Zakony na tle dziejów Kościoła

Przez pierwsze trzy wieki, póki Kościół nie uzyskał wolności, mężczyźni i kobiety całkowicie poświęcający się Bogu żyli, jako tzw. asceci i dziewice w obrębie gmin chrześcijańskich. W III wieku zaczyna się, a w IV w całej pełni się rozwija, ruch odchodzenia mnichów i mniszek na pustynię, gdzie żyli zrazu, jako pustelnicy. Niebawem jednak zaczęli oni tworzyć skupiska i klasztory.

Dlaczego się tak działo? Główna przyczyna była prawdopodobnie ta, że z uzyskaniem wolności przeszły na chrześcijaństwo masy ludzi o małej gorliwości religijnej i nastał stan rzeczy dobrze nam teraz znany, że większość ochrzczonych nie bardzo się przejmuje obowiązkami płynącymi z przyjęcia chrztu. Im większą bierność w życiu duchowym wykazywał laikat, tym wyraźniej musiał się wyodrębnić stan zakonny. Nadto już w IV w., a jeszcze więcej w następnych, widzimy wielu biskupów, którzy uważali za konieczne utworzenie klasztoru grupującego kapłanów opierających swój udział w duszpasterstwie na wspólnym życiu według rad ewangelicznych. Najwybitniejszym przedstawicielem tych biskupów był św. Augustyn. Ale i tam, gdzie ruch mniszy nie był kierowany przez biskupów, jak np. w Egipcie, nie można przeciwstawiać mnichów zorganizowanych pod rządami biskupów gminom chrześcijańskim – owszem – właśnie mnisi byli główną podporą św. Atanazego, gdy go prześladowali Arianie. Czy więc klasztory powstawały z inicjatywy Episkopatów, czy nie, zjednoczenie stanu zakonnego z hierarchią kościelną było zupełne w tych pierwszych bohaterskich wiekach formowania się życia zakonnego. Trzeba również podkreślić na wskroś ewangeliczny charakter ówczesnego życia mniszego. Zarówno najważniejsza reguła zakonna IV w., reguła św. Bazylego, jak wiele innych reguł wskazuje jako istotę życia mniszego całkowitą i pełną realizację wskazań Ewangelii.

Św. Benedykt organizatorem mnichów Zachodu

W VI w. następuje fakt nader doniosły dla historii życia zakonnego. Powstaje Reguła św. Benedykta. Warunki, w których powstała, były znamienne. Państwo Rzymskie na Zachodzie i jego porządek prawny, padały pod ciosami napływających ludów germańskich. Europie więc zachodniej groziło zapanowanie prawa pięści. Zarówno zwycięscy zdobywcy, jak i zastraszona ludność miejscowa uwierzyli w przemoc i miecz, jako czynnik decydujący i jedyny regulator stosunków między ludźmi. W tym momencie pisze Regułę św. Benedykt. Pisze ją oczywiście nie jako mąż stanu, nie jako lekarz ran społecznych czy też obrońca kultury. Swoje natchnienie czerpał z tego samego źródła co wszyscy święci zakonodawcy – z miłości Krzyża i z ducha ofiary. Ale dzięki jego Regule powstają wielkie klasztory, potężne instytucje, w których rządzi nie siła, lecz prawo, gdzie wszyscy mają jednakowe prawo do sprawiedliwości, gdzie rządzący jest zobowiązany liczyć się z możliwościami nawet najsłabszych, gdzie posłuszeństwo podwładnych ma się spotkać z ludzkością i umiarem przełożonego, gdzie ład i porządek jest stałym wymaganiem, pokój Chrystusa hasłem, a jako najdoskonalszy środek do osiągnięcia miłości Boga i bliźniego wskazana jest cnota pokory. Stało się według słów Chrystusa: Starajcie się naprzód o Królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane (Mt 6,33). Życie według Reguły wydało owoce nieoczekiwane: z klasztorów wyszli misjonarze wielu ludów, wyszli papieże i biskupi, a ucywilizował się ludy zachodniej i środkowej Europy, których kraje pokrył się setkami klasztorów benedyktyńskich. „Cisi posiedli ziemię” (por. Mt 5,5). Ale – z czasem na swoje własne nieszczęście – posiedli jej za wiele. Zamożność opactw stała się czynnikiem hamującym rozwój duchowy. Mnisi jednak służyli Kościołowi w jego rozstrzygającej walce w XI i XII w. o wolność ducha, zagrożoną przez samowolę monarchów.

Średniowieczna akcja zakonów żebrzących

Dawna myśl św. Augustyna o potrzebie klasztoru, którego członkowie byliby specjalnie zobowiązani do duszpasterstwa, nigdy nie przestała być aktualna. Benedyktyni od duszpasterstwa się nie uchylali, ale z założenia swego nie mogli być zakonem przede wszystkim duszpasterskim. Toteż wiek XII widzi rozwój Premonstratensów, którzy przyjęli regułę św. Augustyna i mieli obowiązek pomagać w duszpasterstwie duchowieństwu diecezjalnemu. Ale chrześcijaństwo miało już nowe potrzeby. Rozwój miast wymagał zakonów żyjących w miastach, głoszących Ewangelię mieszczanom. Dobrobyt społeczeństw europejskich wzrastał, lecz gromadził się nierównomiernie, tak że powstał groźny problem bogactwa. Mamona, której według słów Chrystusa nie można służyć, gdy się służy Bogu, zaczyna wywierać wpływ przemożny i rozkładający. Bogaci się nadmiernie także i Kościół: biskupstwa i wielkie opactwa, a wynikające stąd zgorszenie rzesz wiernych wyraża się w sympatiach dla heretyckich agitatorów. Stąd rodzą się dwie naglące potrzeby: trzeba zająć właściwą, postawę wobec bogactwa i trzeba bronić prawdy Bożej, by zachować nienaruszony depozyt wiary. Dla wypełnienia tych zadań Bóg powołał św. Franciszka i św. Dominika. Dzieje Kościoła w XIII, XIV i XV w. są wypełnione dziełami zakonów żebrzących, ich wewnętrznymi trudnościami w walce o wierność własnym ideałom, wysiłkami, by obronić się przed niszczącym duchem czasu XV wieku, wieku dechrystianizacji i wieku upadku powagi Kościoła i wielkiego zepsucia in capite et in membris, w Stolicy Świętej, w Episkopacie, w diecezjalnym duchowieństwie, w zakonach starszych i nowszych.

W służbie kontrreformacji

Zastarzałe zło wywołało wybuch wielkiej rewolucji religijnej XVI wieku. I znów Kościół potrzebował nowego zakonu. Wielkim problemem była obrona prawowiernej nauki, ale jeszcze ważniejszą sprawą był użytek indywidualnej wolności. Bo sedno sprawy było nie w tym, że reformatorzy protestanccy popełnili teologiczne pomyłki. Istota zła była w tym, że ogłoszono i domagano się zupełnej autonomii myśli pojedynczego człowieka w badaniu i rozstrzyganiu zagadnień religijnych.

Święty Ignacy Loyola powołał więc do życia zakon, który miał się uporać z tymi trudnościami i wywrzeć swoje piętno na trzech wiekach życia Kościoła. A obok jezuitów powstał i powstają do ostatnich czasów zgromadzenia zakonne do specjalnych celów: do misji zamorskich wśród pogan, do misji ludowych wśród chrześcijan, do wychowywania i kształcenia młodzieży, do opieki nad chorymi itp. Ta specjalizacja odzwier­ciedla charakterystyczne cechy nowoczesnych, organizacji. Trzeba stwierdzić jeden fakt uderzający: wprawdzie wypadki dziejowe zmieniły niejedną rodzinę zakonną, ale większość starych zakonów istnieje nadal obok nowych. Tak bogata jest spuścizna po Ofierze Krzyżowej, że żadna instytucja zakonna nie zdoła ani ogarnąć jej w całości, ani też wyczerpać. Dlatego choć niezbędne były coraz to nowe zakony, dawniejsze nie straciły racji bytu. Gdy się porówna reguły i konstytucje najbardziej różnych od siebie zakonów, widzimy, do jakiego stopnia myśl zakonodawców była zgodna w zasadniczych sprawach. Różnice występują w rzeczach wprawdzie wielkiej wagi, ale zawsze wtórnych.

Światła i cienie realizacji ideału zakonnego

Jak każda rzecz wielka i wzniosła, życie zakonne narażone jest na nadużycia i niebezpieczeństwa. Zawsze pojawiają się prądy odchylające się od linii wielkich świętych założycieli. To ludzka rzecz i nie można się temu dziwić. Mogą być przerosty w pewnym kierunku: czasem to będzie powierzchowne, zewnętrzne, a nie duchowe oddzielenie od świata, czasem kontemplacja uprawiana, jako technika, będąca sama celem dla siebie, czasem nierozsądna i przesadna asceza cielesna, czasem wreszcie poufałe zbratanie zakonników z ukrytym celem duchowej opieszałości i samozadowolenia. Ale przede wszystkim grożą zakonom: zmysłowość, chciwość i pycha ich członków, godzące wprost w rady ewangeliczne. Skoro zakony spotykają się z tylu sprzeciwami, jeżeli moc Chrystusowa dana wszystkim którzy się wyrzekli świata dla Chrystusa, nie może przełamać oporów, jeżeli życie zakonne przez blask świętości nie przyciąga do Chrystusa wszystkich żyjących na świecie, to widocznie wśród zakonników musi być bardzo wiele zdrajców ideału zakonnego. Ilu? – Bogu wiadomo. Jeśli bowiem ubóstwo zakonnika sprowadza się do tego, że ma wszystko, tylko nie jest nominalnym właścicielem, jeżeli jest posłuszny, bo przełożony z obawy przed trudnościami nie wyda rozkazu niemiłego podwładnemu, jeżeli co do ślubu czystości zachowane są tylko pozory, to taki zakonnik jest tylko szkodnikiem w Kościele. Kościół ze swej strony czuwa nad duchem zakonów i jeśli cieszy się ich bujnością i rozmaitością, to jednak w każdym zakonie chce znaleźć nieskażonego ducha Ewangelii. Kościół wie na podstawie doświadczenia dwu tysięcy lat, choć o tym za­pominają niektórzy chrześcijanie, że wszelka propaganda i organizacja w zakresie spraw Kościoła pozostanie bezpłodna, gdy za nią nie stoi żywa siła przeżytej ofiary, ofiary trwającej, jako miłość posłuszna, uboga i czysta, czerpiącej ze źródeł ukrzyżowanej miłości Syna Bożego.

Stąd zarówno w doktrynie swej o zakonach, jak i w prawodawstwie Kościół stale się liczy z nieprzemijającą wartością profetyczną i charyzmatyczną dobrze prowadzonego życia zakonnego. Przykład życia i modlitwa ustawiczna, jako źródło uświęcenia – oto, na co wciąż czeka Kościół, patrząc na zakony.

A my, zakonnicy, jeśli porównamy wielkość zadania, do którego nas Bóg powołał, z tym, co zakonnicy zdołali zrealizować, jeśli porównamy wielkość łask Bożych udzielonych zakonnikom z naszą odpowiedzią na te łaski, to pewnie znajdziemy więcej powodów do upokorzenia niż do chluby.

De facto nie zawsze jesteśmy „solą ziemi”. Możemy jednak być pewni, że z woli Bożej pozostaniemy zawsze istotną częścią Kościoła, bylebyśmy tylko zawsze prawdziwie szukali Boga.

Właściwa legitymacja użyteczności

Na zakończenie powróćmy do punktu wyjścia naszych rozważań jak mamy się wylegitymować, co do naszej użyteczności wobec laikatu, a częściej – prawdę powiedziawszy – wobec laicyzmu. Często w zakonach widzi się tylko stronę organizacyjną i ocenia się je z punktu widzenia łatwego pragmatyzmu. Zadaje się więc często pytania: „Co oni (czy one) robią?” W tym ujęciu użyteczność zakonów może podlegać dyskusji. Gdybyśmy w nich widzieli tylko organizacje kapłanów i laików o pewnych zadaniach szczegółowych – duszpasterskich, pedagogicznych czy charytatywnych – to nie można by udowodnić ani ich niezbędności w Kościele, ani tym bardziej wylegitymować ich pochodzeniem aż ewangelicz­nym. Sytuacja się jednak zmienia, gdy się zapytamy inaczej: „Czym zakony mają być?” Wtedy odpowiedź, jakiej udziela tak Ewangelia, jak historia Kościoła do Soboru Watykańskiego II włącznie, jest jednoznaczna. Laikat ma specyficznie chrześcijańskie zadanie consecratio mundi możliwe do wykonania tylko za cenę wierności ideałowi Ewangelii. Ma on być w świecie zaczynem Chrystusowym realizującym ofiarną miłość biorącą początek, moc i skuteczność z Krzyża. Aby zaś świeccy mieli stały wzór i duchowe podtrzymanie w realizacji ewangelicznych ideałów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, musi istnieć stan zakonny, którego członkowie nie rozdzieleni między Chrystusa a świat, realizują rady ewangeliczne w całej rozciągłości i dowodzą praktycznie, że Ewangelia jest życiowa a ofiara krzyżowa płodna, jako najwyższy wyraz obowiązującej wszystkich miłości. Dzieje zaś Kościoła stwierdzają, że każdy prawdziwy w nich nawrót do ducha Ewangelii wiązał się z nowymi formami zakonnymi, zawsze umacnianymi przez śluby. Życie zakonne więc będzie do końca świata strażnikiem światła Ewangelii, a Kościół w każdej epoce jest tak po apostolsku wobec obojętnego świata mocny i żywotny, jak mocne i żywotne są w nim zakony kontemplacyjne i czynne, wierne swemu posłannictwu.


Augustyn Jankowski OSB Ciasna brama i wąska droga. Część 1 / Formacja do życia zakonnego / Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Pierwsi pustelnicy i cenobici: Egipt, Palestyna, Syria

Około roku 270 pewien młody egipski asceta imieniem Antoni, po kilkuletnim okresie spędzonym w roli ucznia u starszego ascety, żyjącego w chatce w pobliżu wsi, jak to było wówczas normą w Egipcie – postanowił odejść z ziemi zamieszkanej przez ludzi i zamieszkać samotnie, na bezludziu. Żeby to zrozumieć, należy przede wszystkim zdać sobie sprawę z geologicznego ukształtowania Egiptu, a następnie przypomnieć także dzieje powołania samego Antoniego. My dziś nazywamy Egiptem duży kraj, objęty granicami, wytyczonymi najczęściej prostą linią przez pustynię, i cokolwiek znajduje się między tą granicą a Morzem Czerwonym, to jest dla nas „Egipt”. Starożytni nazywali Egiptem tylko tę żyzną dolinę Nilu, w której od tysięcy lat ludzie uprawiali rolnictwo, umożliwiane przez regularne wylewy rzeki. Po obu zaś stronach tej doliny rozpościerają się bądź góry, suche i jałowe, bądź równie suchy płaskowyż: pustynia. To była wówczas ziemia niczyja, ziemia, na której ludzie mieszkać nie mogli, bo nie mogli nic uprawiać ani hodować, przynajmniej na dużą skalę. Tu i ówdzie było oczywiście jakieś źródło, czasem przy nim nieco roślinności: oaza. Wykorzystywano te oazy jako postoje w drodze przez pustynię, w podróży do następnego zamieszkałego kraju: do Abisynii na południu, do Libii na wschodzie. Są też tu i ówdzie na pustyni bagna, często słone; jest nieco roślinności, ale zbyt skąpej, by można było paść tam bydło; są złoża minerałów, które już wtedy częściowo eksploatowano, na przykład złoża sody na południe od Aleksandrii. Przez pustynię można było w niektórych miejscach przejechać, tu i ówdzie coś na niej znaleźć, ale mieszkanie na niej uważane było za absolutnie niemożliwe. Chyba, że ktoś uciekał przed sądem, jako ścigany przestępca albo jako chrześcijanin podczas prześladowań; tacy uciekinierzy chronili się czasem tam, gdzie by ich znaleźć było trudno, na tyle czasu, ile by tam zdołali żywi wytrzymać.

Natomiast Antoni zawdzięczał swoje powołanie głębokiemu przeżyciu słów: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie (Mt 19,21). Zrozumiał, że dla niego droga do tego niebieskiego skarbu prowadzi przez całkowite wyzbycie się dóbr ziemskich. Pole i dom łatwo było sprzedać, a zapłatę rozdać; ale po kilku latach ascezy Antoni uznał, że jeszcze ma za dużo, bo ma towarzystwo ludzi. Jego pełna i absolutna fascynacja Bogiem domagała się jak najpełniejszej, wręcz niepodzielnie Bogu poświęconej uwagi. Otóż będąc celibatariuszem, nie musiał się przecież troszczyć, z czego utrzyma żonę i dzieci; będąc ascetą przyzwyczajonym do postów, mógł się obejść odrobiną ziół i dzikich owoców oraz chleba, na który zarabiać chciał nadal rzemiosłem, jak poprzednio (wypłatał liny i kosze, jak większość egipskich ascetów). Poszedł więc na pustynię, w góry, zamieszkał w jaskini i tam modlił się i pracował w pełnej samotności, przynosząc tylko czasem swoje wyroby do siedzib ludzkich. Sprzedał kosze, kupił chleba, wracał do siebie. Po jakimś czasie zauważono to jego nowatorstwo i zaczęto naśladować.

I wkrótce okazało się, że do takiego właśnie życia tęsknią setki, potem tysiące ascetów w gęsto zaludnionym Egipcie. Za Antonim ruszyła na pustynię dosłownie fala samotników, czyli mnichów (słowo monachos pochodzi od greckiego monos: samotny). Miejsca nie brakowało, przecież niemal wszędzie dookoła była pustynia. Antoni dał początek grupom mnichów mieszkającym w górach nad Morzem Czerwonym, a więc na wschód od doliny Nilu. Około roku 315 asceta imieniem Ammun powędrował z karawaną, która szła po sodę do słonych bagien, położonych na południe od Aleksandrii, wśród wzgórz pustyni zachodniej. Soda osadzała się tam na brzegach stawów i kałuż, i z jej powodu to miejsce nazywano Nitrią. Okolica była niegościnna, ziemia nie do uprawy, woda jednak, choć niesmaczna, nadawała się do picia. Ammun osiadł tam, szukał bowiem i on także odosobnienia pełniejszego, niż mógł mieć w gęsto zaludnionym kraju, gdzie jedynym lekarstwem na nadmiar rozproszeń była rekluzja; znalazł je, ale szybko też stracił, gdyż jego śladem nadciągnęło tu wkrótce ponad trzy tysiące równie żądnych samotności ascetów… Wobec tego jeszcze za życia tego samego pokolenia powstało w głębi pustyni, na południe od Nitrii, kolejne osiedle pustelników zwane po prostu Chatkami (Kellia, Cele). Kiedy i tam zrobiło się zbyt ludno, wielki abba Makary postanowił osiąść jeszcze dalej, w górach, gdzie żadne drogi nie były wytyczone i można było bardzo łatwo zabłądzić – z tragicznym skutkiem.

Ta okolica nazywała się Sketis. Makary mógł był osiąść w Celach, jeśli Nitria była dla niego jeszcze zbyt bliska „Egiptu” – ale tu doszła chyba do głosu jego wrodzona fantazja: dlaczego by nie spróbować żyć jeszcze dalej, w górach? Po wodę i po surowce do pracy będzie tam bardzo daleko, ale nie aż tak daleko, żeby silny i przedsiębiorczy mężczyzna nie dał sobie rady. (Możliwe zresztą, że już wtedy niektórym przynajmniej śmiałkom była znana metoda zbierania na pustyni porannej rosy.) Drogi w te góry nie ma, tym lepiej: nie przyjdą gapie. Co w nich się kryje, nikt jeszcze dotąd nie sprawdził, to nic: on sprawdzi pierwszy. Poszedł. Nie było go długo. Jeśli wierzyć przypisywanej mu później opowieści, przewędrował nie tylko góry Sketis, ale i całą pustynię aż do stepów Sudanu, i tam spotkał dwóch pustelników, którzy nie mieli najdosłowniej nic, nawet odzienia, a żywili się jedząc zioła wśród stada bawołów, które ich najwyraźniej zaakceptowały. Makary będzie o nich opowiadał z szacunkiem: „nie jestem sam mnichem, alem mnichów widział”. Nie został jednak z nimi (i z bawołami), tylko wrócił na północ i ostatecznie osiedlił się w Sketis. Ponieważ widywano go co jakiś czas przychodzącego stamtąd, wkrótce znaleźli się uczniowie, którzy się do niego przyłączyli; także liczni starcy, zachęceni takim przykładem, opuścili przeludnione już Cele, by osiąść w miejscu wymagającym większego trudu. To nowe osiedle pustelnicze różniło się od poprzednich tym zwłaszcza, że pustelnie były tu jeszcze bardziej rozrzucone, odleglejsze od siebie nawet niż w Celach. Niemniej wkrótce zbudowano w centrum Sketis kościół, znalazło się wśród mieszkańców kilku kapłanów (także i Makary około roku 340 został kapłanem) i sława tej tajemniczej osady, do której nadal nie było drogi, zaczęła się rozszerzać po chrześcijańskim świecie. Do dziś jej nazwa przetrwała w rosyjskim słowie skit, oznaczającym właśnie osiedle pustelników.

Na samym południu Egiptu, gdzie żyzna dolina jest najwęższa i z obu stron ściskają ją góry, wokół starożytnego miasta Teby, w regionie zwanym od niego Tebaidą, gdzie do pustyni jest z wiosek szczególnie blisko, powstało tyle osad pustelników, że w Kościele wschodnim do dziś używa się słowa Tebaida na oznaczenie ośrodka życia monastycznego (po rosyjsku brzmi to: fiwaid). W środkowym Egipcie, gdzie na zachód od Nilu znajduje się jezioro połączone kanałem z rzeką, szczególnie zasłynął ośrodek mniszy koło Arsinoe. Wreszcie we wschodniej części delty Nilu znajdował się okręg zwany Panefisis. Była to niegdyś niezwykle żyzna okolica, leżąca tuż nad Morzem Śródziemnym i zdolna ponoć wyżywić cały dwór królewski; w IV wieku jednakże, po trzęsieniu ziemi i zalaniu dużej części okręgu przez morze, było tam już niewiele terenów uprawnych, a głównie słone bagna. Gdzie nie mogli mieszkać zwykli ludzie, tam osiadali asceci; wykorzystując pozostałe na wzgórzach ruiny dawnych wiosek, mieszkali tam jak na wyspach. Zresztą wszystkie wielkie ośrodki monastyczne Egiptu trudno by nawet wymienić, co dopiero opisać szczegółowo.

Osiedle pustelników zaczynało się od pojedynczej chatki pierwszego mnicha, który tam zamieszkał. Architektura tych chat, z początku bardzo prosta, rozwinęła się wkrótce w sposób ciekawy i bardzo praktyczny. Stawiano je albo z kamienia, jeżeli był dookoła, albo z cegieł ze sprasowanego piasku, kopanego na dość znacznej głębokości. Taki piasek ma konsystencję miękkiego piaskowca i utrzymuje tę konsystencję dopóki nie wyschnie; po obrzuceniu tynkiem cegły te nie wysychały nawet w egipskim upale, a więc nie rozsypywały się. Do dziś można w wykopaliskach oglądać stawiane z nich mury, a przynajmniej fundamenty. Cele egipskie nie miały pięter, ale miały wiele pomieszczeń: oratorium, sypialnię mistrza, w miarę potrzeby sypialnie uczniów, mur dookoła podwórka i ogródka… Materiału budowlanego było w bród. Największym problemem był dach, bo trzeba było zdobyć gałęzie, które następnie przykrywano liśćmi palmowymi; nieco później zaczęto z tej samej cegły piaskowej wznosić sklepienia. Osiadano w takim miejscu, by móc z większym lub mniejszym wysiłkiem, zależnie od założonej sobie ascezy, dotrzeć do wody, toteż chatki mnichów nie mogły być rozsypane równomiernie po pustyni, ale musiały stać w skupiskach wokół oaz lub bagien. Im dłużej istniała osada, tym więcej liczyła cel, a tym samym i gęściej były pobudowane. Nie było co do tego ustalonych zasad. Do najbliższego sąsiada mogło być czasem kilkanaście kroków, czasem kilka mil. Tak czy inaczej, sąsiedzi znali się, zasięgali wzajemnie u siebie rady i pomocy. Na Eucharystię z początku chodzono do najbliższego kościoła w wiosce, oczywiście tylko w niedzielę; później zaczęto stawiać kościoły w samych osiedlach mniszych, i tam pustelnicy gromadzili się w sobotę wieczorem na wspólną modlitwę nocną i poranną Eucharystię. Kapłan tego kościoła, wyświęcony spomiędzy pustelników, miał wśród nich autorytet, ale nie był przełożonym w dzisiejszym sensie tego słowa. Zwykle pustelnik zaczynał jako uczeń któregoś ze starszych mnichów, a po pewnym czasie osiadał osobno jako mnich samodzielny.

Tryb życia był mniej więcej taki sam, jak poprzednio u ascetów mieszkających w pobliżu wsi. Obowiązywała praca ręczna na własne utrzymanie, ale także nieustanna modlitwa, skoro przecież po to się przyszło na pustynię, by taka modlitwa stała się możliwa. Osiągano ją przez łączenie modlitwy z pracą. Poza godzinami psalmodii i czytania mnich pracował przez cały dzień, powtarzając jednocześnie jakiś wybrany werset lub krótką modlitwę. (Tu właśnie mamy początek tego, co dzisiaj Kościół wschodni nazywa Modlitwą Jezusa, a lepiej: Modlitwą Imienia Jezusa.) Noc przeznaczano na krótki spoczynek i modlitewne czuwanie. Wolno było w potrzebie, na przykład dla zasięgnięcia rady lub pouczenia, odwiedzać starców lub współbraci w sąsiedztwie, a wobec odwiedzających obowiązywała gościnność, zwłaszcza jeżeli można się było domyślić, że przychodzą z potrzeby, a nie z ciekawości tylko. Miarę posiłku ustalano indywidualnie, ale złotą zasadą, mającą uniknąć skrajności, było: posiłek codziennie (oczywiście jeden tylko), ale nie do sytości. Niektórym, jadającym tylko co kilka dni, to już wydawało się dużo… Produkty pracy, a więc najczęściej kosze i liny, pustelnik z początku sam nosił na najbliższy targ, albo jeśli był już na taką drogę za stary, posyłał z nimi ucznia. Podobnie sprowadzano materiał do tej pracy, liście palmowe, które moczono i darto na włókna. Potem zaczęto organizować transporty wspólne, a wielbłądnicy egipscy przyjeżdżali po nie do osad mniszych. W porze żniw tysiące mnichów wynajmowały się do pracy żniwnej, za którą im płacono zbożem.

Pół wieku po odejściu Antoniego na pustynię i po wywołaniu przez niego lawiny powołań monastycznych, miało miejsce drugie wydarzenie o równie ważnych dla dalszej historii skutkach. Był w Egipcie asceta urodzony około 290 roku imieniem Pachomiusz. Przyjął on chrzest w dorosłym już wieku, zachwycony dobrocią, którą mu okazali chrześcijanie, kiedy był rekrutem, przymusowo wcielonym do wojska podczas wojny domowej. Jego własna wieś była jeszcze pogańska, Pachomiusz nigdy dotąd nie widział chrześcijan i bardzo się zdziwił, że jacyś ubodzy ludzie z okolicy, całkiem obcy, przychodzą wieczorami, by zmęczonym i głodnym chłopakom umyć obolałe nogi i dodać choć parę kęsów do ich marnych racji żywnościowych. Nie zrażali się, kiedy oficerowie ich odpędzali, przychodzili znowu, spokojni i pełni jakiejś wewnętrznej radości. Zwłaszcza ta radość była tak pociągająca, że Pachomiusz postanowił zostać chrześcijaninem: równie radosnym i uczynnym jak tamci.

Po roku wojna się skończyła i rekrutów zwolniono. Oddział Pachomiusza znajdował się wtedy w Środkowym Egipcie. Widocznie chrześcijan było tam już wtedy więcej, bo Pachomiusz, płynąc z biegiem rzeki, trafił rychło na zamieszkaną przez nich wioskę. Przyjął chrzest i wkrótce potem został uczniem lokalnego ascety imieniem Palamon. Ten Palamon uprawiał ascezę równie surową jak pustelnicy i takiej ascezy – postów, czuwania, ciężkiej pracy, chętnego znoszenia tak zimna, jak i upału – nauczył oczywiście Pachomiusza, dla którego była ona (pomimo nieuchronnych problemów) jednym więcej wyrazem radości. Niemniej już od samego początku w młodym uczniu tkwiło i rosło przekonanie, że ma obowiązek dzielić się tą radością z innymi. Obok fascynacji Bogiem działała tu także szczególnie wielka fascynacja Bożym przykazaniem miłości. Nie od razu zrozumiał to dobrze. Ciekawa jest jego kłótnia z aniołem, który mu powiedział: „Służ ludziom” – a jego to oburzyło, gdyż „służba ludziom” kojarzyła mu się ze służbą wojskową, a on przecież Bogu chciał służyć, nie zaś cesarzowi! Ale wbrew jego protestom anioł powtórzył trzykrotnie, że to właśnie Bóg chce, by Pachomiusz służył ludziom, którzy dzięki temu będą Go mogli poznać. Około roku 320 Pachomiusz wiedział już w ogólnym zarysie, co powinien dalej robić.

Normalną rzeczą byłoby mieszkać nadal na uboczu za wioską, lub może nawet gdzieś w głębi pustyni, jak to już zaczynało robić wielu; i gdyby zgłosił się jakiś uczeń lub uczniowie, udzielać rad i formacji. Ale on wiedział już, że otrzymał inne zadanie; on nie mógł z dzieleniem się swoją radością czekać na kogoś, kto by się zjawił (albo nie). Wrócił w rodzinne strony, do Górnego Egiptu, i razem z bratem osiadł w opustoszałej wiosce Tabennisi. Później (około roku 340) przyjdzie tam także ich siostra, by dać początek wspólnocie żeńskiej. Chrześcijaństwo dotarło tymczasem w te strony i Pachomiusz miał zadanie ułatwione: wystarczyło rozgłosić, że zbiera uczniów, młodych chrześcijan pragnących służyć Bogu – a zaczęło się ich gromadzić tak wielu, że wkrótce pojawiły się problemy organizacyjne. Trzeba podkreślić: Pachomiuszowi nie zależało na liczbie dla liczby. Potrafił odprawić trzydziestu uczniów naraz – cały swój pierwszy „nowicjat” – ponieważ stwierdził, że nie chcą prowadzić życia wspólnego według jego idei, a skłaniają się raczej ku pustynnemu indywidualizmowi. W dalszej przyszłości usunie kiedyś z wizytowanej wspólnoty około stu mnichów naraz, doszedłszy do przekonania, że celibat jest dla nich zbyt trudny i że przyjęto ich przez pomyłkę. Same te liczby świadczą że było spośród kogo usuwać: gdzie napływają tysiące, tam nieuchronnie odchodzą setki.

Od pierwszej chwili, świadomie, zgodnie z rozpoznanym i przyjętym powołaniem, Pachomiusz starał się prowadzić do Boga możliwie dużą liczbę ludzi, czyniąc ich uczestnikami swojej radosnej służby. Od samego więc początku i z samego założenia musiał przyjąć życie wspólne, nie samotne, i wszystkie konsekwencje życia wspólnego: duże złagodzenie ascezy fizycznej, gdyż nie można wymagać od mas tego samego, czego wymaga się od najsilniejszych jednostek, ale za to bardzo wysokie wymagania co do braterskiej miłości we wspólnocie, gdzie wszyscy stale przebywają razem, modlą się razem i pracują razem. Nadto, cokolwiek by sobie o tym myśleli niepiśmienni w większości pustelnicy, Pachomiusz swoim uczniom narzucił obowiązkową alfabetyzację: „Należy ich uczyć czytać, choćby nie chcieli”. A nie, to idź gdzie indziej. Tu nie wystarczy znać psalmy na pamięć, chociaż i to potrzebne. On też pierwszy wprowadził zdecydowanie całkowitą wspólnotę dóbr: odtąd ideał chrześcijańskiego ubóstwa, przez pustelników rozumiany jako poprzestawanie na małym, na minimum najkonieczniejszego posiadania, przez mnichów żyjących wspólnie czyli cenobitów miał być rozumiany jako wspólne posiadanie dóbr i zależność od przełożonego w ich użytkowaniu.

Mimo wielkich i stanowczych wymagań napływ uczniów był tak duży, iż wkrótce trzeba było wprowadzić wielostopniową organizację. Podstawą tej organizacji był dom, liczący od dwudziestu do czterdziestu mnichów; kilka domów tworzyło ród, a od czterech do dziesięciu rodów tworzyło wioską. Wiosek zaś było coraz więcej, tym bardziej, że analogiczne grupy mnisze, powstające jednocześnie w okolicy, prosiły często, by Pachomiusz rozciągnął nad nimi swe zwierzchnictwo. Każdy dom był jak twierdza: otoczony wysokim murem dla ochrony przed najazdami Beduinów, posiadał wewnątrz wszelkie pomieszczenia potrzebne do modlitwy, życia i pracy, w tym oczywiście bibliotekę i scriptorium, najróżniejsze warsztaty rzemieślnicze, magazyny… Każda wioska podlegała własnemu opatowi i częściowo wspólnej organizacji pracy; a sam założyciel był jak opat generalny: wizytował je wszystkie i dwa razy do roku zwoływał kapitułę generalną. (Taką organizację monastycyzm zachodni wynajdzie od nowa dopiero w średniowieczu.) Pod koniec życia Pachomiusza wiosek było jedenaście, w tym dwie żeńskie; w niektórych były osobne domy dla braci mówiących po grecku, po syryjsku, po etiopsku itd., ale przeważali oczywiście rodowici Egipcjanie, czyli Koptowie. Liczebność wioski sięgała od kilkuset do tysiąca kilkuset osób… Bardzo wcześnie zaszła potrzeba skodyfikowania praw dla tego tłumu, i tak powstała pierwsza w chrześcijaństwie reguła zakonna.

Odtąd więc, czyli prawie od samego początku, życie monastyczne rozwija się na dwóch równoległych drogach: pustelniczej i wspólnotowej. W obu też tych formach wychodzi szybko z Egiptu i rozszerza się w pierwszym rzędzie na Palestynę. Na półwyspie Synaj powstają słynne ośrodki monastyczne; jeden z nich, klasztor pod wezwaniem św. Katarzyny, istnieje do dzisiaj. W Palestynie zwłaszcza pustynia judzka i okolice miasta Gazy stają się terenami monastycznymi. Potem ruch monastyczny przechodzi dalej na wschód, niesiony przez pielgrzymów wracających z Jerozolimy i przez wędrownych mnichów, którzy szukali sobie stosownych siedzib na pustyniach syryjskich. Ludzie miejscowi przyjmowali ten ideał – oczywiście w jakimś stopniu na swój sposób, toteż w Syrii przeważać będzie życie pustelnicze, w Palestynie wspólne. Mnisi syryjscy gotowi byli zawsze do wyczynowej ascezy, lubili wymyślać jakieś niesłychane umartwienia, ale mniej bywali gotowi do przyjmowania rad albo tym bardziej do posłuszeństwa. Natomiast główne tradycje monastycyzmu egipskiego, czy to pustelników, czy cenobitów, kładły nacisk przede wszystkim na wyrabianie cnót ewangelicznych, ascezę zaś traktowały jako narzędzie.

Mówiliśmy już, że w pierwotnym Kościele dziewictwo, zachowywane oficjalnie, było szczególnie sprawą kobiet. Ruch pustelniczy był natomiast niemal wyłącznie męski. Bardzo mało kobiet mogło zaryzykować życie na pustyni, chociaż zdarzały się i takie wypadki. Natomiast ruch cenobityczny objął także kobiety, które zresztą i poprzednio, mieszkając po miastach, łączyły się w grupy i tworzyły wspólnoty. Dwa wielkie żeńskie klasztory pachomiańskie niewątpliwie zachowywały regułę św. Pachomiusza, poza tym jednak reguł zakonnych jeszcze wtedy nie było, obowiązki stanu dziewiczego były ogólnie znane i spełniano je zgodnie z lokalnymi tradycjami i naukami lokalnych mistrzów. O tym wczesnym cenobityzmie żeńskim wiadomo bardzo mało, gdyż informacje są tylko wyrywkowe i przypadkowe, zapisane przy okazji opowieści o różnych sławnych pustelnikach. Niemniej już sama liczba tych wzmianek pozwala się domyślać, że ruch monastyczny kobiet, realizujący się głównie we wspólnotach, był zjawiskiem równie masowym, jak monastycyzm męski. Niektóre z tych wspólnot były zespołami dawnych dziewic, zachowanymi od początku danego Kościoła lokalnego. Inne powstawały, gdy jakaś bogata patrycjuszka, zwykle wdowa, postanawiała zostać mniszką i gromadziła przy sobie dziewczęta i wdowy, pragnące takiego samego życia, spośród swoich znajomych i swojej służby, tak że odtąd jej dom stawał się klasztorem, a jej majątek dostarczał wspólnocie utrzymania; nazywamy to klasztorem domowym. Jeszcze inne powstawały niejako składkowo, gdy gromadziła się grupa dziewic, wdów lub pokutnic, pragnących korzystać z nauk jakiegoś słynnego lokalnego autorytetu duchowego. Nie były to koniecznie instytucje trwałe: nieraz, gdy taka grupa założycielska wymarła, znikał i klasztor, ale tymczasem już w pobliżu zdążyły powstać trzy inne. Grupy monastyczne nie uważały się za trwałe instytucje, ani też fakt, że się należało do jednej z nich, nie przesądzał o przynależności na całe życie. Mnich ówczesny zawsze mógł odejść, czy to do innego mistrza, czy też na samotność, gdzie często z kolei wokół niego zbierała się grupka uczniów i powstawała nowa wspólnota. Prawda, że im bardziej taka wspólnota urosła, tym bardziej jej siedziba stawała się kompleksem budynków o wyraźnym przeznaczeniu monastycznym: kościół, domki mnichów, dom gościnny, dom chorych… Ale i to nie nadawało koniecznie trwałości, ani zwłaszcza nie zobowiązywało nikogo do stałości miejsca. Przyjmowało się stan monastyczny, nie zaś przynależność do konkretnej wspólnoty. Oczywiście mistrzowie życia wewnętrznego uczyli już wtedy, że zmiana miejsca nie może być częsta ani łatwa, gdyż to powodowałoby duchową destabilizację, a mówiąc całkiem po prostu, zrobiłoby z mnicha kogoś kapryśnego, kto własnego wysiłku się lęka i szuka sobie „idealnego” miejsca, stawiając wymagania raczej otoczeniu niż sobie. Ale trwania w tej samej wspólnocie aż do śmierci nikt jeszcze wtedy nie uważał za obowiązek.


Małgorzata Borkowska OSB Białe i bure. Historia życia monastycznego w dużym skrócie Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Drogowskazy duchowe

Modlitwa osobista wymaga od człowieka, aby nieustannie napełniał swoje serce treściami, które będą ją ożywiały. Taki charakter ma przede wszystkim Boże Oficjum oraz lectio divina, jednak warto czerpać również z innych źródeł, wśród których naczelne miejsce zajmują teksty należące do tradycji monastycznej oraz dzieła patrystyczne, czyli napisane przez najstarszych pisarzy chrześcijańskich. Również lektura innych wartościowych książek może przynieść niemały pożytek. (więcej…)

Paweł Sczaniecki OSB: „Ledwo skończyła się wojna, gdy zgromadzenie stanęło wobec ważnych decyzji…”

Zachowała się fotografia Tyńca z ostatnich lat przed wybuchem wojny. Dzisiaj ma ona wartość historycznego źródła. Jest to zdjęcie lotnicze, które zrobiono ze strony południowej. Na pierwszym planie świecą ruiny, dalej widać jakieś dachy, wreszcie bryłę kościoła i w głębi już opatówkę. Na tej podstawie można by podjąć studium nad rozplanowaniem opactwa. Jednak fotografia ma tutaj także wartość świadectwa, bo zachowuje widok ruin tak wyrazisty, że łatwo ująć ich rozmiary. Rozciągały się one szeroko, lecz nie była to pustynia. Wszędzie jeszcze stały ściany, tu i ówdzie jakiś portal albo tablica z inskrypcją, poniewierały się też okruchy rzeźbionych kamieni lub ceramiki. Ponad wszystkim górował kościół, bardzo zaniedbany, lecz zdatny do użytku. Stały trzy ramiona krużganka z przyległymi pomieszczeniami, bez piętra, ale pod dachem. Gontowy dach przykrywał również dawną rezydencję opatów – dom wakacyjny dla kleryków. Tutaj zachowały się dwie kondygnacje, sklepione sale na parterze i sześć obszernych pomieszczeń na pierwszym piętrze. Niezwłocznie też rozpoczęto prace, aby wykroić cele mieszkalne dla powracających mnichów. Kiedy udało się w podstawie wieży wybić przejście do kościoła, klasztorek mógł już służyć swemu celowi. 31 lipca 1939 r. benedyktyni podjęli zwykłe mnisze życie, jako tako uregulowane. (więcej…)

Klasztory stały się ośrodkami, gdzie skupiała się i skąd promieniowała znajomość św. Benedykta i jego kult

W odczuciu benedyktynów imię ma sens religijny. Brzmi ono nieraz jak obietnica, zapowiedź czy program. Święty Grzegorz rozpoczął II księ­gę Dialogów słowami: „Był mąż czcigodnego żywota, imieniem i łaską Benedictus, to jest błogosławiony”. Ze swej strony św. Grzegorz – jak powiada liturgia – miał imię, które oznacza czuwającego, i program zawarty w imieniu swym czynnie wypełniał.

Spekulacje tego rodzaju dostępne były tym, którzy znali łacinę i gre­kę. Słowiańskie języki przejęły łacińską formę imienia Benedykt. Na­dawano je przede wszystkim ludziom, ale też – niekiedy – rzeczom i instytucjom.

W Polsce imię Benedykt pojawiło się wcześnie. Nosili je Benedykt – Bogusza z otoczenia św. Wojciecha, jeden z pięciu braci męczenników; nosił je także to­warzysz św. Andrzeja Świerada w czasach Bolesława Chrobrego. Imię to powtarzało się później w środowisku mniszym, ale także weszło w użytek poza klasztorami. Wcześnie też pojawiła się forma żeńska i według starego podania Bogną-Benedyktą nazywała się matka św. Sta­nisława. Popularności imienia dowodzi jego zniekształcenie, mówiono bo­wiem Benedyk, ale też Bień, Bieniek, Biniek, Benek, Benesz i Bieniasz. Stąd poszły nazwy miejscowe Benedyktowice, Bieńkowice, Biniew, Bieńczyce, Bieniszew.

Gdy w 1545 r. ochrzczono Benedyktem wielki dzwon katedralny w Poznaniu, ludność zwała go Bieniem albo Bieńkiem. Słuchano go, do­póki nie zamilkł stopiony przez pożar (1772).

Najuroczystszym przejawem kultu świętych było dedykowanie im ko­ściołów, kaplic i ołtarzy. W Polsce budowano także kościoły pod wezwa­niem św. Benedykta. Jeden z nich, w Krakowie na Krzemionkach, po­czątkami sięga doby pierwszych Piastów. W XII w. istniał kościół względ­nie kaplica św. Benedykta na zamku w Legnicy i w Radziwiu pod Płoc­kiem. Później wezwanie to nosiły jeszcze kościoły w Dłubni (Imbramowicach 1229), Szczepankowie koło Łomży i w Modliborzycach koło Opa­towa. Święty Benedykt był też współpatronem opackich kościołów, pelplińskiego (1274) i tynieckiego (1139) oraz kilku kościołów na Mazowszu. Łą­czą się one pewnie z nabożeństwem biskupa Benedykta Izdbieńskiego do swego patrona. W latach 1540–1547 biskup ten ufundował altarię św. Be­nedykta w Mińsku Mazowieckim oraz utworzył parafie z kościołami pod tymże wezwaniem w Jastrzębiu, Oleksinie i Seroczynie. Kaplice św. Benedykta budowano we wszystkich opackich kościo­łach, np. w Tyńcu i Lubiniu, gdzie indziej ołtarze, np. w Pelplinie i na Świętym Krzyżu. Trudno sobie wyobrazić kościół benedyktyński bez wizerunku św. Benedykta.

Imię to nosił przede wszystkim zakon. W XIII w. kuria rzymska stosowała już określenie „zakon św. Benedykta – ordo s. Benedicti”, co dotąd używa się i skraca w formie liter OSB. Dużo później ustaliła się nazwa benedyktynów – po polsku to słowo napisał po raz pierwszy ks. Piotr Skarga (1579), po łacinie – o. Stanisław Sczygielski (1669). Klasztory stały się więc ośrodkami, gdzie skupiała się i skąd promienio­wała znajomość św. Benedykta i jego kult. Imię to wyróżniało więc czar­no przybranych mnichów z charakterystycznym ostrzyżeniem głowy i try­bem życia. A cóż dopiero jeśli to był opat, reprezentujący swą mniszą rodzinę, z krzyżykiem na szyi, z pastorałem i Regułą w rękach! Taki był św. Benedykt na Monte Cassino.

W średniowieczu już przy benedyktyńskich ośrodkach powstawały bractwa. Cenne materiały z tej dziedziny zachował klasztor lubiński. Jego księgę bracką z XII w. wydał Zbigniew Perzanowski (1978). Na jej początku figurują modlitwy wprowadzające z imieniem św. Bene­dykta. Do bractwa-braterstwa przyjmowano w Tyńcu i na Świętym Krzy­żu, zapewne też gdzie indziej. Obfitsze wiadomości przynosi formuła przyjęcia, którą podał ceremoniał monastyczny (1777). Przyjmował więc do braterstwa opat przy ołtarzu św. Benedykta, wspominając w modli­twach „ducha, któremu służył św. Benedykt”. Opat modlił się o wzbudze­nie tego ducha, któremu odtąd miał również służyć świecki współbrat. W trudnym dziele adaptacji duchowości benedyktyńskiej w życiu poza klasztorem miał dopomagać IV rozdział Reguły. Jakie są narzędzia dobrych uczynków. W końcu ceremonii nakazywał opat szczególne nabożeństwo do św. Benedykta i dawał pocałunek pokoju. Na pamiątkę takiego przyję­cia noszono szkaplerz św. Benedykta.

Wspomniany ceremoniał zawiera jeszcze drugą formułę przyjęcia w zastosowaniu do dzieci, zwanych oblatami. Słowo to pochodzi z łaci­ny – tak jak opłatek – i przypomina złożony dar. Podobno takim obla­tem był Kazimierz Odnowiciel. Urywają się wiadomości. Dzisiaj znowu mówi się o tym. Wytworzyła się bowiem instytucja tzw. oblatów św. Benedykta. Łączą się w tym wspomnienia dawnych konfraterni, czyli bractw, o których była mowa, i tych ofiarowanych dzieci, tyle że w przy­padku konkretnym oblacja, czyli ofiara, ma charakter osobisty. Niekie­dy więc oblat przywdziewa habit i zostaje w klasztorze, niekiedy zaś wraca do swych obowiązków, nawet rodzinnych. Jak dawniej, oblatom wskazuje się czwarty rozdział Reguły jako normę ich życia. Dlatego moż­na tu wspomnieć o tłumaczeniu tego tekstu na język polski. Służyło na pewno jakiemuś oblatowi sprzed pięciuset lat. Może tylko poważnie trak­tował swoje związki z opactwem, którego zidentyfikować nie można. Nic więcej nie wiadomo, dziś jednak odtworzyć można jego życie z dużą do­zą prawdopodobieństwa. Tacy sami – jak on – oblaci św. Benedykta mieszkają w Zbuczynie na Podlasiu. Żyją według tego samego ducha, praktykują również wspomniane w ich Regule dobre uczynki. Charakte­ryzuje ich szczere nabożeństwo do św. Benedykta.

Nie koniec jeszcze tego wyliczenia. W średniowieczu już – idąc za wzorem łacińskim i niemieckim – pewną roślinę zwano benedyktem albo białą benedyktą. Coś osobliwego było w jej wyglądzie, skoro na­zywano ją też – od monastycznego ubioru zwanego kukullą z kaptu­rem – kuklikiem. Trzeba dodać, że benedyktynem albo benedyktyn­ką nazywano też jeden z francuskich likierów i nareszcie to, że o mrów­czej, dokładnej, żmudnej, cierpliwej i uczonej pracy mówiono, że jest prawdziwie benedyktyńską. Tak rozmaite zastosowanie słowa „benedykt” – jako imię ludzi lub nazwa rzeczy – ma swoją wymowę.


Paweł Sczaniecki OSB Święty Benedykt. Wiedza o nim i przejawy jego kultu w dawnej Polsce Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Jubileusz benedyktynów tynieckich 1939-2019

W 2019 r. Opactwo Benedyktynów w Tyńcu obchodzi podwójny jubileusz: 975 lat od założenia klasztoru w 1044 r. oraz 80 lat od powrotu benedyktynów do zrujnowanego Tyńca w lipcu 1939 r. Klasztor, który funkcjonował nieprzerwanie do 1816 r., stanowiąc ważny ośrodek życia chrześcijańskiego w Polsce, uległ kasacie, same zabudowania zaś stopniowo popadły w ruinę. Powracający do Tyńca mnisi stanowili grupę Polaków pod zwierzchnictwem przełożonego, Belga o. Karola van Oost; przybyli z belgijskiego opactwa św. Andrzeja w Brugii (Zevenkerken). (więcej…)

Ogród duchowych i intelektualnych rozkoszy. Herrada encyklopedystka

W Strasburgu w Alzacji przechowywany jest rękopis z mnóstwem ilustracji, pochodzący z klasztoru na Górze św. Otylii: Mount St. Odile, a po niemiecku: Hohenberg. Dokładnie biorąc, nie jest to sam oryginalny rękopis z XII wieku, ale jego późniejsza kopia, szesnastowieczna, a więc z epoki, która jeszcze znała się na sporządzaniu i zdobieniu książek rękopiśmiennych. Niestety, kopia nie jest pełna; oryginał miał trzysta czterdzieści dwie karty in folio, spośród których w kopii brak prawie dziewięćdziesięciu, a niektóre są niedokończone. Może z racji niepełnej jeszcze kopii rękopis, który posiadamy, nie jest oprawiony, ale składa się z luźnych kart zgiętych po dwie. Tekst na każdej karcie umieszczono w dwu kolumnach; są też na każdej karcie przynajmniej dwie miniatury ilustrujące treść, i to z objaśnieniami po łacinie, a czasem nadto po niemiecku. Tytuł brzmi: Hortus deliciarum – „Ogród rozkoszy”. (więcej…)

„Dawne, dobre czasy: nie to, co dzisiaj…” Małgorzata Borkowska OSB o uczestniczkach bohaterskich początków

Magdalena Mortęska, wstępując do klasztoru chełmińskiego w grudniu roku 1578, zastała tam, jak wiemy, siedem panien przyjętych już do nowicjatu. Ich nazwiska są znane, ale już na przykład ich wiek określić trudno. Wachlarz możliwości jest bardzo szeroki, bo wstępowały podówczas do zakonu już nawet czternastoletnie dziewczęta, chociaż prawo nie dopuszczało do profesji przed ukończeniem lat szesnastu; i zdarzało się, że takie dzieci sąsiadowały w nowicjacie z pannami, które przed wstąpieniem „żyły w świeckim stanie” już lat dwadzieścia pięć, co wtedy było dużo, albo i czasem pięćdziesiąt. Co do jednej z tych siedmiu, Agnieszki Wichorskiej, późniejszej podprzeoryszy w Nieświeżu, można obliczyć z nieświeskich danych, że wstępując miała lat trzydzieści; reszta była zapewne o wiele młodsza.

Trudno nam sobie dzisiaj wyobrazić, jak wyglądał ten okres nowicjatu – zresztą skrócony – w klasztorze tak improwizowanym. Czego uczono? Niejedną pewnie czytania i pisania, bowiem dziewczęta ówczesne nie wynosiły na ogół tej umiejętności z domu. Nabywały jej w szkołach klasztornych, jak dwie rodzone siostry Magdaleny (ona sama musiała się tego uczyć po kryjomu, mając już kilkanaście lat), albo właśnie dopiero w nowicjacie. Uczono też pewnie śpiewu, do którego w tej gromadce szczególne zdolności miała panna Urszula Kowańska. Reguły benedyktyńskiej – na którą przecież miały składać śluby – nie czytano tym nowicjuszkom, bo jej jeszcze w klasztorze nie znaleziono; zdaje się, że Zofia Izbieńska przekazywała im po prostu ogólne zasady ascezy i życia zakonnego, może z pewnym zabarwieniem franciszkańskim. Nie uczyła ich zresztą wiele, nie uczyła nawet rozmyślania, skoro ten brak musieli później uzupełnić spowiednicy. Może jej samej także tego nie uczono? Pozwalała też, aby nowicjuszki żyły każda z tego, co sama wniosła lub dostawała od rodziny; to nadużycie, powszechne w owych czasach, usprawiedliwiała pewnie brakiem uposażenia klasztoru, tym niemniej groziło ono przekreśleniem życia wspólnego od samego początku. Kładła natomiast Zofia nacisk – jak wynika z napisanego przez Brzechffę żywotu Magdaleny – na umartwienie i na upokorzenia, których swoim wychowankom nie szczędziła. Mimo to było to życie jakieś niepełne i nie zorganizowane i słusznie stwierdza w Kronice jedna z owych panien, „żechmy nowicjatu żadnego ani ćwiczenia zakonnego mieć ni od kogoż nie mogły”.

Jakkolwiek gorliwe mogły być – mimo to wszystko – owe nowicjuszki, zdaje się, że dopiero wstąpienie Magdaleny wniosło w ich grono tę siłę życiową, która później zrobiła z chełmińskiego klasztoru ośrodek duchowy na wielką skalę. Bez niej byłyby one może poodchodziły za wzorem swoich poprzedniczek albo wegetowały nadal na półświecki sposób. Magdalenie to nie wystarczało. Chciała pełni życia zakonnego, takiej, o jakiej czytała w żywotach świętych – a późniejszy rozwój klasztoru dowodzi, że miała talent pociągania innych do swoich ideałów.

Poza tym jej wstąpieniu musiało towarzyszyć wiele emocji. Czy ją pan ojciec zmusi do powrotu? Czy ją odeśle z pogrzebu babki? Skończyła się dotychczasowa stagnacja, coraz częściej zjawiał się w klasztorze biskup i wielcy panowie, krewni nowej kandydatki; słyszało się o wzniosłych ideałach i odpowiedzialności, od razu zajęto się i toruńskim klasztorem, zanosiło się na wielkie rzeczy i gorliwość zapłonęła rzeczywiście.

Przyśpieszona profesja (tj. śluby zakonne i konsekracja) możliwa w takim terminie tylko za specjalną zgodą biskupa, oraz elekcja Magdaleny na ksienię zaraz potem, rozpoczęły właściwy okres bohaterskich początków w klasztorze chełmińskim: budowanie życia zakonnego od zera, z niczego.

Był to czas gorliwości młodej, twórczej, niedoświadczonej, czasem przesadnej…, pokonującej wszystko na siłę, nie wiedząc i nie dbając, czy tej siły, wcześnie zużytej, w końcu nie zabraknie. Ducha, jaki ożywiał tę gromadkę, mogą pewnie zrozumieć ci wszyscy, którzy po wojnie zaczynali coś od nowa na ruinach – wszystko jedno, czy to był klasztor, czy szkoła, czy szpital – dysponując mało czym więcej oprócz własnych rąk i przekonania do sprawy. Tylko że w Chełmnie budowano wtedy od początku nie tylko materialny byt klasztoru, ale i całą jego duchowość. Dwunastu zakonnicom chodziło o to, żeby jak najlepiej zrozumieć wreszcie, na czym polega życie zakonne; a zrozumiawszy cokolwiek, natychmiast wprowadzić to w czyn. Zaczęło się od tego, że biskup Kostka nazajutrz po konsekracji uświadomił pannom w specjalnej egzorcie, że wszelka prywatna własność niezgodna jest z ich obecnym stanem. Natychmiast poznosiły więc Magdalenie swoje zapasy: drobne (zapewne) sumy pieniędzy, żywność, ubranie. Odtąd ona je będzie rozdzielać, a siostry starają się pod tym względem o jak największe wyrzeczenie. Wzruszająca jest ta postawa wywiadywania się o obowiązki zakonne, aby je móc spełniać. Wśród starych szpargałów zawalających strychy znaleziono podczas sprzątania Regułę św. Benedykta. Radość była krótka: Reguła okazała się napisana po łacinie. Tym niemniej uchwycono się jej: co się z niej dało własnymi siłami – czasem pewnie piąte przez dziesiąte – wyrozumieć, co także wyłożyli spowiednicy, to wprowadzano w życie. Zresztą i łacina powoli otwierała swoje tajniki: niewykluczone, że się jej w Chełmnie uczono, ale i w ogóle przy pewnych zdolnościach trudno było obcować na codzień z tekstem brewiarza, a nie rozumieć go powoli coraz lepiej. To zrozumienie można było potem przekazywać młodszym.

Spowiednicy, którymi byli księża diecezjalni oraz bernardyni, nie poprzestawali oczywiście na wykładaniu Reguły, ale dawali mnóstwo wskazówek od siebie: te wskazówki troskliwie uzgadniano z Regułą. Innym cennym znaleziskiem były dyscypliny po dawnych zakonnicach: zostały też natychmiast zastosowane. Młoda ksieni, znająca lepiej żywoty świętych niż realne ludzkie możliwości, nie umiała hamować przerostów tego zapału; raczej pewnie jeszcze je podsycała. Dość wspomnieć, że pierwotny plan dnia klasztoru chełmińskiego przewidywał nie więcej niż trzy i pół godziny snu. Poszczono też oprócz kościelnych postów w wigilię każdego święta – co dawało kilka dni postnych w każdym tygodniu, ponieważ uroczystości świętych Pańskich miały podówczas wyższą rangę niż dzisiaj – a do tego dochodziły jeszcze i posty prywatne. Wszystko to szybko się skończyło ciężką chorobą, na jaką całe zgromadzenie zapadło niemal równocześnie. Trzymały się na nogach jedynie Magdalena i – jak się zdaje – Dorota Przepałkowska; reszta leżała nieprzytomna w łóżkach, tak że nie miał kto odprawiać pacierzy kanonicznych. Nastały dni żmudnej obsługi domowego szpitala, po czym role się odwróciły: chore wyzdrowiały, a położyły się pielęgniarki. Nie wiadomo, czy Magdalena sama zrozumiała tę lekcję; w każdym razie biskup wolał wdać się w to osobiście. Niektóre umartwienia skasował zupełnie, inne rozkazał złagodzić. Magdalena zastosowała się do tych wskazówek, których słuszność miało i później udowodnić doświadczenie z kandydatkami niezdolnymi do wytrzymania bezmięsnej diety, braku bielizny i pościeli. Deklaracje z roku 1605, podsumowujące te doświadczenia, idą już po linii prawdziwie benedyktyńskiego umiaru. Zauważmy dla porównania, że przewidują one prawie osiem godzin snu na dobę, przed i po jutrzni.

Od początku też kładziono nacisk na umartwienie wewnętrzne, na ćwiczenie się w szczerości, pokorze i posłuszeństwie. Zarówno kronikarka chełmińska, jak i sama Magdalena w jednej ze swych późniejszych konferencji, wspominają te czasy z rozrzewnieniem jako okres jednomyślnego dążenia wszelkimi siłami do pełni doskonałości zakonnej. A jednocześnie była już i praca taka sama, jaka miała odtąd wypełnić życie wszystkich zakonnic kongregacji. Zajęto się od razu haftami kościelnymi, zużywając na to świeckie suknie sióstr. Dbałość o piękną oprawę dla liturgii była charakterystycznym składnikiem pobożności Magdaleny. Jednocześnie zapełniał się internat, była więc także i praca z uczennicami. Osobnym wreszcie polem pracy musiał być i nowicjat, do którego coraz liczniej napływały kandydatki. W roku 1579 wstąpiło ich trzy, w 1580 pięć, w 1581 aż dziesięć, w 1582 znowu pięć… Z tych wszystkich tylko jedna odeszła z powrotem do świata. Grupka niewiele co starszych profesek (tj. sióstr po złożonych już ślubach) musiała mieć sporo roboty z nauczaniem całej tej gromady zakonnych obyczajów.

W dodatku był przecież jeszcze klasztor toruński, który należało obsadzić, i to w ilości pozwalającej również na prowadzenie tam normalnego życia zakonnego, normalnej modlitwy i pracy. Nie tu miejsce na dokładną historię tych skomplikowanych przenosin; przy kilku zakonnicach, którymi zajmiemy się szerzej, będzie jeszcze o tym mowa, ale w każdym razie trzeba stwierdzić, że wszystkie spośród dawnych współnowicjuszek Magdaleny przebywały w różnych okresach przynajmniej przez jakiś czas w klasztorze toruńskim. Niektóre już tam zostawiono, inne sprowadzano i wysyłano parokrotnie, a gdy nowych fundacji przybyło, znajdujemy je także i na nich. Najdłużej może żyła i najwięcej fundacji widziała Regina Rosianka.

Pochodziła z tak zwanej Krajny, czyli pogranicza pomorsko-wielkopolskiego, z rodziny prawdopodobnie szlacheckiej – chociaż to nie jest całkiem pewne – i chyba dosyć licznej, bo dwie jej młodsze siostry miały jeszcze wstąpić jej śladem do Chełmna. Wydaje się, że była bliską współpracowniczką Matki Mortęskiej i może już od początku przeoryszą chełmińskiego klasztoru. W każdym razie piastowała ten urząd w roku 1584: pod tą datą bowiem wspomina Kronika toruńska o wizycie „panny Reginy, przeoryszy chełmińskiej”, co może się odnosić tylko do Rosianki. W kilka lat potem (1587) jedzie ona znów do Torunia, tym razem na stałe, i to znów jako przeorysza u boku Zofii Dulskiej, obejmującej tam właśnie rządy jako „starsza”. Była to funkcja delikatna i niełatwa. Z jednej strony, zgodnie z koncepcją Matki Mortęskiej, przeorysza była urzędową pośredniczką między ksienią a zgromadzeniem we wszelkich trudnych sytuacjach; a w roku 1587 było już aż nadto jasne, że w Toruniu samowola należy do wad endemicznych i trudnych sytuacji prawdopodobnie nie zabraknie. W dodatku Matka Mortęska, posyłając Zofię Dulską do Torunia, była przekonana, że posyła człowieka bezgranicznie sobie oddanego, i mogła się po niej spodziewać raczej nadgorliwości niż zdrady; toteż panna Regina jechała tam „do pomocy od spraw duchownych”, czyli między innymi i po to, aby niedoświadczoną starszą uczyć umiaru i w ewentualnych zatargach z konwentem rozważyć dobrze, czy ten ostatni czasem nie ma racji. A jednocześnie – o czym już wspominaliśmy – zgodnie z trzecim artykułem dekretu biskupiego regulującego stosunki między obu klasztorami miała być w zgromadzeniu toruńskim oficjalną przedstawicielką jego chełmińskiej zwierzchniczki i doradczynią o głosie decydującym u boku starszej. Złożona rola. Zdaje się jednak, że panna Regina umiała się z niej wywiązać z taktem i że jej obecność w Toruniu była ceniona. Szczególniejszy wyraz dały temu toruńskie panny przy jej odjeździe w grudniu roku 1593. Regina wracała do Chełmna dlatego, że klimat toruński jej szkodził; rozgoryczone torunianki zinterpretowały to jednak jako kolejny dowód wrogości ksieni Mortęskiej, która znowu – jak zwykle – zabiera im wartościową urzędniczkę. Żegnały ją więc życzeniem… rychłej śmierci, „aby nie było ani nam, ani wam”.

Życzenie się nie spełniło: Regina Rosianka miała jeszcze żyć długo. Zdaje się niemożliwe, żeby jej zdolności nie wykorzystano, toteż najprawdopodobniej pełniła różne urzędy w klasztorze chełmińskim: kto wie, czy nie jest autorką Kroniki, a przynajmniej wcześniejszych jej partii. Niestety ta autorka, ktokolwiek nią był, nie ma zwyczaju podawać listy urzędniczek ani nawet, jak często rozdawano i zmieniano funkcje. Można przypuszczać, że Matka Mortęska uważała Rosiankę za niezbędną w Chełmnie, skoro przez długie lata nie wysyłała jej na żadne fundacje. Dopiero w roku 1615, kiedy marszałkowa Sieniawska ufundowała klasztor sandomierski i dobierała sobie do niego obsadę, Regina znalazła się tam także.

Jej kandydaturę zresztą nie marszałkowa wysunęła; tej „hic muliei” chodziło przede wszystkim o te siostry, które poprzednio były w Jarosławiu i co do których miała nadzieję, że będą słuchały przede wszystkim jej samej. Wrócimy do tej sprawy w życiorysie Doroty Kamieńskiej. Ta ostatnia z woli pani marszałkowej miała być „starszą”, ponieważ więc fundacja zapowiadała się burzliwie pod ręką takiej protektorki i z przełożoną, która już raz w Jarosławiu uległa zastraszeniu, potrzebny był przy niej ktoś taktowny i stanowczy, wiekiem o wiele starszy i bardzo doświadczony. Prawdopodobnie dlatego Matka Mortęska posłała wtedy Reginę Rosiankę jako przeoryszę. Współpraca Reginy i Doroty okazała się w Sandomierzu tak dobra, że już po roku pani marszałkowa odesłała je obie z powrotem do Chełmna, jako nie dość uległe jej własnym rządom.

Warto podkreślić, że ilekroć jest jakaś wzmianka w źródłach o Reginie, spotykamy ją zawsze na urzędzie przeoryszy. Lista obowiązków przeoryszy w ujęciu Matki Mortęskiej jest zastraszająco długa: obejmuje właściwie dozór nad wszystkim, co dotyczy karności zakonnej, pobożności i normalnego biegu życia i pracy w klasztorze. Przeorysza powinna odznaczać się miłością, którą by siostry mogły w niej wyczuwać nawet podczas karania; gorliwością, inteligencją, „oświeconym sumieniem”, wiarą, zamiłowaniem do milczenia… Musiała więc być władzą i wzorem jednocześnie. Panna Regina, konsekwentnie wysuwana na ten urząd nawet w czasach, kiedy było już spośród kogo wybierać, widocznie odznaczała się przynajmniej większością z tych cech. Ostatni raz spotykamy ją na nowej fundacji w Sierpcu w roku 1625, znów oczywiście jako przeoryszę. Dalszych danych już brak: i nic nie wiemy o dacie i miejscu jej śmierci.

Nieco krótsze były wędrówki wspomnianej już tu panny Urszuli. Kronika chełmińska nazywa ją „Urszulą z Trzęsacza Kowańską”: pierwsze skojarzenie to „Samuel ze Skrzypnej Twardowski” czy inny „Jan z Dąbrowice Firlej”, i gotowi jesteśmy malować sobie w wyobraźni szlachecki dworek przodków panny Urszuli i „pana oćca”, polonusa z wąsami i szablą. Okazuje się jednak, że to nie takie oczywiste. Dłuższy kontakt z klasztornymi „aktami personalnymi” naprowadza na ślad swoistej metody, jakiej w nich używano do zaznaczenia pochodzenia społecznego. Podając mianowicie, skąd dana nowicjuszka była, wymieniano przy mieszczankach oczywiście nazwę miasta; przy szlachciankach nazwę województwa lub powiatu, w którym leżał majątek rodziny; nazwę wsi podawano przy nazwiskach chłopek. Może nie stosowano tego konsekwentnie wszędzie; ale jeśli się okazuje, że panna Urszula sama żadnego nazwiska nie używała, podpisując się po prostu „Urszula kantorka”, i że kronika toruńska nazywa ją „Orszulą młynarzówną” – należy raczej wnioskować, że chyba była rzeczywiście córką chłopa-młynarza, którego wprawdzie przezywano z jakiejś przyczyny „Kowańskim”, ale się tego za nazwisko właściwie nie uważało.

Pochodziła więc panna Urszula z zamożnej rodziny chłopskiej, co jej nie przeszkodziło zostać chórową zakonnicą; wypadek rzadki, bo i w ogóle chłopek było u benedyktynek bardzo mało, ale nie jedyny. Jeśli rozstrzygały zdolności, to tu właśnie mamy do czynienia z kimś, kto tak doskonale opanował i łaciński tekst, i zawiłości gregoriańskich melodii, że spotykamy go stale na urzędzie kantorki, odpowiedzialnej za wykonanie śpiewów podczas zakonnych pacierzy i uczącej tych śpiewów inne zakonnice. Kantorką była panna Urszula przez rok swojego pobytu w Toruniu; czy była nią następnie w Chełmnie, nie wiadomo, ale w tej samej roli zjawia się potem w Żarnowcu. Tam też i zmarła 20 kwietnia 1618 roku; i co rok 20 kwietnia jej nazwisko powraca w naszych porannych modlitwach za te zmarłe siostry, których rocznica zgonu w danym dniu przypada.

Wreszcie warto jeszcze wspomnieć o Katarzynie Bartnickiej, a to ze względu na powstałe na jej temat nieporozumienia. Z Kroniki chełmińskiej wiadomo o niej tylko tyle, że już w roku 1582 została posłana do Torunia w roli przeoryszy; a wiemy już, że była to rola zbyt ważna i trudna, żeby ją powierzać na los szczęścia albo według alfabetycznej kolejności nazwisk. Ale wiemy także, że Matka Mortęska za młodu nie rozumiała trudności swych podwładnych i nieraz spodziewała się po nich zbyt wiele. Panna Katarzyna nie bardzo sobie w Toruniu radziła, zresztą są powody przypuszczać, że cierpiała na jakieś zaburzenia psychiczne, które się pewnie z czasem pogłębiały. Oczywiście toruńska kronikarka, pisząc już zresztą po śmierci Katarzyny (zmarłej w roku 1606), wykorzystuje jej postać do różnych zarzutów, między sobą zresztą sprzecznych; najbardziej groteskowy jest ten, jakoby Matka Mortęska tę „furiaczną” siostrę narzuciła klasztorowi toruńskiemu na przeoryszę umyślnie, na złość. Zupełnie to nie pasuje do tego, co wiemy skądinąd o prawości Magdaleny i o jej poczuciu odpowiedzialności, zresztą nie trzymała ona Katarzyny na tym urzędzie długo: widocznie przekonała się po kilku latach, że nie jest dla niej odpowiedni. Do Chełmna jednak już jej nie zabrała. Prawda, że tak robiła zwykle z siostrami, które się specjalnymi zdolnościami nie odznaczały: zostawiała je na pierwszej, na jaką pojechały, fundacji, bardziej natomiast uzdolnione ściągała z powrotem… zwykle po to, żeby je zaraz posłać na następną. Przy tym jednak systemie ktoś nieufny łatwo mógł ją posądzić, że zostawiła w Toruniu wariatkę właśnie dlatego, że to była wariatka.

Natomiast zdaje się, że nie ma powodów do utożsamiania – jak próbowano – Katarzyny Bartnickiej z ową wichrzycielką, na której temat Magdalena miała wizję Chrystusa, niosącego ubłoconą owieczkę. Po pierwsze, można wątpić, czy rzeczywiście wichrzycielką była, a zwłaszcza, czy zdążyła nią być w Chełmnie, gdzie przebywała tak krótko. Po drugie, ta wizja, zdaniem Brzechffy, zostawiła głębokie ślady w psychice Magdaleny, a tymczasem nie widzimy wcale, by już w pierwszym dziesięcioleciu swych półwiecznych rządów panna ksieni chełmińska zmieniła się w łagodnego baranka. Przeciwnie, jak już mówiliśmy, walczyła ona ze „starym człowiekiem” w sobie bardzo długo i dopiero na starość zasłynęła z łagodności. Po trzecie, wichrzycielek mogło być w Chełmnie więcej. W ciągu czterdziestu lat, o których mówi zachowany pierwszy tom Kroniki chełmińskiej, wstąpiło do tamtejszego klasztoru sto siedemdziesiąt dziewięć panien; liczba ta prawdopodobnie dobrze jeszcze przed śmiercią Magdaleny zaokrągliła się do dwustu i trudno przypuścić, żeby w tak wielkim gronie tylko jedna Bartnicka była nieposłuszna, nieopanowana i niepoprawna, jeśli nawet rzeczywiście taka była. Spójrzmy na rzecz realnie: człowiek ma prawo do swoich trudności, także wtedy, kiedy jego wady dotyczą dziedziny woli; i nieraz walczy z nimi z całej siły, ale efekty są przez długie lata niedostrzegalne dla otoczenia.

Dzieje tych pierwszych kilku zakonnic, chociaż bardzo niekompletnie znane, mówią nam kilka ciekawych rzeczy o Matce Mortęskiej. Po pierwsze, już od samego początku zarysowuje się wokół niej grupka najbliższych, stałych współpracownic, których talenty zostaną wykorzystane na wszystkich bez mała kolejnych fundacjach. Spośród najstarszych należą do tej grupy Regina Rosianka i Dorota Przepałkowska, której poświęcimy osobny szkic; później dojdzie jeszcze Dorota Kamieńska i inne, przy czym ciekawa jest konsekwencja, z jaką dostają one zawsze (lub przynajmniej najczęściej) w każdym nowym domu jeden i ten sam urząd, ten, do którego mają najwięcej zdolności. Matka Mortęska umiała, jak widać, zorientować się w talentach swoich podwładnych, chociaż nie zawsze w ich charakterze i psychice. Po drugie, te bezustanne zmiany personelu – jakkolwiek dla samych zakonnic niewątpliwie uciążliwe – płynęły z konieczności obsadzenia i wspomagania wszystkich domów, które wyszły z Chełmna, bo wszystkie Magdalena obejmowała nieustanną troską do końca życia. Klasztor toruński niechętnie patrzył i na tę troskę, i na te zmiany, i szybko zerwał jedność; w Sandomierzu władcza fundatorka usiłowała rządzić po swojemu; inaczej jednak myślano w Poznaniu, Żarnowcu czy Jarosławiu, i to nawet po prawnym usamodzielnieniu się tych klasztorów. Wzywano ją tam na pomoc w różnych trudnych sprawach, zwłaszcza związanych z walkami o klauzurę; a na temat przenosin zakonnic pisze Kronika poznańska, po wyliczeniu aż dwudziestu pięciu sióstr chełmińskich, które w różnych funkcjach – od przeoryszy do kucharki – przewinęły się przez Poznań, nie pozostając tam jednak na stałe:

To się dla pamiątki położyło, w jakiej unii i miłości kwitnął z początku ten zakon, co łatwo zrozumieć z tego, kiedy sobie tak pożytecznymi i ducha zakonnego mającymi osobami przełożone wygadzały; i siostrzyńska wielka powolność przełożonym w posłuszeństwie: na rozkazanie tak ochotne opuszczenie urzędów miłujących sióstr. Po wiele razy, a gdziekolwiek obrócono, bezpiecznie ich używano do wszystkich prac zakonnych. O gościach nikędy nie masz wzmianki, ale zaraz ujęcie się zakonnych powinności, robót, pokut klasztornych; a pono za naszych czasów ta wyjeżdżania jest słuszna przeszkoda, że niektóre, za gościnne mieszkając u nas przez cały rok, o zakonnych powinnościach nie wiedziały…

Słowem, „dawne, dobre czasy: nie to, co dzisiaj…”


Małgorzata Borkowska OSB Mniszki Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC