życia, bo wtedy właśnie poczęła się „Nieoczekiwana Radość”.

 

Ikona ta, podobnie jak opowieść, jest świadectwem pewnej tradycji. W swojej głębszej warstwie opowiada o pięknej i wytrwałej miłości, o ciemności, którą miłość może rozproszyć, o dniu, który zawsze nadchodzi, nawet po najdłuższej nocy, i o tym, że taka właśnie miłość jest płodna w ogromną i nieoczekiwaną radość. Ze względu na historię Joachima i Anny ikona ta bardzo często jest szczególnie czczona przez bezdzietne małżeństwa, które uporczywie i z ogromną nadzieją czekają na potomstwo.

Taka jest historia tej ikony i taka tradycja stoi u podstaw formowania się jej kanonicznego kształtu, ale przecież tradycja jest żywa. Ikona chce powiedzieć nam więcej, niż się spodziewamy, chce nas mimo wszystko zaskoczyć zawsze nieoczekiwaną radością i zawsze nową i olśniewającą prawdą. Dlatego opowiada nie tylko o nocy cierpienia i poranku radości, ale też o tym, skąd się bierze prawdziwe światło rozpraszające tę noc, oraz o tym, kiedy to światło się poczyna. Wszak ikona ta jest przedstawieniem sceny poczęcia Tej, która nosi miano Jutrzenki lepszej przyszłości.

Ikona poczęcia Bożej Rodzicielki jest więc słowem o miłości i jedności człowieczeństwa, którego pełnię stanowi mężczyzna i kobieta. Jedności, która nie jest tylko psychologicznym dopasowaniem, zgodnością charakterów i tym podobne, ale początkiem ostatecznego spełnienia. Ta ikona jest przepełniona złotem, które wylewa się i przenika przez każdą jej szczelinę. Nie tylko stanowi tło, przenika bramę, w której spotykają się Anna i Joachim, ale też wypełnia samo miasto. Jego domy zatem są mieszkaniem Światłości, bo i w samej ikonie wszystko jest zanurzone w Bogu. Wszystko jest Nim wypełnione. Miasto, w którego bramie doszło do spotkania, to oczywiście Jerozolima, a właściwie Święte Jeruzalem zstępujące z nieba od Boga, które w apokaliptycznej wizji jest utożsamiane z Oblubienicą Baranka (zob. Ap 21,9–27). Pierwszą miłością, która tutaj się rodzi, jest zatem ta między Oblubieńcem-Chrystusem i Oblubienicą-Świętym Miastem Jeruzalem. A ono to przecież nic innego jak Kościół święty. Ciałem Oblubienicy są zatem ludzie, a jednocześnie Ciało to jest utkane z miłości Chrystusowej. I dlatego na ikonie to miasto wyraża jedność najpełniej realizującą się w przebóstwionej i uduchowionej miłości mężczyzny i kobiety, która jednak nie jest jednością zacierającą różnicę, ale wyostrzającą indywidualną tożsamość każdego z nich, co w rzeczywistości tylko wyostrza ich piękno i czyni zdolnymi do zjednoczenia. Uduchowiona miłość wyrażona w kształtach miasta również, pomimo swojego przebóstwienia, nie niszczy niczego, co ludzkie. Taka jest bowiem natura zjednoczenia z Bogiem i w Bogu, który jest najwyższą miłością. Ona pragnie zjednoczenia, pragnie również adorować Tego, którego kocha, i dlatego nie dopasowuje umiłowanego do siebie, nie niszczy, ale przenika i rozświetla.

Co ciekawe, prawda tej ikony skupia w sobie jednocześnie zaczątek realizacji zamysłu Bożego, obecnego przed wiekami, z prawdą o ostatecznym zjednoczeniu, kiedy to Bóg stanie się wszystkim we wszystkich. I to nie wszystko: w przestrzeni rozciągającej się między początkiem i końcem Boskiego działania zawiera się również prawda o jedności świata, którą Bóg ustalił, stwarzając go. Pierwsze wersety Księgi Rodzaju opisują, w jaki sposób Bóg tworzy świat – oddzielając i porządkując jego elementy. Oddziela światłość od ciemności, morza od lądów, dzień od nocy, aż w końcu stwarza mężczyznę i kobietę i w tym ostatnim akcie stwórczym pozostawia nam również ślad Bożego procesu różnicowania, dzięki któremu dwoje może stanowić jedno w miłości. Ta prawda objawiona w Piśmie Świętym znajduje swoje odzwierciedlenie także na ikonie.

W centrum znajdują się dwie postacie: mężczyzny i kobiety, wtulonych w siebie tak ściśle, że ich zlewające się ze sobą szaty wydają się tworzyć jedną całość. Ich twarze lgną do siebie, a wzrok się spotyka. Ale i tutaj indywidualne cechy nie zostają zatarte, ale właśnie przez akt zjednoczenia stają się jeszcze bardziej uwydatnione. Widać to w każdym szczególe, jak na przykład w sposobie namalowania stóp. Obleczone w sandały na ikonach oznaczają dojrzałość i męstwo, natomiast zakryte są cechą charakterystyczną bądź wieku dziecięcego, bądź kobiecości. Na ikonie Joachim swoją stopą przydeptuje szatę Anny, co oznacza, że to on czuwa nad jak najpełniejszym wyrazem jej kobiecości.

Ikona Spotkania opowiada zatem nie tylko historię poczęcia Najświętszej Maryi Dziewicy. Jest uniwersalnym obrazem spotkania męskości z kobiecością, Oblubieńca z Oblubienicą, Boga z człowiekiem. Spotkania jednoczącego, które nie prowadzi do zniszczenia, ale do wzajemnego dopełnienia, w którym rodzi się pełne piękno własnej tożsamości, która nie może rozbłysnąć w odosobnieniu. Cud jednoczącej miłości polega właśnie na tym, że im bardziej wpatrujemy się w ukochaną osobę, tym bardziej stajemy się sobą. Im bardziej dbamy o drugiego, tym bardziej wzrastamy. Różnica zatem nie jest źródłem ciemności, ale światła. Ona jest przestrzenią spotkania i zjednoczenia, zaś spotkanie w różnorodności jest odkryciem nieoczekiwanej radości, która poczyna się w akcie wzajemnego obdarowywania się i wzajemnej adoracji.

Ogromnym cudem zatem jest również to, że wydarzenie poczęcia Maryi ukazane na tej ikonie jest właściwie pierwszym aktem realizacji planu zbawienia. Po upadku człowieka, odejściu od Boga, rozbiciu świata na kawałki i zranieniu ludzkiej natury egoizmem właśnie w taki sposób dokonuje się wkraczanie Boga w historię. Tutaj wypełnia się pierwszy akt, a właściwie rozgrywa się preludium przyjścia Syna Bożego, który ma wszystko naprawić. To światło, które zaczyna lśnić w tym typie ikony, jest zatem pierwszym akordem uobecnienia się w świecie odwiecznego zamysłu Boga – pierwszym wybłyskiem Słowa wydobywającym się z Błogosławionego Milczenia – a słowem tym jest miłość.

Dokładnie to samo, co ta ikona wyraża, dzieje się podczas jej kontemplacji. Człowiek spogląda przez okno na Boga i Jego idealny świat, zupełnie inny od naszego. I w tym spojrzeniu spotyka spojrzenie Ojca, wpatrującego się w naszą rzeczywistość – zupełnie inną od Jego rzeczywistości. Niebo łączy się z ziemią, w serce wstępuje nieoczekiwana radość, a Boża miłość staje się udziałem ludzi.


Nadia Miazhevich, Jan P. Strumiłowski OCist Ikony Zbawienia Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Zwiastowanie. Melodia teologii

W Zwiastowaniu Syn Boży bezpośrednio wkracza w historię ludzkości. Nazwa ikony upamiętniającej to zdarzenie po rosyjsku brzmi Благовещение (Błagowieszczenije), co dosłownie można przetłumaczyć jako „dobre wieszczenie” (Благо – dobre, вещение – wieszczenie), czyli po prostu Dobra Nowina.

Na pierwszym planie widzimy dwie postacie: Maryję i Archanioła Gabriela. Gabriel obwieszcza Maryi ową Dobrą Nowinę o Jej wybraniu i poczęciu Zbawiciela w Jej dziewiczym łonie. Problem tylko w tym, że cała postać Maryi zdaje się reagować na tą Dobrą Nowinę nie wybuchem radości, ale wręcz przeciwnie: jej postawa i gesty (np. mocno skłoniona głowa) świadczą raczej o powadze, uniżeniu i pogodzeniu się z tym, co najgorsze. Sam tekst Ewangelii również świadczy, że Maryja na widok Anioła zmieszała się i zaczęła odczuwać obawę, po czym jako pokorna służebnica zgodziła się (przyjęła) wszystko, co Bóg na nią zesłał („Niech mi się stanie”; Łk 1,38).

Przestrach wspomniany przez Łukasza Ewangelistę i zaznaczony na ikonie nie dziwi, zważywszy na kontekst całego wydarzenia. Maryja jest młodą kobietą (dziewicą) zaślubioną Józefowi, która jeszcze „nie zna męża”. Stan błogosławiony, w którym znalazła się za sprawą Ducha Świętego, oznacza dla niej perspektywę posądzenia o cudzołóstwo, co mogło sprowadzić na nią karę śmierci. Jednak nie tylko o ten ludzki strach tutaj chodzi.

Maryja na ikonie jest przedstawiona jako królowa zasiadająca na tronie. Odziana jest w purpurowe, czyli królewskie szaty. Kolor ten jest jednak również barwą męczeństwa. A więc i tron, na którym siedzi, jest tronem jej Syna – pełnym cierpienia i bólu. Spod czerwonej, wierzchniej szaty przebija błękit, który jest kolorem wskazującym zarówno na głębię ducha, jak też na poznanie wielkich tajemnic Bożych. To poznanie sprawia, że Maryja jednocześnie poznaje ogrom spoczywającej na niej odpowiedzialności i przyszłego cierpienia, ale też daje jej wewnętrzną siłę do tego, żeby zgodzić się na każdy Boży plan.

Istotne przesłanie możemy odczytać także z ułożenia Jej dłoni. Prawa wykonuje gest wyrażający zarówno modlitwę, jak i pytanie skierowane do anioła. Lewa jest opuszczona. W bardzo wielu wersjach tej ikony Maryja w trzyma w tej ręce nić lub włóczkę, co nie oznacza jedynie czynności przędzenia, ale daje wyraz teologicznej prawdzie, że z własnej krwi i własnego ciała utkała Ona Ciało Zbawiciela. Nie dziwi zatem to, że w cerkwiach ikonę Zwiastowania umieszcza się zazwyczaj na Carskich Wrotach otwierających dostęp do ołtarza, a więc do miejsca, na którym uobecnia się Najświętsze Ciało i Krew Chrystusa.

Anioł natomiast jest przedstawiony tak, jakby robił nienaturalnie duży krok w kierunku Maryi, co mówi zarówno o jego naturze (posłany), jak i o tym, że przekracza ogromną przepaść dzielącą niebo i ziemię. Jego lewa noga jest lekko zgięta, co sugeruje gest pokłonu i adoracji, co świadczy zarówno o królewskiej godności Maryi, jak i uznaniu przez anioła jej wyższości, bo w oczach Boga człowiek pełen łaski jest istotą aniżeli najwyższy anioł. Gabriel w jednej ręce trzyma laskę, która jest symbolem władzy. Maryja jednak, o czym świadczy Ewangelia, doskonale rozumie naturę anioła. Wie, że jest on posłańcem i reprezentantem Jahwe, chociaż więc rozmawia z Nią anioł, ona wyraźnie odpowiada Bogu.

To przenikanie obecności samego Boga przez postać anioła jest zaznaczone tutaj również przez barwę szat posłańca. Niebieski kolor świadczy, że anioł jest spowity obecnością Boga. Barwa ta wpada w zieleń – kolor Ducha Świętego i życia, co koresponduje z wewnętrzną szatą Maryi, bo przecież w tym wydarzeniu za sprawą Ducha począł się w niej Syn Boży. Także gest drugiej dłoni anioła wskazuje na uobecnienie w Jego postaci mocy Boga. Anioł bowiem błogosławi, wyciągając rękę w kierunku Maryi. Co jest ciekawe, jego wyciągnięta dłoń jest ułożona w taki sposób, że poprowadzony od niej promień krzyżuje się z Boskim promieniem spływającym na Maryję z góry. Krzyżują się one dokładnie na Jej głowie, co oznacza, że jest Ona rzeczywiście błogosławiona.

Tłem ikony jest miasto – Nowe Jeruzalem. Maryja na przedstawionej scenie dopiero poczęła Słowo, Kamień Węgielny tego Miasta, a jednak Jeruzalem jest już całe w swoim pięknie i ogromie. Nad głową Maryi z kolei wisi materiał (płótno), którego obecność w języku ikon podkreśla bardzo ważne wydarzenia zbawcze. I co ciekawe, splot tych wszystkich elementów, kiedy je kontemplujemy, zaczyna tętnić, pulsować i wirować, odsłaniając coraz głębsze pokłady ukrytego sensu zamkniętego w Zwiastowaniu.

Nie trudno dostrzec tutaj wyraźną analogię do pewnych figur, które mogliśmy zauważyć już w ikonie Błogosławionego Milczenia. Tutaj także, uobecnione przed czasem, Nowe Jeruzalem wskazuje na pewne wątki sofiologiczne. Oznacza to, że cała scena w tym cudownym akcie jest spowita Bożą Mądrością, w której wszystko już się dokonało. We Wcieleniu realizuje się przecież odwieczny zamysł Boga.

Jeśli jednak całe to wydarzenie jest otulone Boską Mądrością, a samo zwiastowanie jest pierwszym aktem realizacji tego planu, który odwiecznie istnieje w Bożej Mądrości, to również wszelkie gesty Maryi nabierają zupełnie nowego kolorytu. Oto okazuje się, że Wcielenie nie dokonuje się tylko w jej łonie, to znaczy nie jest tylko tak, że w tym wydarzeniu odwieczny Syn Boży poczyna się jedynie w ludzkim ciele niczym zupełnie odrębny i obcy temu światu. Przez ukazane na ikonie Miasto Jeruzalem, które już jest w pełni zbudowane, wydaje się ona mówić, że dzięki Wcieleniu wszystko, co na ikonie jest przedstawione, realizuje w sobie odwieczny zamysł Stwórcy, że Bóg ze swoim stworzeniem nie spotyka się tylko w tym małym, właśnie poczętym ludzkim ciałku, ale dosłownie we wszystkim, a wszystko zaczyna uczestniczyć w odwiecznym planie Boga.

Ikona Zwiastowania nabiera zatem zupełnie nowego wydźwięku w zestawieniu z przedstawieniem Błogosławionego Milczenia. Zestawienie takie nie tylko pomaga nam wydobyć nowe refleksy wybłyskującego z ikony światła, ale wskazuje na specyficzną formę lektury kontekstualnej, która jest jak najbardziej właściwa. Właściwym i pierwotnym miejscem ikony jest przecież ikonostas, zatem każda ikona w swoim naturalnym toposie jest otoczona innymi, co powoduje, że spontanicznie dostrzegamy coraz to nowe treści. Ikonostas jest przestrzenią, która sprawia, że każdy gest umieszczony na danej ikonie spontanicznie odnajduje współbrzmienie w potężnej melodii teologii wyznaczonej przez poszczególne prawdy objawione. I jak każda oddzielna ikona sama w sobie stanowi pewnego rodzaju opowieść lub melodię utkaną z pojedynczych tonów, tak ikonostas jest kompozycją potężnej symfonii objawiającej swoją doskonałą harmonią piękno Stwórcy.

Przypomnijmy sobie zatem jeszcze dokładniej wymowę pierwszej ikony: milczącą zgodę Syna na wszystko, co ma się wydarzyć – Jego błogosławione milczenie. Dokładnie to samo milczenie, ta sama świadomość tego, co nieuchronnie ma się stać, chociaż jest pełne trudu i cierpienia, i ta sama milcząca zgoda w scenie Zwiastowania staje się udziałem Maryi.

Podczas stwarzania świata, w Wielkiej Radzie, to Syn swoim milczeniem powiedział pierwszy: „Niech mi się stanie”. Teraz On wkracza w historię, a Maryja jest pierwszą, która doświadcza pełni Jego obecności i niczym echo powtarza za głosem rozbrzmiewającym w jej sercu: „Niech mi się stanie”.

I staje się: Błogosławionym Milczeniem… błogosławioną milczącą. I od tego momentu już stale w swoim sercu Maryja chowa każde słowo i w milczeniu je rozważa, mówiąc nieustanne „tak”.


Nadia Miazhevich, Jan P. Strumiłowski OCist Ikony Zbawienia Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Wewnętrzne rozbicie

Trzeba sobie zdawać sprawę z prawdy, że żyjąc na ziemi, jesteśmy w ognisku nieustannej walki duchowej. O tym się nie mówi, bo wydaje się to staroświeckie. Natomiast nieustannie jesteśmy zagrożeni presją pożądań, namiętności, pokus i lęków. Bardzo łatwo to samemu zaobserwować. Przy czym zasadniczo walka toczy się o dwie sprawy, z którymi Zły bezwzględnie walczy, wykorzystując do tego celu nie tylko zło, ale także nasze dobre intencje i działania klasycznie nazywane dobrymi, np. pobożność, czy wierność Prawu, jak pokazuje Ewangelia. To nie ulega zmianie i tak samo dotyczy dzisiejszych czasów w sposób jeszcze poważniejszy, ponieważ my tamten przykład mamy za sobą i powinniśmy być mądrzejsi. Niestety tak nie jest.

Jak już wcześniej pisaliśmy, Bóg stworzył ludzi do życia, obdarzając wolnością, rozumem, zdolnością poznania, zdolnością komunikowania się z innymi, sumieniem, a ponadto położył oko swoje w ich sercu, aby im pokazać wielkość swoich dzieł (Syr 17,8). Zostaliśmy stworzeni w ten sposób, abyśmy mogli uczestniczyć w stwarzaniu nas samych, byśmy mieli wybór tego, kim będziemy. Bóg nie chce doprowadzić nas do pełni bez naszej zgody, bez naszego wyboru, bez naszego udziału w drugim etapie stworzenia, w którym obecnie jesteśmy.

Przykładem koronnym tego procesu poznania i wybierania własnej tożsamości jest przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Przy drodze leżał człowiek pobity na pół umarły. Obok przechodzili: kapłan, lewita i Samarytanin. Ten ostatni zobaczył pobitego:

wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go (Łk 10,33–34).

Dla Samarytanina sytuacja od razu niosła w sobie wezwanie do pomocy, mimo że poszkodowany nic nie mówił, o pomoc nie prosił, bo był pewnie nieprzytomny. Od razu pojawia się sens, logos, który domaga się z naszej strony odpowiedzi. W zależności od tego, jak na ten logos będący wezwaniem dla nas odpowiemy, stajemy się: czy bliźnim tego pobitego, czy obojętnymi, obcymi dla niego, tak jak to się stało z kapłanem i lewitą. Odpowiedź przez nas dana wynika z wewnętrznego dialogu w nas, dialogu, który streszcza się w zatroskaniu. W przypadku kapłana i lewity można je streścić w pytaniu: Co mogę stracić, gdy podejdę i pomogę? To jest pytanie od strony naszego ego, zatroskanego o siebie. Kiedy wybieramy zgodnie z jego lękiem, wzmacnia się nasz egocentryzm i stajemy się egoistami. Oczywiście dla usprawiedliwienia znajdziemy wiele racji, w których uzasadnieniu może nam pomóc odpowiednia ideologia i nawet religia. W przypadku kapłana i lewity usprawiedliwieniem mogła być myśl, że mogą zaciągnąć nieczystość i w związku z tym nie mogliby służyć w świątyni, do której zdążali. Jednak fakt pozostaje faktem: stali się egoistami i obcymi dla tego człowieka. Natomiast Samarytanin, który był klasycznym wrogiem Żydów, zareagował z wnętrza swojego sumienia. Jego reakcja wynikała z zatroskania o dobro drugiego: Co się tobie stanie, gdy ci nie pomogę?! „Wzruszył się głęboko”, jak pisze Ewangelista, i przez gest miłosierdzia stał się bliźnim pobitego. Zobaczył w tym człowieku drugie „ja” we wspólnym człowieczeństwie. W ten sposób przez szczery bezinteresowny dar z siebie, przez miłość nieobłudną rodzi się prawdziwe Ja. Kiedy jeszcze powiążemy ten gest miłosierdzia z wypowiedzią Pana Jezusa: Coście uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40), dotykamy niesamowitej głębi tego gestu: miłosierdzia wobec samego Chrystusa!

Jak widać, w naszych decyzjach najważniejsze nie jest to, co zrobimy, na ile jest to zgodne z prawem, zasadami itd., a także na ile jest to skuteczne, ale to kim się stajemy przez to, co zrobiliśmy! Fundamentalną sprawą jest nasza odpowiedź na logos, sens, który pojawia się w konkretnej sytuacji. Z odpowiedzi na wezwanie owego logosu rodzimy się jako bliźni lub jako obcy wobec samego Chrystusa, zamknięci w sobie. W tym momencie wybieramy życie, które jest komunią miłości albo śmierć, która jest osamotnieniem i zamknięciem we własnej pustce. Nieustannie toczy się w nas walka. Pytanie, co wybierać, jak wybierać, żeby wybierać życie? Okazuje się, że formalnie przeżywane prawa, nawet asceza, pobożność, modlitwy, ofiarność mogą być martwe. Św. Paweł pisze o tym jednoznacznie w Hymnie o miłości w 13. Rozdziale Listu do Koryntian:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadł wszelką wiedzę,
i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał –
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic mi nie pomoże (1 Kor 13,1–3).

Św. Paweł wymienia w tych wersetach najwyższe wartości religijne. Nawet one też mogą być wykorzystane przez Szatana i skończyć się jego tryumfem. Są tylko dwie rzeczy, których Szatan nie może wykorzystać i z którymi zawsze walczy: autentyczna więź z Bogiem i jedność w miłości z innymi ludźmi.

Bezwzględnie atakuje autentyczną modlitwę, czyli autentyczne spotkanie z Bogiem, które wyrasta z prawdziwego odkrycia misterium, które nas przerasta, a jednocześnie jest w nas i nie pozwala nam być w pełni zaspokojonymi tym, co osiągamy tu na ziemi. Jednocześnie to misterium jest źródłem naszej tożsamości, a tym samym poczucia własnej godności i odpowiedzialności, która nie pozwala nam postępować niesprawiedliwie. Bez autentycznej relacji z Bogiem ciągle pozostajemy na zewnątrz siebie pozbawieni własnej tożsamości, a przez to mało przytomni w życiu.

Walka w tym wymiarze w sposób szczególny ujawnia się podczas medytacji, gdy chcemy być tylko przed Bogiem i dla Niego. Okazuje się wówczas, że do głowy przychodzi nam tysiąc różnych pomysłów, różnych uczuć, wspomnień, wrażeń itd. Wszystkie one nas odciągają od obecności przed Bogiem. Okazuje się, że nie potrafimy być tak po prostu wobec misterium w pokoju i trwaniu. Doświadczamy wówczas, jak naprawdę jesteśmy w centrum duchowej walki.

Drugi kierunek ataku Złego odnosi się do naszych relacji z innymi. Podobnie bezwzględnie stara się on zniszczyć jedność między ludźmi. Mówiąc w kategoriach podanych wyżej, stara się nie dopuścić do spotkania ja–ty we wspólnocie „my”, czyli do czegoś, co jest dla każdego z nas jedyną szansą, żeby się stać sobą według Bożego zamysłu. Okazuje się, że bez problemu znajdujemy wiele racji i powodów, dla których możemy mieć „słuszne pretensje” do kogoś, bo nie jest taki, jaki powinien być, nie zrobił tego, co powinien lub po prostu zrobił coś niedopuszczalnego itd. W tej materii nie trzeba się bardzo wysilać, zawsze znajdziemy dostatecznie dużo racji, aby odciąć się od innych, czuć do nich niechęć, a nawet nienawiść. Trzeba pamiętać, że Szatan jest oskarżycielem braci (zob. Hi 1–2; Ap 12,10) i to on podsuwa nam wszystkie oskarżenia. Chodzi mu przede wszystkim o to, żeby nas osamotnić, żeby wzmacniać nasze ego i coraz bardziej zamykać w sobie w izolacji od innych. Budowanie jedności wymaga dużego wysiłku, a przede wszystkim wymaga zdecydowania, by mimo rozmaitych powodów trwać w jedności i wzajemnej miłości.

Systemy totalitarne działają dokładnie według zasad szatańskich. W nich widać wyraźnie atak na te dwa wymiary naszego życia: zachwiać poczucie własnej tożsamości zakorzenionej w Bogu i rozbić jedność między ludźmi. Kiedy ludzie są zatomizowani, to łatwo nimi manipulować i zastraszyć ich. Podobnie, gdy nie mamy zakorzenienia wewnątrz siebie, gdy brak nam poczucia własnej godności, łatwo nas zniszczyć. Musimy pamiętać, że duchowa walka dotyczy wpierw i przede wszystkim tych dwóch wymiarów naszego życia i toczy się w każdym z nas.

Dlatego te dwa wymiary są najważniejsze. Streszcza je podwójne przykazanie miłości. Sam Pan Jezus powiedział o nich, że są najważniejsze:

«Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?» On mu odpowiedział: «Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy» (Mt 22,36−40).

Autentyczna więź z Bogiem i autentyczna więź z bliźnimi są ze sobą bardzo mocno powiązane. Pisze o tym Św. Jan:

Umiłowani, miłujmy się wzajemnie,
ponieważ miłość jest z Boga,
a każdy, kto miłuje,
narodził się z Boga i zna Boga.
Kto nie miłuje, nie zna Boga,
bo Bóg jest miłością (1 J 4,7n).

Nieco dalej św. Jan dodaje, aby nikt nie miał żadnych wątpliwości:

Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawi­dził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi (1 J 4,20).

Podwójne przykazanie miłości: miłość Boga i bliźniego, trzeba niewątpliwie rozszerzyć o miłość siebie, gdyż bliźniego mamy kochać „jak siebie samego”. Nie można kochać bliźniego, gdy się nie kocha siebie, a miłość siebie wyrasta z uświadomienia sobie tego, że zostaliśmy obdarowani życiem i wszystkim, że sami dla siebie jesteśmy darem. Wynika zatem z odkrycia misterium naszego zakorzeniania w Bogu i pozytywnej odpowiedzi na to nasze zakorzenienie. Tą pozytywną odpowiedzią jest wdzięczność i miłość.

Nasza miłość w tych trzech wymiarach nie polega na emocjonalnym przeżywaniu, na duchowych uniesieniach, ale realizuje się konkretnych czynach, w praktyce, w życiu, w żywych relacjach. O miłość trzeba walczyć. Rozpoznaje się ją po owocach, a nie po deklaracjach, po mniemaniach, uniesieniach, intencjach. Św. Paweł w dalszej części hymnu o miłości wymienia je: łaskawość, cierpliwość, brak zazdrości, ufność, pokój, opanowanie, przebaczenie, ufna wierność, pokora (zob. 1 Kor 13,4–8). Dopiero takie owoce pokazują, czy idziemy drogą Bożą, czy nie. Bez odkrycia tajemnicy nieprawości nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, o co naprawdę w naszym życiu chodzi, czy przeżywamy je godnie, czy umiemy talenty, którymi zostaliśmy obdarowani, właściwie spożytkować, czy może w swoim zalęknieniu chowamy je (zob. Mt 25,24n), żyjemy jak egoiści i jesteśmy od początku martwi. Albo – albo.

Zarówno relacja do Boga, jak i więź z innymi wymagają z naszej strony nie tylko troski, ale zdecydowania i wysiłku, aby je budować. Miłość nie działa automatycznie, lecz wymaga pielęgnowania. Oczywiście na początku może być zafascynowanie, zakochanie, ale kiedy przychodzi szarość codzienności, to cichnie i pozostają przyziemne problemy, które trzeba przerastać. Budowanie jedności wymaga stałego wysiłku. O miłość trzeba walczyć. I tu się okazuje dopiero, czy rzeczywiście wybieramy miłość i życie, czy ulegamy tej fatalności ciała i jak mówi św. Paweł: robimy nie to, co chcemy, ale to, czego nienawidzimy. Życie jest walką i wymaga rozpoznania, a następnie zdecydowania woli. To musi być mocne zdecydowanie i nieustanny wysiłek, aby nie zostać zniszczonym, zmanipulowanym, zwiedzionym przez Złego. W tej dziedzinie Bóg nas obdarzył sumieniem.


Włodzimierz Zatorski OSB Dar wolności a tajemnica nieprawości Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Modlitwy do św. Scholastyki

Święta Scholastyka była bardzo silnie związana ze swoim bratem. Święty Grzegorz w „Dialogach” opisuje ich ostatnie spotkanie. Benedykt z nadejściem wieczoru chciał je przerwać i wrócić do  klasztoru – zgodnie z zasadami „Reguły”. Scholastyka, która nadal chciała rozmawiać z Benedyktem o sprawach Bożych, zaczęła gorąco się modlić, by Pan powstrzymał jej brata przed powrotem na Monte Cassino. Wówczas niebo pokryło się chmurami i rozpętała się burza, tak że Benedykt nie mógł powrócić na noc do klasztoru. Pozostał więc – choć wbrew sobie. Wyjaśniając przyczynę, dla której Bóg wysłuchał modlitwy Scholastyki, Grzegorz napisał: „Jest w tym głęboka sprawiedliwość, że więcej osiągnęła ta, która więcej kochała”. Kilka dni później Benedykt zobaczył duszę swej siostry, „ulatującą w postaci gołębicy w głębiny niebios”.

Hymn

Ciebie dzisiaj wysławiamy,
o Scholastyko, co w niebie
jako przykład niewinności
oraz łaski nam jaśniejesz.

Tyś naszego Prawodawcy
żyła duchem i nauką;
połączyły was na zawsze
wspólny grób i wspólna chwała.

Ciebie Chrystus jeszcze dzieckiem
dla miłości swojej zdobył:
dochowałaś Mu wierności,
całe życie Mu oddając.

Tą miłością rozpalona,
jej potęgą zajaśniałaś,
bo umiłowałaś bardziej
niż twój brat i nauczyciel.

Wreszcie jak gołąbka biała
uleciałaś na niebiosa,
bo tęskniłaś całe życie
za niebiańskim Oblubieńcem.

Pomóż teraz i nam także
tak przyjmować łaski Boże,
byśmy pośród sług Baranka
mogli śpiewać Jego chwałę. Amen.

Ant. Duch mój i serce moje * radośnie wołają do Boga żywego.

Psalm 84

Jak miłe są Twoje przybytki, *
Panie Zastępów!

Dusza moja stęskniona
pragnie przedsionków Pańskich, *
serce moje i ciało
radośnie wołają do Boga żywego.

Nawet wróbel znajduje swój dom,
a jaskółka gniazdo, †
gdzie złoży swe pisklęta: *
przy ołtarzach Twoich,
Panie Zastępów, Królu mój i Boże!

Szczęśliwi, którzy mieszkają
w domu Twoim, Panie, *
nieustannie wielbiąc Ciebie.

Szczęśliwi, których moc jest w Tobie, *
którzy zachowują ufność w swym sercu.

Przechodząc suchą doliną,
w źródła ją zamieniają, *
a wczesny deszcz
błogosławieństwem ją okryje.

Mocy im będzie przybywać, *
ujrzą na Syjonie Boga nad bogami.

Panie Zastępów, usłysz modlitwę moją, *
nakłoń ucho, Boże Jakuba.

Spójrz, Boże, tarczo nasza, *
wejrzyj na twarz Twojego pomazańca.

Doprawdy, dzień jeden
w przybytkach Twoich *
lepszy jest niż innych tysiące.

Wolę stać w progu mojego Boga *
niż mieszkać w namiotach grzeszników.

Bo Pan Bóg jest słońcem i tarczą, †
On hojnie darzy łaską i chwałą, *
nie odmawia dobrodziejstw
żyjącym nienagannie.

Panie Zastępów, *
szczęśliwy człowiek, który ufa Tobie!

Chwała Ojcu i Synowi, *
i Duchowi Świętemu.

Jak była na początku, teraz i zawsze, *
i na wieki wieków. Amen.

Ant. Duch mój i serce moje / radośnie wołają do Boga żywego.

Prośby:

Przez wstawiennictwo świętej Scholastyki módlmy się za Kościół katolicki, a zwłaszcza za kobiety. Chryste, przez męczennice, które siłą ducha pokonały słabość ciała, udziel swemu Kościołowi męstwa w doświadczeniach. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez święte dziewice, które umiłowały Ciebie jako jedynego Oblubieńca, spraw, aby nic nas nie odłączyło od Twojej miłości. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez kobiety zamężne, które żyjąc w świętym małżeństwie wzrastały w łasce, udziel swemu Kościołowi apostolskiej płodności. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez wdowy, które w modlitwie i gościnności znosiły i uświęcały swoją samotność, spraw, aby Kościół objawiał światu tajemnicę Twojej miłości. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez matki, które urodziły i wychowały dzieci dla Królestwa Bożego i ludzkiej społeczności, spraw, aby Twój Kościół zrodził wszystkich ludzi do życia wiecznego. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez wszystkie kobiety, które zasłużyły na oglądanie blasku Twojego oblicza, daj wszystkim zmarłym Twego Kościoła udział w wiecznej radości. Wysłuchaj nas, Panie.

Ojcze nasz…

Modlitwa

Boże, dzięki Twojej łasce święta Scholastyka zajaśniała blaskiem niewinności, spraw, abyśmy przez życie wierne chrześcijańskiemu powołaniu, podobali się Tobie i mogli radować się Tobą w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.


Fragment z Modlitewnika benedyktyńskiego

Praktykuj modlitwę Jezusową!

Od 7 lipca rusza nowy sezon rekolekcji „Oddychać Imieniem. Modlitwa Jezusowa”. Jej wprowadzenie ma na celu lepsze zrozumienie zewnętrznych ram medytacji chrześcijańskiej, doświadczenie medytacji we wspólnocie oraz otwarcie się na doświadczenie medytacji każdego z uczestników rekolekcji.

Harmonogram spotkań 2017 / 2018:

Tygodniowe:

  • 16 – 20.08.2017

Weekendowe:

  • 7 – 9.07.2017
  • 1 – 3.09.2017
  • 20 – 22.10.2017
  • 17 – 19.11.2017
  • 1 – 3.12.2017
  • 5 – 7.01.2018
  • 16 – 18.02.2018
  • 9 – 11.03.2018
  • 13 – 15.04.2018
  • 4 – 6.05.2018
  • 1 – 3.06.2018

Program rekolekcji:

Piątek:

  • 16.00 – Wprowadzenie dla tych, co są po raz pierwszy na rekolekcjach
  • 17.00 – Nieszpory
  • 17.30 – Rozpoczęcie
  • 18.15 – Kolacja
  • 19.30 – Wigilie
  • 20.20 – Medytacja (20 min.)

Sobota:

  • 6.00 – Jutrznia
  • 6.30 – Msza Św. konwentualna
  • 7.30 – Śniadanie
  • 8.30 – Metanie (praktyka pokłonów)
  • Medytacja (20 min.)
  • Konferencja
  • Medytacja w ruchu
  • Medytacja (20 min.)
  • Czas wolny
  • 12.15 – Medytacja (25 min.)
  • 12.50 – Modlitwa południowa
  • 13.00 – Obiad, odpoczynek
  • 15.00 – Medytacja (25 min.)
  • Konferencja
  • Medytacja w ruchu
  • Medytacja (25 min.)
  • 17.00 – Nieszpory
  • 18.00 – Kolacja
  • 19.30 – Wigilie
  • 20.30 – Medytacja (20 min.)

Niedziela:

  • 6.20 – Metanie (praktyka pokłonów)
  • Medytacja (20 min.)
  • Medytacja w ruchu
  • Medytacja (20 min.)
  • 7.30 – Jutrznia
  • 8.00 – Śniadanie
  • 9.00 – Medytacja (2 x 25 min.)
  • 10.10 – Modlitwa przedpołudniowa
  • 10.30 – Msza Św. konwentualna
  • 12.00 – Ceremonia koła
  • 13.00 – Obiad

Zapisy i rezerwacje:

tel. (12) 688 5 450, rezerwacje@jg.benedyktyni.com

Rezerwacji prosimy dokonywać od poniedziałku do piątku w godzinach:

8:00 – 16:00


Materiały pomocnicze w praktyce modlitwy Jezusowej: