Wewnętrzne rozbicie

Trzeba sobie zdawać sprawę z prawdy, że żyjąc na ziemi, jesteśmy w ognisku nieustannej walki duchowej. O tym się nie mówi, bo wydaje się to staroświeckie. Natomiast nieustannie jesteśmy zagrożeni presją pożądań, namiętności, pokus i lęków. Bardzo łatwo to samemu zaobserwować. Przy czym zasadniczo walka toczy się o dwie sprawy, z którymi Zły bezwzględnie walczy, wykorzystując do tego celu nie tylko zło, ale także nasze dobre intencje i działania klasycznie nazywane dobrymi, np. pobożność, czy wierność Prawu, jak pokazuje Ewangelia. To nie ulega zmianie i tak samo dotyczy dzisiejszych czasów w sposób jeszcze poważniejszy, ponieważ my tamten przykład mamy za sobą i powinniśmy być mądrzejsi. Niestety tak nie jest.

Jak już wcześniej pisaliśmy, Bóg stworzył ludzi do życia, obdarzając wolnością, rozumem, zdolnością poznania, zdolnością komunikowania się z innymi, sumieniem, a ponadto położył oko swoje w ich sercu, aby im pokazać wielkość swoich dzieł (Syr 17,8). Zostaliśmy stworzeni w ten sposób, abyśmy mogli uczestniczyć w stwarzaniu nas samych, byśmy mieli wybór tego, kim będziemy. Bóg nie chce doprowadzić nas do pełni bez naszej zgody, bez naszego wyboru, bez naszego udziału w drugim etapie stworzenia, w którym obecnie jesteśmy.

Przykładem koronnym tego procesu poznania i wybierania własnej tożsamości jest przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Przy drodze leżał człowiek pobity na pół umarły. Obok przechodzili: kapłan, lewita i Samarytanin. Ten ostatni zobaczył pobitego:

wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go (Łk 10,33–34).

Dla Samarytanina sytuacja od razu niosła w sobie wezwanie do pomocy, mimo że poszkodowany nic nie mówił, o pomoc nie prosił, bo był pewnie nieprzytomny. Od razu pojawia się sens, logos, który domaga się z naszej strony odpowiedzi. W zależności od tego, jak na ten logos będący wezwaniem dla nas odpowiemy, stajemy się: czy bliźnim tego pobitego, czy obojętnymi, obcymi dla niego, tak jak to się stało z kapłanem i lewitą. Odpowiedź przez nas dana wynika z wewnętrznego dialogu w nas, dialogu, który streszcza się w zatroskaniu. W przypadku kapłana i lewity można je streścić w pytaniu: Co mogę stracić, gdy podejdę i pomogę? To jest pytanie od strony naszego ego, zatroskanego o siebie. Kiedy wybieramy zgodnie z jego lękiem, wzmacnia się nasz egocentryzm i stajemy się egoistami. Oczywiście dla usprawiedliwienia znajdziemy wiele racji, w których uzasadnieniu może nam pomóc odpowiednia ideologia i nawet religia. W przypadku kapłana i lewity usprawiedliwieniem mogła być myśl, że mogą zaciągnąć nieczystość i w związku z tym nie mogliby służyć w świątyni, do której zdążali. Jednak fakt pozostaje faktem: stali się egoistami i obcymi dla tego człowieka. Natomiast Samarytanin, który był klasycznym wrogiem Żydów, zareagował z wnętrza swojego sumienia. Jego reakcja wynikała z zatroskania o dobro drugiego: Co się tobie stanie, gdy ci nie pomogę?! „Wzruszył się głęboko”, jak pisze Ewangelista, i przez gest miłosierdzia stał się bliźnim pobitego. Zobaczył w tym człowieku drugie „ja” we wspólnym człowieczeństwie. W ten sposób przez szczery bezinteresowny dar z siebie, przez miłość nieobłudną rodzi się prawdziwe Ja. Kiedy jeszcze powiążemy ten gest miłosierdzia z wypowiedzią Pana Jezusa: Coście uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40), dotykamy niesamowitej głębi tego gestu: miłosierdzia wobec samego Chrystusa!

Jak widać, w naszych decyzjach najważniejsze nie jest to, co zrobimy, na ile jest to zgodne z prawem, zasadami itd., a także na ile jest to skuteczne, ale to kim się stajemy przez to, co zrobiliśmy! Fundamentalną sprawą jest nasza odpowiedź na logos, sens, który pojawia się w konkretnej sytuacji. Z odpowiedzi na wezwanie owego logosu rodzimy się jako bliźni lub jako obcy wobec samego Chrystusa, zamknięci w sobie. W tym momencie wybieramy życie, które jest komunią miłości albo śmierć, która jest osamotnieniem i zamknięciem we własnej pustce. Nieustannie toczy się w nas walka. Pytanie, co wybierać, jak wybierać, żeby wybierać życie? Okazuje się, że formalnie przeżywane prawa, nawet asceza, pobożność, modlitwy, ofiarność mogą być martwe. Św. Paweł pisze o tym jednoznacznie w Hymnie o miłości w 13. Rozdziale Listu do Koryntian:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadł wszelką wiedzę,
i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał –
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic mi nie pomoże (1 Kor 13,1–3).

Św. Paweł wymienia w tych wersetach najwyższe wartości religijne. Nawet one też mogą być wykorzystane przez Szatana i skończyć się jego tryumfem. Są tylko dwie rzeczy, których Szatan nie może wykorzystać i z którymi zawsze walczy: autentyczna więź z Bogiem i jedność w miłości z innymi ludźmi.

Bezwzględnie atakuje autentyczną modlitwę, czyli autentyczne spotkanie z Bogiem, które wyrasta z prawdziwego odkrycia misterium, które nas przerasta, a jednocześnie jest w nas i nie pozwala nam być w pełni zaspokojonymi tym, co osiągamy tu na ziemi. Jednocześnie to misterium jest źródłem naszej tożsamości, a tym samym poczucia własnej godności i odpowiedzialności, która nie pozwala nam postępować niesprawiedliwie. Bez autentycznej relacji z Bogiem ciągle pozostajemy na zewnątrz siebie pozbawieni własnej tożsamości, a przez to mało przytomni w życiu.

Walka w tym wymiarze w sposób szczególny ujawnia się podczas medytacji, gdy chcemy być tylko przed Bogiem i dla Niego. Okazuje się wówczas, że do głowy przychodzi nam tysiąc różnych pomysłów, różnych uczuć, wspomnień, wrażeń itd. Wszystkie one nas odciągają od obecności przed Bogiem. Okazuje się, że nie potrafimy być tak po prostu wobec misterium w pokoju i trwaniu. Doświadczamy wówczas, jak naprawdę jesteśmy w centrum duchowej walki.

Drugi kierunek ataku Złego odnosi się do naszych relacji z innymi. Podobnie bezwzględnie stara się on zniszczyć jedność między ludźmi. Mówiąc w kategoriach podanych wyżej, stara się nie dopuścić do spotkania ja–ty we wspólnocie „my”, czyli do czegoś, co jest dla każdego z nas jedyną szansą, żeby się stać sobą według Bożego zamysłu. Okazuje się, że bez problemu znajdujemy wiele racji i powodów, dla których możemy mieć „słuszne pretensje” do kogoś, bo nie jest taki, jaki powinien być, nie zrobił tego, co powinien lub po prostu zrobił coś niedopuszczalnego itd. W tej materii nie trzeba się bardzo wysilać, zawsze znajdziemy dostatecznie dużo racji, aby odciąć się od innych, czuć do nich niechęć, a nawet nienawiść. Trzeba pamiętać, że Szatan jest oskarżycielem braci (zob. Hi 1–2; Ap 12,10) i to on podsuwa nam wszystkie oskarżenia. Chodzi mu przede wszystkim o to, żeby nas osamotnić, żeby wzmacniać nasze ego i coraz bardziej zamykać w sobie w izolacji od innych. Budowanie jedności wymaga dużego wysiłku, a przede wszystkim wymaga zdecydowania, by mimo rozmaitych powodów trwać w jedności i wzajemnej miłości.

Systemy totalitarne działają dokładnie według zasad szatańskich. W nich widać wyraźnie atak na te dwa wymiary naszego życia: zachwiać poczucie własnej tożsamości zakorzenionej w Bogu i rozbić jedność między ludźmi. Kiedy ludzie są zatomizowani, to łatwo nimi manipulować i zastraszyć ich. Podobnie, gdy nie mamy zakorzenienia wewnątrz siebie, gdy brak nam poczucia własnej godności, łatwo nas zniszczyć. Musimy pamiętać, że duchowa walka dotyczy wpierw i przede wszystkim tych dwóch wymiarów naszego życia i toczy się w każdym z nas.

Dlatego te dwa wymiary są najważniejsze. Streszcza je podwójne przykazanie miłości. Sam Pan Jezus powiedział o nich, że są najważniejsze:

«Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?» On mu odpowiedział: «Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy» (Mt 22,36−40).

Autentyczna więź z Bogiem i autentyczna więź z bliźnimi są ze sobą bardzo mocno powiązane. Pisze o tym Św. Jan:

Umiłowani, miłujmy się wzajemnie,
ponieważ miłość jest z Boga,
a każdy, kto miłuje,
narodził się z Boga i zna Boga.
Kto nie miłuje, nie zna Boga,
bo Bóg jest miłością (1 J 4,7n).

Nieco dalej św. Jan dodaje, aby nikt nie miał żadnych wątpliwości:

Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawi­dził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi (1 J 4,20).

Podwójne przykazanie miłości: miłość Boga i bliźniego, trzeba niewątpliwie rozszerzyć o miłość siebie, gdyż bliźniego mamy kochać „jak siebie samego”. Nie można kochać bliźniego, gdy się nie kocha siebie, a miłość siebie wyrasta z uświadomienia sobie tego, że zostaliśmy obdarowani życiem i wszystkim, że sami dla siebie jesteśmy darem. Wynika zatem z odkrycia misterium naszego zakorzeniania w Bogu i pozytywnej odpowiedzi na to nasze zakorzenienie. Tą pozytywną odpowiedzią jest wdzięczność i miłość.

Nasza miłość w tych trzech wymiarach nie polega na emocjonalnym przeżywaniu, na duchowych uniesieniach, ale realizuje się konkretnych czynach, w praktyce, w życiu, w żywych relacjach. O miłość trzeba walczyć. Rozpoznaje się ją po owocach, a nie po deklaracjach, po mniemaniach, uniesieniach, intencjach. Św. Paweł w dalszej części hymnu o miłości wymienia je: łaskawość, cierpliwość, brak zazdrości, ufność, pokój, opanowanie, przebaczenie, ufna wierność, pokora (zob. 1 Kor 13,4–8). Dopiero takie owoce pokazują, czy idziemy drogą Bożą, czy nie. Bez odkrycia tajemnicy nieprawości nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, o co naprawdę w naszym życiu chodzi, czy przeżywamy je godnie, czy umiemy talenty, którymi zostaliśmy obdarowani, właściwie spożytkować, czy może w swoim zalęknieniu chowamy je (zob. Mt 25,24n), żyjemy jak egoiści i jesteśmy od początku martwi. Albo – albo.

Zarówno relacja do Boga, jak i więź z innymi wymagają z naszej strony nie tylko troski, ale zdecydowania i wysiłku, aby je budować. Miłość nie działa automatycznie, lecz wymaga pielęgnowania. Oczywiście na początku może być zafascynowanie, zakochanie, ale kiedy przychodzi szarość codzienności, to cichnie i pozostają przyziemne problemy, które trzeba przerastać. Budowanie jedności wymaga stałego wysiłku. O miłość trzeba walczyć. I tu się okazuje dopiero, czy rzeczywiście wybieramy miłość i życie, czy ulegamy tej fatalności ciała i jak mówi św. Paweł: robimy nie to, co chcemy, ale to, czego nienawidzimy. Życie jest walką i wymaga rozpoznania, a następnie zdecydowania woli. To musi być mocne zdecydowanie i nieustanny wysiłek, aby nie zostać zniszczonym, zmanipulowanym, zwiedzionym przez Złego. W tej dziedzinie Bóg nas obdarzył sumieniem.


Włodzimierz Zatorski OSB Dar wolności a tajemnica nieprawości Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Modlitwy do św. Scholastyki

Święta Scholastyka była bardzo silnie związana ze swoim bratem. Święty Grzegorz w „Dialogach” opisuje ich ostatnie spotkanie. Benedykt z nadejściem wieczoru chciał je przerwać i wrócić do  klasztoru – zgodnie z zasadami „Reguły”. Scholastyka, która nadal chciała rozmawiać z Benedyktem o sprawach Bożych, zaczęła gorąco się modlić, by Pan powstrzymał jej brata przed powrotem na Monte Cassino. Wówczas niebo pokryło się chmurami i rozpętała się burza, tak że Benedykt nie mógł powrócić na noc do klasztoru. Pozostał więc – choć wbrew sobie. Wyjaśniając przyczynę, dla której Bóg wysłuchał modlitwy Scholastyki, Grzegorz napisał: „Jest w tym głęboka sprawiedliwość, że więcej osiągnęła ta, która więcej kochała”. Kilka dni później Benedykt zobaczył duszę swej siostry, „ulatującą w postaci gołębicy w głębiny niebios”.

Hymn

Ciebie dzisiaj wysławiamy,
o Scholastyko, co w niebie
jako przykład niewinności
oraz łaski nam jaśniejesz.

Tyś naszego Prawodawcy
żyła duchem i nauką;
połączyły was na zawsze
wspólny grób i wspólna chwała.

Ciebie Chrystus jeszcze dzieckiem
dla miłości swojej zdobył:
dochowałaś Mu wierności,
całe życie Mu oddając.

Tą miłością rozpalona,
jej potęgą zajaśniałaś,
bo umiłowałaś bardziej
niż twój brat i nauczyciel.

Wreszcie jak gołąbka biała
uleciałaś na niebiosa,
bo tęskniłaś całe życie
za niebiańskim Oblubieńcem.

Pomóż teraz i nam także
tak przyjmować łaski Boże,
byśmy pośród sług Baranka
mogli śpiewać Jego chwałę. Amen.

Ant. Duch mój i serce moje * radośnie wołają do Boga żywego.

Psalm 84

Jak miłe są Twoje przybytki, *
Panie Zastępów!

Dusza moja stęskniona
pragnie przedsionków Pańskich, *
serce moje i ciało
radośnie wołają do Boga żywego.

Nawet wróbel znajduje swój dom,
a jaskółka gniazdo, †
gdzie złoży swe pisklęta: *
przy ołtarzach Twoich,
Panie Zastępów, Królu mój i Boże!

Szczęśliwi, którzy mieszkają
w domu Twoim, Panie, *
nieustannie wielbiąc Ciebie.

Szczęśliwi, których moc jest w Tobie, *
którzy zachowują ufność w swym sercu.

Przechodząc suchą doliną,
w źródła ją zamieniają, *
a wczesny deszcz
błogosławieństwem ją okryje.

Mocy im będzie przybywać, *
ujrzą na Syjonie Boga nad bogami.

Panie Zastępów, usłysz modlitwę moją, *
nakłoń ucho, Boże Jakuba.

Spójrz, Boże, tarczo nasza, *
wejrzyj na twarz Twojego pomazańca.

Doprawdy, dzień jeden
w przybytkach Twoich *
lepszy jest niż innych tysiące.

Wolę stać w progu mojego Boga *
niż mieszkać w namiotach grzeszników.

Bo Pan Bóg jest słońcem i tarczą, †
On hojnie darzy łaską i chwałą, *
nie odmawia dobrodziejstw
żyjącym nienagannie.

Panie Zastępów, *
szczęśliwy człowiek, który ufa Tobie!

Chwała Ojcu i Synowi, *
i Duchowi Świętemu.

Jak była na początku, teraz i zawsze, *
i na wieki wieków. Amen.

Ant. Duch mój i serce moje / radośnie wołają do Boga żywego.

Prośby:

Przez wstawiennictwo świętej Scholastyki módlmy się za Kościół katolicki, a zwłaszcza za kobiety. Chryste, przez męczennice, które siłą ducha pokonały słabość ciała, udziel swemu Kościołowi męstwa w doświadczeniach. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez święte dziewice, które umiłowały Ciebie jako jedynego Oblubieńca, spraw, aby nic nas nie odłączyło od Twojej miłości. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez kobiety zamężne, które żyjąc w świętym małżeństwie wzrastały w łasce, udziel swemu Kościołowi apostolskiej płodności. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez wdowy, które w modlitwie i gościnności znosiły i uświęcały swoją samotność, spraw, aby Kościół objawiał światu tajemnicę Twojej miłości. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez matki, które urodziły i wychowały dzieci dla Królestwa Bożego i ludzkiej społeczności, spraw, aby Twój Kościół zrodził wszystkich ludzi do życia wiecznego. Wysłuchaj nas, Panie.

Przez wszystkie kobiety, które zasłużyły na oglądanie blasku Twojego oblicza, daj wszystkim zmarłym Twego Kościoła udział w wiecznej radości. Wysłuchaj nas, Panie.

Ojcze nasz…

Modlitwa

Boże, dzięki Twojej łasce święta Scholastyka zajaśniała blaskiem niewinności, spraw, abyśmy przez życie wierne chrześcijańskiemu powołaniu, podobali się Tobie i mogli radować się Tobą w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.


Fragment z Modlitewnika benedyktyńskiego

Praktykuj modlitwę Jezusową!

Od 7 lipca rusza nowy sezon rekolekcji „Oddychać Imieniem. Modlitwa Jezusowa”. Jej wprowadzenie ma na celu lepsze zrozumienie zewnętrznych ram medytacji chrześcijańskiej, doświadczenie medytacji we wspólnocie oraz otwarcie się na doświadczenie medytacji każdego z uczestników rekolekcji.

Harmonogram spotkań 2017 / 2018:

Tygodniowe:

  • 16 – 20.08.2017

Weekendowe:

  • 7 – 9.07.2017
  • 1 – 3.09.2017
  • 20 – 22.10.2017
  • 17 – 19.11.2017
  • 1 – 3.12.2017
  • 5 – 7.01.2018
  • 16 – 18.02.2018
  • 9 – 11.03.2018
  • 13 – 15.04.2018
  • 4 – 6.05.2018
  • 1 – 3.06.2018

Program rekolekcji:

Piątek:

  • 16.00 – Wprowadzenie dla tych, co są po raz pierwszy na rekolekcjach
  • 17.00 – Nieszpory
  • 17.30 – Rozpoczęcie
  • 18.15 – Kolacja
  • 19.30 – Wigilie
  • 20.20 – Medytacja (20 min.)

Sobota:

  • 6.00 – Jutrznia
  • 6.30 – Msza Św. konwentualna
  • 7.30 – Śniadanie
  • 8.30 – Metanie (praktyka pokłonów)
  • Medytacja (20 min.)
  • Konferencja
  • Medytacja w ruchu
  • Medytacja (20 min.)
  • Czas wolny
  • 12.15 – Medytacja (25 min.)
  • 12.50 – Modlitwa południowa
  • 13.00 – Obiad, odpoczynek
  • 15.00 – Medytacja (25 min.)
  • Konferencja
  • Medytacja w ruchu
  • Medytacja (25 min.)
  • 17.00 – Nieszpory
  • 18.00 – Kolacja
  • 19.30 – Wigilie
  • 20.30 – Medytacja (20 min.)

Niedziela:

  • 6.20 – Metanie (praktyka pokłonów)
  • Medytacja (20 min.)
  • Medytacja w ruchu
  • Medytacja (20 min.)
  • 7.30 – Jutrznia
  • 8.00 – Śniadanie
  • 9.00 – Medytacja (2 x 25 min.)
  • 10.10 – Modlitwa przedpołudniowa
  • 10.30 – Msza Św. konwentualna
  • 12.00 – Ceremonia koła
  • 13.00 – Obiad

Zapisy i rezerwacje:

tel. (12) 688 5 450, rezerwacje@jg.benedyktyni.com

Rezerwacji prosimy dokonywać od poniedziałku do piątku w godzinach:

8:00 – 16:00


Materiały pomocnicze w praktyce modlitwy Jezusowej:

Modlitwa serca i mistyka serca

Przetransponowane na płaszczyznę duchową starożytne teorie medyczne i psychologiczne dotyczące serca wzbogaciły słownictwo biblijne. W ten sposób wypracowano „mistykę serca” cechującą całą tradycję duchową. Tradycja ta jest jednak sprzeczna z inną tradycją, która pod wpływem platonizmu i intelektualizmu neoplatońskiego usiłowała zawęzić psychiczną rolę serca do samej uczuciowości. Eliminowała tym samym posługiwanie się przenośnym znaczeniem słowa kardia, wprowadzonym do języka greckiego przez Septuagintę i Nowy Testament. Termin ten króluje natomiast w mistyce Pseudo-Dionizego. Wyraźne różnice między duchowością wschodnią a zachodnią zależą przede wszystkim od tego, w jakiej mierze tradycja ta wpływała na jej kształtowanie na Zachodzie i Wschodzie. Na łacińskim Zachodzie – przede wszyst­kim dzięki Wulgacie i autorom pozostającym pod silnym wpływem słownictwa biblijnego, takim jak św. Augustyn czy spadkobierca duchowości wschodniej Kasjan – szeroko stosowano słowo „serce”, tym bardziej, że łacińskie słowo cor już od starożytności klasycznej było podatniejsze na używanie go w znaczeniu przenośnym, niż jego grecki odpowiednik kardia.

Jednak te sposoby stosowania słowa „serce” pozostały na płaszczyźnie słownictwa i nigdy nie znalazły swego odbicia w prawdziwej koncepcji serca. Kiedy usystematyzowano ten temat, dokonano tego według psychologicznego schematu platońskiego, przyznając sercu dziedzinę afektywną i wolitywną. „Modlitwa serca” pokrywała się więc z modlitwą afektywną przeciwstawianą modlitwie dyskursywnej czy umysłowej. Jak się zdaje, na Wschodzie wyrażenie „modlitwa serca” nigdy nie zostało w ten sposób ograniczone. Jeżeli odróżniano niekiedy mo­dlitwę serca od modlitwy rozumu jako czystość serca i czystość umysłu, czyniono to, by podkreślić poziom, a nie naturę, gdyż umysł był „szczytowym punktem” serca. Taka mistyka serca pozostaje w zgodzie z teorią serca wypracowaną w wy­niku transpozycji starożytnych fizjologicznych i psychologicznych teorii dotyczących serca.

W tej perspektywie mistyki serca mieści się bizantyńska mistyka hezychazmu. Jednakże przeniesienie pojęcia „serce” na płaszczyznę duchową, tak oczywiste u Pseudo-Makarego, Diadocha, Hezychiusza i innych autorów chrześcijańskich okresu starożytnego, nie jest już tak wyraźne w traktatach hezychastycznych XIV w.:

Usiądź – mówi do swego ucznia mnich Nicefor w swej księdze O wstrzemięźliwości czyli straży serca – skoncentruj swój umysł (nous), wciągnij ten umysł w otwór nosa, przez który tchnienie (pneuma) wchodzi do serca; pchnij go, zmuszając, by z oddechem natchnionym przeniknął do twego serca.

Słowo „serce” nie oznacza tu wyłącznie rzeczywistości duchowej, ale także serce cielesne, którego narządem jest rozum. W hezychazmie istnieje technika duchowa, która nawiązuje do starożytnych teorii fizjologicznych i psychologicznych dotyczących serca zgodnie z ich transpozycją dokonaną wcześniej przez starożytnych autorów chrześcijańskich.


Antoine Guillaumont Pałacem Chrystusa jest serce. Szkice o modlitwie Jezusowej Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Poszukując doskonałości

Jakiś rodzaj poszukiwania doskonałości spotyka się prawie we wszystkich wielkich religiach, a jego jakość jest w naturalny sposób zależna od tego, jaką wartość mają te religie same w sobie. Mamy tu do czynienia z głębokim dążeniem ludzkiej duszy. Ciekawe jest śledzenie, w jaki sposób naturalny instynkt religijny i wymagania życia wspólnotowego przyczyniały się do tworzenia ram instytucjonalnych i zwyczajów odpowiadających temu pragnieniu doskonałości. Widać to wyraźnie, na przykład, u judejskich esseńczyków, co potwierdzają rękopisy odnalezione nad Morzem Martwym, czy także w klasztorach buddyjskich. Eremitów i cenobitów spotykamy również w religiach niewywodzących się z objawienia.

U początków chrześcijaństwa Pan Jezus położył nadprzyrodzone fundamenty życia religijnego z jego potrójnym ukierunkowaniem. Z nauczania Chrystusa można również wyprowadzić rozróżnienie na to, co jest przykazaniem, oraz na to, co jest radą. Pan dał nam to wszystko w celu osiągnięcia pełni – najintymniejszego zjednoczenia z Bogiem. Do takiej relacji z Nim skłania zresztą każdego chrześcijanina moc wypływająca z chrztu. Ale są też i tacy – uprzywilejowani przez łaskę, waleczni, oddani – których życie w pełni „religijne” zapewni w sposób łatwiejszy i pełniejszy realizację jedynego ideału chrześcijańskiego, przyczyniając się jednocześnie w większym stopniu do rozwoju i świętości Mistycznego Ciała Kościoła. Podkreślmy tu jednak dobitnie, że osobista doskonałość nie jest w sposób konieczny związana ze stanem życia mniszego ani też w ogóle ze stanem życia konsekrowanego.

Przez pierwsze trzy wieki wytworzenie zorganizowanego życia religijnego było trudne. Wystarczało wielkie świadectwo męczenników oraz przestrzeganie obserwancji (ascezy) surowszej od tej, którą praktykował ogół wiernych. Asceci, dziewice (niekiedy konsekrowane) i pobożne wdowy podtrzymywali ten płomień. Już wówczas konieczne było – w zależności od przypadków – pewne odosobnienie. Bez kategorycznego zerwania ze społeczeństwem, prowadząc zwykłe życie, odczuwali oni jednak potrzebę życia „osobnego”. Te uduchowione osoby były czasami nazywane filozofami, miłośnikami prawdziwej mądrości.

To, że przed św. Antonim byli asceci – mężczyźni i kobiety – którzy wycofywali się w samotność, aby oddać się Bogu, nie ulega wątpliwości. Ale – jak się wydaje – to oddalenie się od świata nie było konsekwentne. Całkowite i niejako oficjalne zerwanie ze światem byłoby czymś budzącym zdziwienie w otoczeniu pogańskim i tak już skłonnym do uznawania chrześcijan raczej za niebezpiecznych odszczepieńców, niż nieszkodliwych dziwaków. W czasach Orygenesa przy różnych okazjach drwiono i ostro krytykowano tych „nieużytecznych”, którzy pod pretekstem zajmowania się wyłącznie Bogiem nie robili nic i szukali wszelkiej okazji, aby oddawać się lenistwu. W Kościele już wtedy odróżniano „kontemplatyków” od ludzi prowadzących życie „aktywne”: czyż ten podział nie wynika z natury rzeczy?

Zadawano sobie pytanie – i historycy nadal je sobie zadają – jaki wpływ na początki monastycyzmu wywarły prześladowania; czy monastycyzm był szczególną formą kontynuacji męczeństwa. Badacz Louis T. Lefort wśród pierwszych eremitów widział „zdane na łaskę pustyni resztki uciekinierów z rzeszy chrześcijan, którzy zbiegli w góry przed prześladowaniami”. Czyż jednak z samotnością wynikającą z okoliczności nie mamy do czynienia tylko w odosobnionych przypadkach? Pierwotna asceza ujawniała pewne analogie z męczeństwem i jego całkowitym darem: mnisi i pisarze kościelni będą chętnie podkreślać tę bliskość.

Inne pytanie: kto jest „wynalazcą” właściwego życia pustelniczego? Według św. Hieronima był nim św. Paweł Pustelnik, a św. Antoni był tylko słynny (illustrator). Ale czyż jego Żywot świętego Pawła nie jest tylko pobożną opowieścią, dla której życie konkretnej osoby być może było tylko pretekstem?

Pewniejszym źródłem jest biografia św. Antoniego napisana w latach 357–365 przez biskupa aleksandryjskiego św. Atanazego, chociaż także i on dodawał to i owo od siebie, kreśląc obraz chrześcijanina doskonałego, idealnego mędrca, kogoś podobnego do „gnostyka” w nauce św. Klemensa Aleksandryjskiego. W tym czasie krążyły też już bez wątpienia anegdoty, sentencje, apoftegmaty – dokumenty bardzo cenne i pełne kolorytu – w których można znaleźć dosłownie wszystko: rzeczy wzniosłe i dziecinne, godne naśladowania i niemożliwe do praktykowania. Zbiór ten powiększa się wraz z upływem czasu.

Najbardziej wnikliwa analiza źródeł wskazuje, że patriarchą monastycyzmu był św. Antoni. Jego poczynania były – o ile można tak powiedzieć – najbardziej spektakularne, swoim przykładem pociągnął też rzeszę naśladowców. Dla zrozumienia zjawiska monastycyzmu konieczne jest stwierdzenie, że ruch ten rozpoczął się od osobistego pragnienia skupienia i samotności, które cechowało jego prekursorów. Po stracie rodziców w wieku osiemnastu czy dwudziestu lat Antoni wybrał się pewnego razu do kościoła, rozmyślając po drodze o tym, jak Apostołowie pozostawili wszystko, aby pójść za Jezusem, oraz o dobrowolnym wyrzeczeniu się bogactw przez pierwszych chrześcijan z Jerozolimy. Było to pierwsze wezwanie do przestrzegania rad ewangelicznych. Wszedłszy do kościoła, usłyszał fragment Ewangelii: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną! (Mt 19,21), który go poruszył. Dlaczego mielibyśmy podejrzewać św. Atanazego, że nieco podkolorował tę scenę powołania, której oddziaływanie będzie trwało aż do końca świata? Antoni – na długo przed św. Franciszkiem z Asyżu – oddaje sąsiadom swój niewielki majątek: sześć hektarów dobrej ziemi, jak mówi św. Atanazy – „żyznej i bardzo pięknej”; ruchomości rozdaje ubogim. Młodszą siostrę oddaje pod opiekę do domu konsekrowanych dziewic – wiemy zatem, że takie domy już wówczas istniały.

I tak stopniowo, ucząc się u boku doświadczonych ascetów – zauważmy, że tacy byli już wcześniej oraz że konieczność naśladowania mistrzów narzucała się od samych początków – Antoni rozsmakowuje się w samotności i zaczyna sam mierzyć się z „wielką pustynią”. Miał wówczas prawie trzydzieści pięć lat. To właśnie z niej i z jej wezwania wyrosło i rozkwitło życie monastyczne. Pustynia na zawsze powinna być jego znakiem. Antoni wkrótce boleśnie doświadczył, że nie spodobało się to demonowi. Ataki diabelskie wciąż trwają, choć w formach mniej odczuwalnych – gdyż pustynia jest jakby „wielkim murem” chroniącym monastycyzm, nienaruszalną klauzurą – claustra, jak powie św. Benedykt, pracownią, w której można bezpiecznie posługiwać się tym, co nazywa „narzędziami sztuki duchowej”. Do pełnej tajemnic pustyni egipskiej docierało się szybko. Tereny uprawne pomiędzy Nilem a Pustynią Libijską z jednej strony i Pustynią Arabską z drugiej miały szerokość zaledwie około dwunastu kilometrów, nawet od strony Pustyni Libijskiej, gdzie znajdowały się największe miasta. Pustynia Arabska zaczynała się miejscami nawet kilkaset metrów od rzeki. Można było zatem znaleźć się na pustyni w ciągu zaledwie kilku godzin.

Pustynia to obszar zalany intensywnym światłem, które sprawia, że wibruje powietrze, które przenika wszystko aż do największej głębi; to ziemia wielkiej ciszy, ogołocenia; to bezcenne ramy życia dla duszy pociągniętej obecnością, wszechmocą i wystarczalnością Pana. O tym, jak te okolice wyglądały, interesująco pisze Louis Bertrand w tekście Nad Nilem. Nie brakowało tam starych grobowców, starożytnych umocnień i budynków wojskowych, w których Antoni mógł znaleźć schronienie. Pierwsze porzucenie świata, które trwało około dwudziestu lat, w niczym nie naruszyło zdrowia, dobrego humoru i troskliwej miłości pustelnika do ludzi.


Dom Augustin Savaton OSB Wartości fundamentalne monastycyzmu Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Sentencje Ojców Pustyni

Myśl dobrze o tym, kto jest dobry z natury. I o każdym człowieku miej dobre myśli // Talazjusz z Libii

Nigdy nie rozpaczajmy, lecz przechodźmy przez życie będąc dobrej myśli, pamiętając o weselu i radości, jakie nam ono daje // Jan z Karpatos

Z całych swoich sił strzeż się, by nie upaść. Upadek nie przystoi bowiem temu, kto jest silny i walczy. Jeśli jednak to ci się zdarzy, natychmiast się podnieś i na nowo podejmij dobrą walkę // Jan z Karpatos

Wyciszenie ciała jest stanem uporządkowania zachowań oraz odpowiadających im odczuć. Wyciszenie duszy zaś to opanowanie myśli i niezmienna straż umysłu // św. Jan Klimak

Początkiem wewnętrznego pokoju jest oddalenie wszelkiego zamętu, który wprowadza zamieszanie w głębi duszy. Końcowy jego punkt zaś to wyzbycie się lęku w obliczu wszelkich zamętów i pozostawanie wśród nich niewzruszonym // św. Jan Klimak

Wyciszenie (hezychia), modlitwa, miłość i wstrzemięźliwość to czterokonny zaprzęg, który wprowadza umysł do nieba // Talazjusz z Libii

Zmiękcz ciało postem i czuwaniami, a odpędzisz swego kata – myśl o przyjemności // Talazjusz z Libii

Beznamiętność (apatheia) to brak skłonności do zła. Nie można tego osiągnąć bez miłosierdzia Chrystusa // Talazjusz z Libii

Dobre serce wydaje dobre myśli. Jaki bowiem jest skarbiec, takie i myśli // Talazjusz z Libii

Jeśli chcesz wyzwolić się od wszystkich namiętności naraz, podejmij wstrzemięźliwość, miłość i modlitwę // Talazjusz z Libii

Zamknij swe zmysły w twierdzy wyciszenia (hezychii), żeby nie wciągały duszy do swoich działań // Talazjusz z Libii

Usiłuj kochać każdego człowieka na równi, a oddalisz w ogóle wszelkie namiętności // Talazjusz z Libii

Modlitwa jak promień tryska z duszy i warg modlącego się, rozprasza mocą Bożą intelektualną truciznę wlaną przez wrogie siły do duszy // Orygenes

Szatan pomniejsza drobne uchybienia, bo tylko w ten sposób może poprowadzić do większego zła // Św. Marek Eremita

Nie chciej słuchać o podłościach innych ludzi, bo przez takie pragnienie przenikają do ciebie rysy tych podłości // Św. Marek Eremita

Jest więc rzeczą stwierdzoną, że nieznajomość nauk nikogo nie wyklucza z osiągnięcia doskonałości oraz że brak wykształcenia nie stanowi przeszkody dla uzyskania czystości serca i duszy // Św. Jan Kasjan

Wiara rodzi się z trudu i prostoty serca. Trud buduje wiarę, prostota zaś czyni ją stałą // św. Jan Klimak

Co jest dobrego poza Bogiem? Pozostawmy Mu więc wszystko, co nas dotyczy, a naprawdę będzie nam dobrze. Kto bowiem jest dobry, obdarza dobrem także innych // Ewagriusz z Pontu


Szymon Hiżycki OSB, Jacek Zelek Jak żyć według Ojców Pustyni? Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

„Przebaczyć Bogu”, „przebaczyć sobie”. Odwaga wypowiedzenia swoich żalów

Brak przebaczenia ma swoje źródło w głębokiej wewnętrznej pretensji, żalu, że nie dzieje się tak, jak „powinno”, jak tego oczekuję, że nie otrzymuję tego, co „powinienem” otrzymać, że cierpię, a życie przecież powinno być radością. Pretensja do konkretnych osób, jaka się rodzi w sercu, w istocie jest przejawem fundamentalnego żalu do samego życia, a właściwie do Boga, który to życie nam dał. Zazwyczaj nie dochodzimy świadomie do tej zasadniczej pretensji, zamykając się w konkretnym zranieniu przez kogoś. Odsłonięcie fundamentalnej pretensji budzi bowiem przerażenie, wstrząsa samymi podstawami naszej egzystencji. Zamknięcie się w konkretnej urazie jest łatwiejsze, a nawet jest dla nas wygodne, bo stwarza nam wewnętrzne usprawiedliwienie: oto jesteśmy pokrzywdzeni, jesteśmy „cier­pią­cymi sprawiedliwymi”, jest to zatem ro­dzaj ucieczki od prawdy.

Problem przebaczenia paradoksalnie wiąże się z koniecznością odkrycia w sobie i wypowiedzenia wszystkich złych myśli i uczuć, jakie w sobie nosimy. Zwykle spychamy je w nie­świadomość, staramy się je stłumić, zaprzeczyć im, bo odsłaniają w nas mroki naszego serca. Walka z rodzącymi się pretensjami na zasadzie spychania ich w nieświadomość, pociąga za sobą jednocześnie wybór siebie jako tego, który „jest porządny, nieskalany takim brudem”. Tym samym jednak jest to wybór „ja” idealnego – wyobrażenia o sobie i próba utrzymywania życia na tej iluzyjnej płaszczyźnie. W tym punkcie dotykamy chyba jednego z naj­trudniejszych wewnętrznych problemów, przed jakim każdy z nas stoi: swojej autentyczności. Żeby przebaczyć prawdziwie i osta­tecznie, przebaczyć z serca (por. Mt 18,35), trzeba, co stanowi przedziwny paradoks, dopuścić do swojej świadomości osobiste pretensje i żal, czyli cały egzystencjalny ból zranienia w jego pełnym wymiarze i stanąć w nim wobec prawdy. To stanowi zasadniczą treść Księgi Hioba, wspaniałego poematu o spo­rze człowieka z Bogiem.

Po epoce prorockiej, kiedy powstawał ten poemat, dla Żydów Bóg był jednoznacznie dobry, a nawet był źródłem wszelkiego dobra. Takiego Boga głoszą psalmy. Powtarza się w nich jak refren werset: Wysławiajcie Pana, bo dobry, bo łaska Jego na wieki (Ps 118,29). Jego dobroć głoszą prorocy nawet w najtrudniejszych dla narodu chwilach, jak np. Jeremiasz: Wychwalajmy Pana Zastępów, bo dobry jest Pan, bo łaska Jego na wieki (Jr 33,11). O Jego dobroci mówią nawet Lamentacje napisane po upadku Jerozolimy: Dobry jest Pan dla ufnych, dla duszy, która Go szuka (Lm 3,25). Jego dobroć dla wyznawców jest niezawodna: Dobry jest Pan, On obroną w dniu niedoli; zna tych, którzy Mu ufają (Na 1,7). Ten obraz niepodważalnej dobroci Boga zostaje w poemacie o cierpiącym słudze Bożym Hiobie skonfrontowany z jego prawdziwym nieszczęściem i cierpieniem.

Dopiero cierpienie i głębokie przeżycie za­wodu z powodu braku realizacji naszego pragnienia, załamanie się oczekiwań w wymia­rze ostatecznym, pozwala poruszyć najgłębsze pokłady naszej duszy. W sporze ze swymi przyjaciółmi Hiob przemawia z zupełnie innej płaszczyzny egzystencjalnej. Przyjaciele, obrońcy Boga, uznając za całą tradycją religijną niepodważalność dobroci Boga, wnioskują, że nie czyni On człowiekowi niczego złego bez przyczyny, zatem Hiob musi poszukać w sobie winy, wyznać ją Bogu i prosić o darowanie jej, a wówczas otrzyma od Niego ponownie błogosławieństwo. To rozumowanie jest logiczne, ale nie wychodzi z e­gzy­stencjalnego doświadczenia, lecz z przy­ję­tych założeń i będąc nawet formalnie słuszne, nie dotyka żywej prawdy. Bowiem takie poznanie wynikające z rozumowania pozostaje zewnę­trzne, nie przenika serca.

Pretensje i żale każdy z nas w sobie nosi. Jedni obnoszą się z nimi, budując na nich swoją „sprawiedliwość”, inni, często ci „szla­chet­niejsi”, tłumią je w sobie, starając się za wszelką cenę być dobrymi dla wszystkich, wszystko pozytywnie przyjmować, a o Bogu niewzruszenie myśleć pozytywnie. W zakresie samej doktryny czy moralności jest to słuszne postępowanie, ale jeżeli naprawdę chodzi o o­so­bowe spotkanie, wtedy to nie wystarczy.

Podobnie w małżeństwie (w Biblii często jest ono obrazem więzi Boga z człowiekiem) nie wystarczy uparte założenie, że współmałżonek jest dobry i pragnie dla nas dobra. Niewątpliwie takie założenie pomaga w utrzy­mywaniu właściwej relacji, ale nie wystarczy. Trzeba niejako „dotknąć serca”, poznać i roz­wiązać wszelkie problemy i konflikty nie tylko moralne, ale także emocjonalne i duchowe. Tylko wtedy może nastąpić autentyczna, żywa więź. W relacji do Boga też nie chodzi jedynie o moralną uczciwość, ale o pełne zjed­noczenie w sercu. Dlatego tłumione w ser­cu żale i pretensje powinny zostać z Nim skonfrontowane.

W relacji: pan – sługa czy bardziej dzisiaj zrozumiałej: szef – podwładny, wystarczy uczciwość moralna, rzetelność w wykonywaniu swoich obowiązków ze strony pracownika, a ze strony szefa sprawiedliwe potraktowanie. W takiej tonacji opisuje relację do Boga przyjaciel Hioba, Bildad:

Jeśli do Boga się zwrócisz,
i błagać będziesz Wszechmocnego,
jeśliś jest czysty, niewinny,
to On zaraz czuwać będzie nad tobą,
uczciwy twój dom odbuduje.
I choć był skromny u ciebie początek,
to koniec będzie wspaniały (8,5–7).

Jeżeli rzeczywiście taki jest model relacji Boga do człowieka, to ze względu na fakt, że Bóg jest Stwórcą i absolutnym władcą, nie mo­że być mowy o jakiejkolwiek pretensji ze strony człowieka, nigdy nie będzie on miał racji.

Spotkanie z Bogiem wyłącznie na płaszczyźnie: Bóg (Stwórca, Pan, Władca) – człowiek (stwo­rze­nie, sługa, niewolnik) skłania, a właściwe zmusza człowieka do postawy uległości i czci bez jednoczesnego dotknięcia całej prawdy swego serca. Wówczas człowiek może przeżywać swoją relację jedynie w kategoriach spełniania stawianych mu wymagań, z jednoczesnym poczuciem swojej naturalnej słabości i bra­ku jakichkolwiek szans wygrania w konfrontacji z Bogiem-Stwórcą. Taka konfrontacja z góry jest przegrana:

Ja wiem, że tak jest.
Jak człowiek może być przed Bogiem prawy?
Gdyby się ktoś z Nim prawował,
nie odpowie raz jeden na tysiąc.
Umysłem mądry, a potężny mocą.
Któż Mu się sprzeciwi, a ocaleje?
Przesunie On góry, choć one nie wiedzą,
kto je wywraca w swym gniewie.
On ziemię porusza w posadach,
tai iż się trzęsą jej filary.
Słońcu daj rozkaz, a ono nie wschodzi,
na gwiazdy pieczęć nakłada.
On sam rozciąga niebiosa,
kroczy po morskich głębinach;
On stworzył Niedźwiedzicę, Oriona,
Plejady i Strefy Południa.
On czyni cuda niezbadane,
nikt nie zliczy Jego dziwów.
Oto przechodzi, ale Go nie widzę,
mija, ale Go nie dostrzegam.
Porywa – któż Mu zabroni?
Kto Mu powie: Co czynisz?
Bóg gniewu swego nie cofa,
ugięli się przed Nim pomocnicy Rahaba.
Jakże ja zdołam z Nim mówić?
Jakich dobiorę słów wobec Niego?
Choć słuszność mam,
nie odpowiem,
a przecież błagać będę o litość
.

Jeśli zawołam, czy mi odpowie?
Nie mam pewności, że czy głos mój słyszy.
On, który w burzy na mnie naciera,
bez przyczyny mnoży moje rany.
Nawet odetchnąć mi nie da,
tak mnie napełni goryczą.
O siłę chodzi? To mocarz.
O sąd? To kto mnie pozwie?
Choć jestem prawy, usta mnie potępią,
chociaż bez skazy, winnym mnie uznają.
Czy jestem bez skazy? Nie znam sam siebie,
odrzucam swe życie
(Hi 9,2–21).

Jeżeli relację do Boga odczuwa się w kategoriach siły i sądu, wówczas zrozumiałe stają się dalsze słowa Hioba:

Na jedno wychodzi, więc rzekłem:
Prawego z występnym On zniszczy.
Gdy nagła plaga zabija,
z klęski niewinnych On szydzi.
Ziemia wydana w ręce grzesznika,
jej sędziom zakrywa On oblicza.
Jeśli nie On – to kto właściwie? (Hi 9,22–24).

Ten tekst przypomina w swojej tonacji Księ­gę Koheleta, smutnego mędrca Starego Testamentu, który właściwie nie widzi jakiejś istotnej nadziei: marność nad marnościami – wszystko jest marnością (Koh 1,2). Wszelki wysiłek człowieka wydaje się daremny, gdyż i tak wszystko rozpada się i nic trwałego nie pozostaje. Człowiek w istocie pozostaje samotny, stojąc przed Bogiem, który nie odpowiada na ludzkie wołanie i jawi mu się jako całkowicie obojętny. Łatwo wówczas uciec w samousprawiedliwienie, w dramat swojej bezsilności:

Jeśli jestem grzesznikiem,
po cóż na próżno się trudzę?
Choćbym się w śniegu wykąpał,
a ługiem umył swe ręce;
umieścisz mnie tam, na dole.
Brzydzić się będą mną szaty (Hi 9,29–31).

Usprawiedliwianie siebie przez słabość jest bardzo charakterystyczną i często spotykaną ucieczką w relacjach między ludźmi. W odniesieniu do Boga jest to łatwiejsze

bo On nie człowiek, by Mu odpowiedzieć:
Razem się udajmy do sądu!
Czy jest między nami rozjemca,
co rękę położy na obu?
Niech zdejmie ze mnie swą rózgę
i strachem mnie nie napełnia,
bym mówić zdołał bez lęku.
Skoro tak nie jest, zostaję sam z sobą
(Hi 9,32–35).

Wydaje się, że w jakimś subiektywnym po­czuciu „sprawiedliwości” człowiek ulega brutalnej sile, w konfrontacji z Absolutem zawsze musi przegrać, choć słuszność ma (zob. Hi 9,15). Otóż to poczucie „słuszności” wobec potęgi Boga stanowi podstawę fundamentalnego zamknięcia się na spotkanie z Nim i głęboko skrytej w nas „słusznej pretensji do Niego” (por. Jon 4,9). Bez skonfrontowania się z tą pretensją i jej podstawą, zawsze, nawet przy największej uległości, nasza relacja do Pana Boga będzie zewnętrzna, nie zajdzie prawdziwe spotkanie osobowe, które może doprowadzić do komunii osób.


Włodzimierz Zatorski OSB Przebaczenie Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Przyjrzyjmy się naszej wierze…

Spotykamy się dzisiaj z dziwnym zestawieniem. Z jednej strony – Miłosierdzie Boże, które najbardziej się okazuje w odpuszczeniu grzechów, a z drugiej – niewiara apostoła Tomasza, który akurat nie był obecny, gdy Jezus  stanął wśród apostołów i powiedział im: Którym grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Czy można się dziwić Tomaszowi? Wiedział, co się stało z Jezusem w Wielki Piątek i chociaż był świadkiem wskrzeszenia Łazarza, nie mógł sobie wyobrazić, by Człowiek tak zmaltretowany i zabity, jak Jezus, mógł znów być żyjący. No ale zobaczył. Dotknął. I wtedy uwierzył. Może nie myślimy w tej chwili o tym, ale Jezus zaraz potem właśnie do nas się zwrócił ze słowami; Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli!

Przyjrzyjmy się naszej wierze… Czy widzieliśmy coś takiego, co sprawiło, że wierzymy? Może przykład wierzących Rodziców? Może jakaś uroczystość kościelna, czy jeszcze coś innego? A może Pan Bóg wpłynął na nas bezpośrednio.

Po prostu jakby nie wiadomo skąd staliśmy się ludźmi wierzącymi? Każdy z nas ma swoją własną drogę do wiary. A każda z tych dróg ma ten sam początek: łaskę sakramentu chrztu świętego otrzymanego najczęściej w dzieciństwie. A i dzisiaj wspiera nas miłosierny Jezus cudami: cuda eucharystyczne w Sokółce i w Legnicy….  A cały Światowy Dzień Młodzieży? Pozostaje nam jeszcze temat: nasze życie z wiary. Ale to już temat osobistego zastanowienia się  i – zaufania Bożemu Miłosierdziu…


Więcej felietonów ojca Leona Knabita OSB znajdziecie w książce Przestań narzekać, zacznij żyć (część 1 i 2) Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Sięgaj do źródeł [cz.5]

Wróciliśmy z Targów Wydawców Katolickich z Warszawy, gdzie dużym zainteresowaniem cieszyła się premiera najnowszego i ostatniego tomu „Rozmów z Ojcami” św. Jana Kasjana. Dzisiaj przesyłamy kolejną porcję „Źródeł monastycznych”:

 

Moralia, tom 1

Moralia powstały w okresie pobytu Grzegorza w Konstantynopolu. W dedykacyjnym liście do Lean­dra, biskupa Sewilli, którego poznał w Konstantynopo­lu, nasz autor wyjaśnia okoliczności powstania dzie­ła. Po wyświęceniu na diakona przez Benedykta I lub Pelagiusza II zostaje wysłany na Wschód. God­ność kościelna ma usprawnić przebywanie w ziemskich pałacach. Udało się za nim wielu jego konfra­trów z rzymskiego klasztoru, którzy tworząc nową wspól­notę staną się zapleczem duchowym i oparciem dla Grzegorza w latach pobytu na obczyźnie. Do wspól­nych ćwiczeń klasztornych należała lektura du­cho­wa. W ramach tej praktyki, na prośbę współbraci oraz biskupa Leandra, Grzegorz podjął się wykładu Księ­gi Hioba. Pierwsze wersety wyłożył w formie otwar­­tych nauk dla wszystkich, kolejne – podyktował na sposób wykładu. Całość przejrzał, poprawił i ujął w strukturę trzydziestu pięciu ksiąg, które podzielił na sześć części. Grzegorz, rozważając doświadczenia Hio­ba w monastycznej wspólnocie, nie traktuje ich je­dynie teoretycznie. Dyktując kolejne księgi, coraz lepiej uświadamia sobie na podstawie własnych dole­gli­wości, co to jest próba cierpienia. Skarży się na dotkli­wy ból żołądka i chroniczną gorączkę, uznając te przy­padłości za zamierzone przez Boga – jak pisze: abym jako człowiek cierpiący tłumaczył cierpiącego Hioba i dzięki tym ciosom lepiej rozumiał myśl człowieka dręczonego ciosami.


Reguła Mistrza. Reguła św. Benedykta

Anonimowe dzieło, które co najmniej od IX w. Na­zywane było Regułą Mistrza (Regula Magistri), to sta­rożytny zbiór praw monastycznych, z wielu względów niezwykły.

Po pierwsze, z powodu zupełnie wyjątkowej dłu­gości. Wydanie in-folio, pod red. M. Brockie’ego, zaj­muje 66 stron, czyli trzy razy więcej niż Reguła św. Benedykta, która sama jest już dwa razy dłuższa niż większość starożytnych reguł zgromadzonych w Co­dex Regularum Benedykta z Aniane.

Inną charakterystyczną cechą tego dzieła, która nadała mu nazwę, jest układ rozdziałów w formie pytań i odpowiedzi: po sformułowaniu „Pytanie uczniów” (Interrogatio discipulorum), które stanowi tytuł każ­dego rozdziału, następuje część „Pan odpowiedział po­przez Mistrza” (Respondit Dominus per magistrum), stanowiąca treść rozdziału.

Układ w formie dialogu nie jest zupełnym wy­jąt­kiem w zbiorze dawnych reguł: już Reguła św. Bazylego, przełożona na łacinę przez Rufina, wpro­wa­dza­ła podział na 203 części tego typu (Interrogationes et Responsiones). Jednak Mistrz łamie tę konwencję, stosując ją w sposób niekonsekwentny: w wielu miejs­cach, zwłaszcza pod koniec tekstu, starożytne rękopisy zawierają zwykłe tytuły rozdziałów, bez okre­ślenia „Pytanie”, czy też „Odpowiedź”.

Kolejną cechą, która przybliża dzieło Mistrza do Reguły Bazylego, jest rozmiar obu tekstów. Dzieło Bazylego zawiera 42 strony in-folio i pod względem długości ustępuje jedynie Regule Mistrza, której liczba stron wynosi 66. Koncepcja Mistrza, by jeszcze bardziej rozwinąć własną legislację, jak również nadać jej formę dialogu, powstała prawdopodobnie w trakcie lektury tekstu Bazylego.


Moralia, tom 2

Nasz autor napisał komentarz do Księgi Hioba w opar­­ciu o znaną koncepcję potrójnego znaczenia tekstu biblijnego, to jest historycznego (historia), typo­lo­gicznego (significatio typica) i moralnego (morali­tas). W pierwszym znaczeniu ujmuje się rzeczy w sen­sie dosłownym – tak, jak nam przekazuje sam tekst. W drugim znaczeniu traktuje się je jako figurę, sym­bol innej rzeczywistości. W trzecim znaczeniu, któ­re podobnie jak drugie można nazwać alegorycz­nym, dokonuje się zastosowania danego tekstu do prak­­tyki ascetycznej czy moralnej życia. W pierwszych księ­gach Grzegorz trzymał się tej trójaspektowej interpretacji, rozpatrując rozdziały natchnionej księgi kolejno w każdym z tych trzech aspektów.

Uszanowawszy prawdę historii, postanowiłem rozważyć słowa błogosławionego Hioba i jego przyjaciół w senesie mistycznym. Dla wszystkich, którzy mają właściwą znajomość rzeczy, jest jasne, że Pismo Święte stara się we wszystkich swoich przekazach zapowiedzieć Zbawiciela świata, jak też starało się pokazać Jego obraz poprzez wszystkich wybranych, będących jakby członkami Jego ciała.


Historia mnichów w Egipcie

Historia mnichów w Egipcie, jeden z najważniejszych utworów opowiadających o egipskich mnichach, powstała u schyłku IV w., a więc w czasach, gdy monastycyzm egipski fascynował religijne elity całego chrześcijańskiego świata. Ich przedstawiciele odwiedzali wspólnoty ascetyczne Egiptu szukając wzorów, które dałyby się wprowadzić w ich własnych krajach. Także ci, którzy dalecy byli od myśli o podjęciu monastycznego życia krążyli między klasztorami i eremami z ciekawości, a nie była to wyłącznie ciekawość pusta: chcieli się zbliżyć fizycznie do ludzi świętych, uzyskać od nich błogosławieństwo, przeżyć dreszcz świętej zgrozy w kontakcie z ich religijną mocą.

Asceci obojga płci obecni byli w życiu Kościoła od początku jego istnienia, traktowani z wielkim respektem, odgrywali ważną rolę we wszystkich gminach, do których należeli. Swoją ascezę wyrażali w gorliwej modlitwie i recytacji wersetów Pisma Świętego. Niekiedy (jeśli mieli czas i odpowiednie przygotowanie) sięgali po dzieła chrześcijańskich myślicieli. Narzucali sobie surowy tryb życia: pościli, niewiele spali, rezygnowali z kąpieli, delikatnych szat. Pozostawali w stanie bezżennym bądź przestawali utrzymywać stosunki seksualne ze współmałżonkami. Mieszkali dalej w do­mu rodzinnym, kontynuowali swe zajęcia gospodarcze (rzemiosło, pracę na roli, kierowanie gospodarstwem itd.), uczęszczali do miejscowego kościoła na nabożeństwa, spotykali się z bliskimi i znajomymi. Niekiedy asceci tacy, zwłaszcza ascetki, łączyli się w niewielkie grupy, zazwyczaj jednak żyli w otaczającej ich gromadzie zwykłych zjadaczy chleba. Nurt ascetyczny miał liczący się dorobek dogmatyczny i literacki, stanowi on część skarbnicy pism starożytnego chrześcijaństwa.

Pod koniec III w. jednak wewnątrz ascetycznego świata narodził się nurt o charakterze odmiennym; przywykliśmy go nazywać monastycyzmem (w starożytności nie istniał ani ten, ani żaden inny termin dla określenia zjawiska, dla nas jest ważne tylko to, że ono istniało). Obok ascetów pojawili się mnisi.


Moralia, tom 3

Nasz autor napisał komentarz do Księgi Hioba w opar­­ciu o znaną koncepcję potrójnego znaczenia tekstu biblijnego, to jest historycznego (historia), typo­lo­gicznego (significatio typica) i moralnego (morali­tas). W pierwszym znaczeniu ujmuje się rzeczy w sen­sie dosłownym – tak, jak nam przekazuje sam tekst. W drugim znaczeniu traktuje się je jako figurę, sym­bol innej rzeczywistości. W trzecim znaczeniu, któ­re podobnie jak drugie można nazwać alegorycz­nym, dokonuje się zastosowania danego tekstu do prak­­tyki ascetycznej czy moralnej życia. W pierwszych księ­gach Grzegorz trzymał się tej trójaspektowej interpretacji, rozpatrując rozdziały natchnionej księgi kolejno w każdym z tych trzech aspektów.

Łatwo gardzić bogactwami, gdy się je posiada; trudno zaś uważać je za marność, gdy się ich nie ma. Jasno stąd widać, jak wielka była w świadomości Hioba pogarda dla dóbr doczesnych, skoro wtedy, gdy wszystko stracił, powiedział, że to, w co opływają niegodziwi, jest niczym. Powiedział więc: Pełne są przybytki zbójców i zuchwale prowokują Boga, gdyż często niegodziwi tym bardziej przeciw Bogu pychą się unoszą, im szczodrzej Jego hojność ubogaca ich wbrew temu, na co zasługują. Tak więc ci, których bogactwa powinny były zachęcać do dobrego, z powodu darów stają się gorsi.


W najbliższym czasie pojawią się kolejne odcinki. Jeżeli chcesz być na bieżąco, dołącz do naszych fanów na Facebooku lub zapisz się do newslettera nowości wydawniczych.

Sięgaj do źródeł [cz.4]

W najbliższych dniach odbędzie się premiera ostatniego, 3. tomu „Rozmów z Ojcami” św. Jana Kasjana. W naszej księgarni ukaże się też wyciąg z najnowszego woluminu „Źródeł monastycznych” pod tytułem „O grzechu i pokucie”, czyli rozmowy XX i XXIII.

A teraz, tradycyjnie zestawienie kolejnych pięciu tomów z serii „Źródła monastyczne”.

 

Księga reguły pasterskiej

Księga reguły pasterskiej, dzieło, które chcemy przypomnieć Czytelnikom polskim, szczególnie zaś ka­płanom i klerykom, stanowi jeden z najważniejszych utworów dotyczących kapłaństwa powstałych w okresie patrystycznym. Wraz z dialogiem O kapłaństwie Jana Chryzostoma oraz Mową II Grzegorza z Nazjanzu, wpłynęła ona na utworzenie się modelu zarówno kapłana, jak i biskupa w chrześcijaństwie, szczególnie na Zachodzie. Te trzy utwory stanowią klasyczny kanon dzieł o kapłaństwie pochodzących z epoki patrystycznej. Księgę Reguły Pasterskiej pisze Grzegorz – podobnie jak i dwaj inni Ojcowie – do biskupów, ale formułuje program praktyczno-ascetyczny nie ograniczający się bynajmniej tylko do bi­skupa. Ten zaś – dodajmy – zarówno w świecie staro­żytnym, jak i na początku średniowiecza, czyli w cza­sach Grzegorza, spełniał w swojej niewielkiej diecezji – zbliżonej wielkością do dzisiejszej większej parafii – rolę mniej więcej taką, jaką dziś spełnia w pa­­­rafii proboszcz.
 


 

Strumień światła Boskości, tom 1

Mistyczne przeżycia Mechtyldy z Magdeburga (ok. 1207 – ok. 1294), prawie zapomnianej wielkiej mistyczki niemieckiej z XIII wieku, spisane na polecenie spowiednika. Jej mistyka wyrasta z głębokiego przekonania o naturalnej przynależności do Boga, który jako Trójca Osób jest Miłością i Oblubieńcem.

Centralnym tematem dzieła Mechtyldy jest głębokie przekonanie, oparte na doświadczeniach mistycznych, o swej naturalnej przynależności do Boga. W ten sposób wnosi ona swój wkład w rozwój doktryny o człowieku jako obrazie Bożym.

„Bóg dał wszystkim stworzeniom to, aby żyły według swojej natury. Jak mogłabym zatem opierać się mojej naturze? Muszę z dala od wszystkich rzeczy iść do Boga, który z natury jest moim Ojcem, moim Bratem według swego człowieczeństwa, moim Oblubieńcem w miłości, a ja Jego oblubienicą” (I,44).

 


 

Strumień światła Boskości, tom 2

„Jego Bóstwo nie będzie mi nigdy tak obce, abym nie mogła go zawsze i swobodnie objąć wszystkimi moimi członkami, i dlatego nigdy nie ostygła (w miłości)” (II,12).

Poprzez symbole płomienia, światła, ciepła i rosy Mechtylda ukazuje w jaki sposób spotykają się pragnienia duszy i Boga. Dusza wyszła z Serca Bożego i powinna tam ponownie wrócić (V,22). Ona nie zadowoli się blaskiem aniołów, gdyż jej istotą jest szlachetne pragnienie i nienasycone pożądanie, które może zaspokoić tylko sam Bóg (por. I,44).

Dzieło Mechtyldy stanowi też jakby pierwsze zręby kultu Serca Bożego, który rozwinął się następnie w całym Kościele, zwłaszcza pod wpływem objawień udzielonych św. Małgorzacie Marii Alacoque. Jest tam też wiele elementów z innych form pobożności: zachęty do rozważania Męki Pańskiej, teksty o nieskończonym miłosierdziu Bożym, formy modlitwy za dusze czyśćcowe, kult Maryi i świętych.

Żywimy przeto nadzieję, że przetłumaczenie i wydanie tego dzieła przyniesie duchowy pożytek także wielu osobom wierzącym w naszym kraju, zwłaszcza osobom poświęconym Bogu i tym, które systematycznie rozwijają i pielęgnują swoją więź z Bogiem.
 


 

Żywot. Pisma ascetyczne

W wydawanym przez nas tomie zgromadziliśmy teksty dotyczące świętego Antoniego Pustelnika. Zebraliśmy je tutaj z trzech przy­najmniej powodów. Chcieliśmy, aby czytelnik mógł poznać tę fascynującą postać, która odegrała tak ważną rolę w dziejach ruchu monastycznego, zobaczyć ją na tle kraju i epoki, pojąć sens przełomu, który zapoczątkowała. Utwory te umożliwią także spojrzenie na Antoniego oczyma ludzi następ­nych pokoleń i wieków, przekształcających obraz Świętego wedle własnych potrzeb i poglądów. Pokazują również, jak rozwijało się dzieło Antoniego i jakie wydało owoce. Wreszcie lektura zgromadzonych tu utworów otwiera przed polskim czytelnikiem możliwość poznania dzieł specyficznej literatury, tworzonej w środowiskach ascetycznych u schyłku starożytności. Ich swoiste piękno, refleksja nad ludzką natu­rą i drogą, która prowadzi do Boga, nie są bynajmniej obo­jętne człowiekowi współczesnemu.

Najważniejszym i najbogatszym świadectwem o An­to­­nim jest jego Żywot, dlatego umieściliśmy go na początku. Wyszedł on spod pióra jednego z najwybitniejszych lu­dzi Kościoła IV wieku. Atanazy, urodzony ok. 296 roku, bi­skup Aleksandrii w latach 326–373, był czołowym protagonistą kontrowersji ariańskiej, w której bronił w sposób konsekwentny stanowiska sfor­mułowanego na Soborze Nicejskim. Jego dorobek literacki w postaci pism polemicznych i doktry­nalnych miał wielkie znaczenie w procesie formowania się nauki Ko­ścioła.
 


 

Pisma ascetyczne, tom 2

Mnich z Pontu, tworząc pewien system, doktrynę ascezy, był teologiem ex professo. Schematyzm jego nauki niekiedy działa zniechęcająco na tych, których fascynuje niepowtarzalność drogi każdego człowieka do świętości. Znajdujemy tu z pewnością ślady greckiego, intelektualnego spojrzenia na świat i ludzką naturę. Fascynacja doktryną Ewagriusza jeszcze dzisiaj może być wyrazem pewnego snobizmu. Jednak był on bodajże pierwszym, który ujął w spójny system całą dziedzinę życia duchowego i ascezy. Chociaż jego program ukształtowały konkretne potrzeby środowiska pustelniczego, to jednak w jego nauce, choćby w temacie ascezy myśli, wszyscy możemy znaleźć wiele dla siebie.

Po sześciu latach od wydania pierwszego tomu Pism ascetycznych udało się, przede wszystkim dzięki pracom tłumaczy, przygotować kolejny tom dzieł Ewagriusza. W ten sposób dysponujemy obecnie przekładem całego zbioru pism ascetycznych pontyjskiego mnicha. Do przetłumaczenia pozostały jeszcze tylko pisma o charakterze spekulatywnym (Kephalaia gnostica), dogmatycznym oraz egzegetycznym, aczkolwiek w żadnym z nich autor nie stroni od zagadnień ascetycznych. Mamy więc do dyspozycji podstawowy corpus asceticus. Kolejność pism w tomie określa ich treść. Całość poprzedza najnowsza bibliografia dzieł związanych z naszym autorem. Przekład rozpoczyna pismo najbardziej spekulatywne, z szerszą perspektywą teologiczną, Epistula ad Melaniam, potem następuje grupa pism ściśle monastycznych – Ad Eulogium, Protrepticus i Paraeneticus, Antirrheticus, a na końcu zamieszczone zostały kolekcje sentencji, o tematyce ascetycznej, posiadające również akcenty monastyczne.
 


 
W najbliższym czasie pojawią się kolejne odcinki. Jeżeli chcesz być na bieżąco, dołącz do naszych fanów na Facebooku lub zapisz się do newslettera nowości wydawniczych.