Paweł Sczaniecki OSB: „Ledwo skończyła się wojna, gdy zgromadzenie stanęło wobec ważnych decyzji…”

Zachowała się fotografia Tyńca z ostatnich lat przed wybuchem wojny. Dzisiaj ma ona wartość historycznego źródła. Jest to zdjęcie lotnicze, które zrobiono ze strony południowej. Na pierwszym planie świecą ruiny, dalej widać jakieś dachy, wreszcie bryłę kościoła i w głębi już opatówkę. Na tej podstawie można by podjąć studium nad rozplanowaniem opactwa. Jednak fotografia ma tutaj także wartość świadectwa, bo zachowuje widok ruin tak wyrazisty, że łatwo ująć ich rozmiary. Rozciągały się one szeroko, lecz nie była to pustynia. Wszędzie jeszcze stały ściany, tu i ówdzie jakiś portal albo tablica z inskrypcją, poniewierały się też okruchy rzeźbionych kamieni lub ceramiki. Ponad wszystkim górował kościół, bardzo zaniedbany, lecz zdatny do użytku. Stały trzy ramiona krużganka z przyległymi pomieszczeniami, bez piętra, ale pod dachem. Gontowy dach przykrywał również dawną rezydencję opatów – dom wakacyjny dla kleryków. Tutaj zachowały się dwie kondygnacje, sklepione sale na parterze i sześć obszernych pomieszczeń na pierwszym piętrze. Niezwłocznie też rozpoczęto prace, aby wykroić cele mieszkalne dla powracających mnichów. Kiedy udało się w podstawie wieży wybić przejście do kościoła, klasztorek mógł już służyć swemu celowi. 31 lipca 1939 r. benedyktyni podjęli zwykłe mnisze życie, jako tako uregulowane. (więcej…)

Klasztory stały się ośrodkami, gdzie skupiała się i skąd promieniowała znajomość św. Benedykta i jego kult

W odczuciu benedyktynów imię ma sens religijny. Brzmi ono nieraz jak obietnica, zapowiedź czy program. Święty Grzegorz rozpoczął II księ­gę Dialogów słowami: „Był mąż czcigodnego żywota, imieniem i łaską Benedictus, to jest błogosławiony”. Ze swej strony św. Grzegorz – jak powiada liturgia – miał imię, które oznacza czuwającego, i program zawarty w imieniu swym czynnie wypełniał.

Spekulacje tego rodzaju dostępne były tym, którzy znali łacinę i gre­kę. Słowiańskie języki przejęły łacińską formę imienia Benedykt. Na­dawano je przede wszystkim ludziom, ale też – niekiedy – rzeczom i instytucjom.

W Polsce imię Benedykt pojawiło się wcześnie. Nosili je Benedykt – Bogusza z otoczenia św. Wojciecha, jeden z pięciu braci męczenników; nosił je także to­warzysz św. Andrzeja Świerada w czasach Bolesława Chrobrego. Imię to powtarzało się później w środowisku mniszym, ale także weszło w użytek poza klasztorami. Wcześnie też pojawiła się forma żeńska i według starego podania Bogną-Benedyktą nazywała się matka św. Sta­nisława. Popularności imienia dowodzi jego zniekształcenie, mówiono bo­wiem Benedyk, ale też Bień, Bieniek, Biniek, Benek, Benesz i Bieniasz. Stąd poszły nazwy miejscowe Benedyktowice, Bieńkowice, Biniew, Bieńczyce, Bieniszew.

Gdy w 1545 r. ochrzczono Benedyktem wielki dzwon katedralny w Poznaniu, ludność zwała go Bieniem albo Bieńkiem. Słuchano go, do­póki nie zamilkł stopiony przez pożar (1772).

Najuroczystszym przejawem kultu świętych było dedykowanie im ko­ściołów, kaplic i ołtarzy. W Polsce budowano także kościoły pod wezwa­niem św. Benedykta. Jeden z nich, w Krakowie na Krzemionkach, po­czątkami sięga doby pierwszych Piastów. W XII w. istniał kościół względ­nie kaplica św. Benedykta na zamku w Legnicy i w Radziwiu pod Płoc­kiem. Później wezwanie to nosiły jeszcze kościoły w Dłubni (Imbramowicach 1229), Szczepankowie koło Łomży i w Modliborzycach koło Opa­towa. Święty Benedykt był też współpatronem opackich kościołów, pelplińskiego (1274) i tynieckiego (1139) oraz kilku kościołów na Mazowszu. Łą­czą się one pewnie z nabożeństwem biskupa Benedykta Izdbieńskiego do swego patrona. W latach 1540–1547 biskup ten ufundował altarię św. Be­nedykta w Mińsku Mazowieckim oraz utworzył parafie z kościołami pod tymże wezwaniem w Jastrzębiu, Oleksinie i Seroczynie. Kaplice św. Benedykta budowano we wszystkich opackich kościo­łach, np. w Tyńcu i Lubiniu, gdzie indziej ołtarze, np. w Pelplinie i na Świętym Krzyżu. Trudno sobie wyobrazić kościół benedyktyński bez wizerunku św. Benedykta.

Imię to nosił przede wszystkim zakon. W XIII w. kuria rzymska stosowała już określenie „zakon św. Benedykta – ordo s. Benedicti”, co dotąd używa się i skraca w formie liter OSB. Dużo później ustaliła się nazwa benedyktynów – po polsku to słowo napisał po raz pierwszy ks. Piotr Skarga (1579), po łacinie – o. Stanisław Sczygielski (1669). Klasztory stały się więc ośrodkami, gdzie skupiała się i skąd promienio­wała znajomość św. Benedykta i jego kult. Imię to wyróżniało więc czar­no przybranych mnichów z charakterystycznym ostrzyżeniem głowy i try­bem życia. A cóż dopiero jeśli to był opat, reprezentujący swą mniszą rodzinę, z krzyżykiem na szyi, z pastorałem i Regułą w rękach! Taki był św. Benedykt na Monte Cassino.

W średniowieczu już przy benedyktyńskich ośrodkach powstawały bractwa. Cenne materiały z tej dziedziny zachował klasztor lubiński. Jego księgę bracką z XII w. wydał Zbigniew Perzanowski (1978). Na jej początku figurują modlitwy wprowadzające z imieniem św. Bene­dykta. Do bractwa-braterstwa przyjmowano w Tyńcu i na Świętym Krzy­żu, zapewne też gdzie indziej. Obfitsze wiadomości przynosi formuła przyjęcia, którą podał ceremoniał monastyczny (1777). Przyjmował więc do braterstwa opat przy ołtarzu św. Benedykta, wspominając w modli­twach „ducha, któremu służył św. Benedykt”. Opat modlił się o wzbudze­nie tego ducha, któremu odtąd miał również służyć świecki współbrat. W trudnym dziele adaptacji duchowości benedyktyńskiej w życiu poza klasztorem miał dopomagać IV rozdział Reguły. Jakie są narzędzia dobrych uczynków. W końcu ceremonii nakazywał opat szczególne nabożeństwo do św. Benedykta i dawał pocałunek pokoju. Na pamiątkę takiego przyję­cia noszono szkaplerz św. Benedykta.

Wspomniany ceremoniał zawiera jeszcze drugą formułę przyjęcia w zastosowaniu do dzieci, zwanych oblatami. Słowo to pochodzi z łaci­ny – tak jak opłatek – i przypomina złożony dar. Podobno takim obla­tem był Kazimierz Odnowiciel. Urywają się wiadomości. Dzisiaj znowu mówi się o tym. Wytworzyła się bowiem instytucja tzw. oblatów św. Benedykta. Łączą się w tym wspomnienia dawnych konfraterni, czyli bractw, o których była mowa, i tych ofiarowanych dzieci, tyle że w przy­padku konkretnym oblacja, czyli ofiara, ma charakter osobisty. Niekie­dy więc oblat przywdziewa habit i zostaje w klasztorze, niekiedy zaś wraca do swych obowiązków, nawet rodzinnych. Jak dawniej, oblatom wskazuje się czwarty rozdział Reguły jako normę ich życia. Dlatego moż­na tu wspomnieć o tłumaczeniu tego tekstu na język polski. Służyło na pewno jakiemuś oblatowi sprzed pięciuset lat. Może tylko poważnie trak­tował swoje związki z opactwem, którego zidentyfikować nie można. Nic więcej nie wiadomo, dziś jednak odtworzyć można jego życie z dużą do­zą prawdopodobieństwa. Tacy sami – jak on – oblaci św. Benedykta mieszkają w Zbuczynie na Podlasiu. Żyją według tego samego ducha, praktykują również wspomniane w ich Regule dobre uczynki. Charakte­ryzuje ich szczere nabożeństwo do św. Benedykta.

Nie koniec jeszcze tego wyliczenia. W średniowieczu już – idąc za wzorem łacińskim i niemieckim – pewną roślinę zwano benedyktem albo białą benedyktą. Coś osobliwego było w jej wyglądzie, skoro na­zywano ją też – od monastycznego ubioru zwanego kukullą z kaptu­rem – kuklikiem. Trzeba dodać, że benedyktynem albo benedyktyn­ką nazywano też jeden z francuskich likierów i nareszcie to, że o mrów­czej, dokładnej, żmudnej, cierpliwej i uczonej pracy mówiono, że jest prawdziwie benedyktyńską. Tak rozmaite zastosowanie słowa „benedykt” – jako imię ludzi lub nazwa rzeczy – ma swoją wymowę.


Paweł Sczaniecki OSB Święty Benedykt. Wiedza o nim i przejawy jego kultu w dawnej Polsce Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Jubileusz benedyktynów tynieckich 1939-2019

W 2019 r. Opactwo Benedyktynów w Tyńcu obchodzi podwójny jubileusz: 975 lat od założenia klasztoru w 1044 r. oraz 80 lat od powrotu benedyktynów do zrujnowanego Tyńca w lipcu 1939 r. Klasztor, który funkcjonował nieprzerwanie do 1816 r., stanowiąc ważny ośrodek życia chrześcijańskiego w Polsce, uległ kasacie, same zabudowania zaś stopniowo popadły w ruinę. Powracający do Tyńca mnisi stanowili grupę Polaków pod zwierzchnictwem przełożonego, Belga o. Karola van Oost; przybyli z belgijskiego opactwa św. Andrzeja w Brugii (Zevenkerken). (więcej…)

Ogród duchowych i intelektualnych rozkoszy. Herrada encyklopedystka

W Strasburgu w Alzacji przechowywany jest rękopis z mnóstwem ilustracji, pochodzący z klasztoru na Górze św. Otylii: Mount St. Odile, a po niemiecku: Hohenberg. Dokładnie biorąc, nie jest to sam oryginalny rękopis z XII wieku, ale jego późniejsza kopia, szesnastowieczna, a więc z epoki, która jeszcze znała się na sporządzaniu i zdobieniu książek rękopiśmiennych. Niestety, kopia nie jest pełna; oryginał miał trzysta czterdzieści dwie karty in folio, spośród których w kopii brak prawie dziewięćdziesięciu, a niektóre są niedokończone. Może z racji niepełnej jeszcze kopii rękopis, który posiadamy, nie jest oprawiony, ale składa się z luźnych kart zgiętych po dwie. Tekst na każdej karcie umieszczono w dwu kolumnach; są też na każdej karcie przynajmniej dwie miniatury ilustrujące treść, i to z objaśnieniami po łacinie, a czasem nadto po niemiecku. Tytuł brzmi: Hortus deliciarum – „Ogród rozkoszy”. (więcej…)

„Dawne, dobre czasy: nie to, co dzisiaj…” Małgorzata Borkowska OSB o uczestniczkach bohaterskich początków

Magdalena Mortęska, wstępując do klasztoru chełmińskiego w grudniu roku 1578, zastała tam, jak wiemy, siedem panien przyjętych już do nowicjatu. Ich nazwiska są znane, ale już na przykład ich wiek określić trudno. Wachlarz możliwości jest bardzo szeroki, bo wstępowały podówczas do zakonu już nawet czternastoletnie dziewczęta, chociaż prawo nie dopuszczało do profesji przed ukończeniem lat szesnastu; i zdarzało się, że takie dzieci sąsiadowały w nowicjacie z pannami, które przed wstąpieniem „żyły w świeckim stanie” już lat dwadzieścia pięć, co wtedy było dużo, albo i czasem pięćdziesiąt. Co do jednej z tych siedmiu, Agnieszki Wichorskiej, późniejszej podprzeoryszy w Nieświeżu, można obliczyć z nieświeskich danych, że wstępując miała lat trzydzieści; reszta była zapewne o wiele młodsza.

Trudno nam sobie dzisiaj wyobrazić, jak wyglądał ten okres nowicjatu – zresztą skrócony – w klasztorze tak improwizowanym. Czego uczono? Niejedną pewnie czytania i pisania, bowiem dziewczęta ówczesne nie wynosiły na ogół tej umiejętności z domu. Nabywały jej w szkołach klasztornych, jak dwie rodzone siostry Magdaleny (ona sama musiała się tego uczyć po kryjomu, mając już kilkanaście lat), albo właśnie dopiero w nowicjacie. Uczono też pewnie śpiewu, do którego w tej gromadce szczególne zdolności miała panna Urszula Kowańska. Reguły benedyktyńskiej – na którą przecież miały składać śluby – nie czytano tym nowicjuszkom, bo jej jeszcze w klasztorze nie znaleziono; zdaje się, że Zofia Izbieńska przekazywała im po prostu ogólne zasady ascezy i życia zakonnego, może z pewnym zabarwieniem franciszkańskim. Nie uczyła ich zresztą wiele, nie uczyła nawet rozmyślania, skoro ten brak musieli później uzupełnić spowiednicy. Może jej samej także tego nie uczono? Pozwalała też, aby nowicjuszki żyły każda z tego, co sama wniosła lub dostawała od rodziny; to nadużycie, powszechne w owych czasach, usprawiedliwiała pewnie brakiem uposażenia klasztoru, tym niemniej groziło ono przekreśleniem życia wspólnego od samego początku. Kładła natomiast Zofia nacisk – jak wynika z napisanego przez Brzechffę żywotu Magdaleny – na umartwienie i na upokorzenia, których swoim wychowankom nie szczędziła. Mimo to było to życie jakieś niepełne i nie zorganizowane i słusznie stwierdza w Kronice jedna z owych panien, „żechmy nowicjatu żadnego ani ćwiczenia zakonnego mieć ni od kogoż nie mogły”.

Jakkolwiek gorliwe mogły być – mimo to wszystko – owe nowicjuszki, zdaje się, że dopiero wstąpienie Magdaleny wniosło w ich grono tę siłę życiową, która później zrobiła z chełmińskiego klasztoru ośrodek duchowy na wielką skalę. Bez niej byłyby one może poodchodziły za wzorem swoich poprzedniczek albo wegetowały nadal na półświecki sposób. Magdalenie to nie wystarczało. Chciała pełni życia zakonnego, takiej, o jakiej czytała w żywotach świętych – a późniejszy rozwój klasztoru dowodzi, że miała talent pociągania innych do swoich ideałów.

Poza tym jej wstąpieniu musiało towarzyszyć wiele emocji. Czy ją pan ojciec zmusi do powrotu? Czy ją odeśle z pogrzebu babki? Skończyła się dotychczasowa stagnacja, coraz częściej zjawiał się w klasztorze biskup i wielcy panowie, krewni nowej kandydatki; słyszało się o wzniosłych ideałach i odpowiedzialności, od razu zajęto się i toruńskim klasztorem, zanosiło się na wielkie rzeczy i gorliwość zapłonęła rzeczywiście.

Przyśpieszona profesja (tj. śluby zakonne i konsekracja) możliwa w takim terminie tylko za specjalną zgodą biskupa, oraz elekcja Magdaleny na ksienię zaraz potem, rozpoczęły właściwy okres bohaterskich początków w klasztorze chełmińskim: budowanie życia zakonnego od zera, z niczego.

Był to czas gorliwości młodej, twórczej, niedoświadczonej, czasem przesadnej…, pokonującej wszystko na siłę, nie wiedząc i nie dbając, czy tej siły, wcześnie zużytej, w końcu nie zabraknie. Ducha, jaki ożywiał tę gromadkę, mogą pewnie zrozumieć ci wszyscy, którzy po wojnie zaczynali coś od nowa na ruinach – wszystko jedno, czy to był klasztor, czy szkoła, czy szpital – dysponując mało czym więcej oprócz własnych rąk i przekonania do sprawy. Tylko że w Chełmnie budowano wtedy od początku nie tylko materialny byt klasztoru, ale i całą jego duchowość. Dwunastu zakonnicom chodziło o to, żeby jak najlepiej zrozumieć wreszcie, na czym polega życie zakonne; a zrozumiawszy cokolwiek, natychmiast wprowadzić to w czyn. Zaczęło się od tego, że biskup Kostka nazajutrz po konsekracji uświadomił pannom w specjalnej egzorcie, że wszelka prywatna własność niezgodna jest z ich obecnym stanem. Natychmiast poznosiły więc Magdalenie swoje zapasy: drobne (zapewne) sumy pieniędzy, żywność, ubranie. Odtąd ona je będzie rozdzielać, a siostry starają się pod tym względem o jak największe wyrzeczenie. Wzruszająca jest ta postawa wywiadywania się o obowiązki zakonne, aby je móc spełniać. Wśród starych szpargałów zawalających strychy znaleziono podczas sprzątania Regułę św. Benedykta. Radość była krótka: Reguła okazała się napisana po łacinie. Tym niemniej uchwycono się jej: co się z niej dało własnymi siłami – czasem pewnie piąte przez dziesiąte – wyrozumieć, co także wyłożyli spowiednicy, to wprowadzano w życie. Zresztą i łacina powoli otwierała swoje tajniki: niewykluczone, że się jej w Chełmnie uczono, ale i w ogóle przy pewnych zdolnościach trudno było obcować na codzień z tekstem brewiarza, a nie rozumieć go powoli coraz lepiej. To zrozumienie można było potem przekazywać młodszym.

Spowiednicy, którymi byli księża diecezjalni oraz bernardyni, nie poprzestawali oczywiście na wykładaniu Reguły, ale dawali mnóstwo wskazówek od siebie: te wskazówki troskliwie uzgadniano z Regułą. Innym cennym znaleziskiem były dyscypliny po dawnych zakonnicach: zostały też natychmiast zastosowane. Młoda ksieni, znająca lepiej żywoty świętych niż realne ludzkie możliwości, nie umiała hamować przerostów tego zapału; raczej pewnie jeszcze je podsycała. Dość wspomnieć, że pierwotny plan dnia klasztoru chełmińskiego przewidywał nie więcej niż trzy i pół godziny snu. Poszczono też oprócz kościelnych postów w wigilię każdego święta – co dawało kilka dni postnych w każdym tygodniu, ponieważ uroczystości świętych Pańskich miały podówczas wyższą rangę niż dzisiaj – a do tego dochodziły jeszcze i posty prywatne. Wszystko to szybko się skończyło ciężką chorobą, na jaką całe zgromadzenie zapadło niemal równocześnie. Trzymały się na nogach jedynie Magdalena i – jak się zdaje – Dorota Przepałkowska; reszta leżała nieprzytomna w łóżkach, tak że nie miał kto odprawiać pacierzy kanonicznych. Nastały dni żmudnej obsługi domowego szpitala, po czym role się odwróciły: chore wyzdrowiały, a położyły się pielęgniarki. Nie wiadomo, czy Magdalena sama zrozumiała tę lekcję; w każdym razie biskup wolał wdać się w to osobiście. Niektóre umartwienia skasował zupełnie, inne rozkazał złagodzić. Magdalena zastosowała się do tych wskazówek, których słuszność miało i później udowodnić doświadczenie z kandydatkami niezdolnymi do wytrzymania bezmięsnej diety, braku bielizny i pościeli. Deklaracje z roku 1605, podsumowujące te doświadczenia, idą już po linii prawdziwie benedyktyńskiego umiaru. Zauważmy dla porównania, że przewidują one prawie osiem godzin snu na dobę, przed i po jutrzni.

Od początku też kładziono nacisk na umartwienie wewnętrzne, na ćwiczenie się w szczerości, pokorze i posłuszeństwie. Zarówno kronikarka chełmińska, jak i sama Magdalena w jednej ze swych późniejszych konferencji, wspominają te czasy z rozrzewnieniem jako okres jednomyślnego dążenia wszelkimi siłami do pełni doskonałości zakonnej. A jednocześnie była już i praca taka sama, jaka miała odtąd wypełnić życie wszystkich zakonnic kongregacji. Zajęto się od razu haftami kościelnymi, zużywając na to świeckie suknie sióstr. Dbałość o piękną oprawę dla liturgii była charakterystycznym składnikiem pobożności Magdaleny. Jednocześnie zapełniał się internat, była więc także i praca z uczennicami. Osobnym wreszcie polem pracy musiał być i nowicjat, do którego coraz liczniej napływały kandydatki. W roku 1579 wstąpiło ich trzy, w 1580 pięć, w 1581 aż dziesięć, w 1582 znowu pięć… Z tych wszystkich tylko jedna odeszła z powrotem do świata. Grupka niewiele co starszych profesek (tj. sióstr po złożonych już ślubach) musiała mieć sporo roboty z nauczaniem całej tej gromady zakonnych obyczajów.

W dodatku był przecież jeszcze klasztor toruński, który należało obsadzić, i to w ilości pozwalającej również na prowadzenie tam normalnego życia zakonnego, normalnej modlitwy i pracy. Nie tu miejsce na dokładną historię tych skomplikowanych przenosin; przy kilku zakonnicach, którymi zajmiemy się szerzej, będzie jeszcze o tym mowa, ale w każdym razie trzeba stwierdzić, że wszystkie spośród dawnych współnowicjuszek Magdaleny przebywały w różnych okresach przynajmniej przez jakiś czas w klasztorze toruńskim. Niektóre już tam zostawiono, inne sprowadzano i wysyłano parokrotnie, a gdy nowych fundacji przybyło, znajdujemy je także i na nich. Najdłużej może żyła i najwięcej fundacji widziała Regina Rosianka.

Pochodziła z tak zwanej Krajny, czyli pogranicza pomorsko-wielkopolskiego, z rodziny prawdopodobnie szlacheckiej – chociaż to nie jest całkiem pewne – i chyba dosyć licznej, bo dwie jej młodsze siostry miały jeszcze wstąpić jej śladem do Chełmna. Wydaje się, że była bliską współpracowniczką Matki Mortęskiej i może już od początku przeoryszą chełmińskiego klasztoru. W każdym razie piastowała ten urząd w roku 1584: pod tą datą bowiem wspomina Kronika toruńska o wizycie „panny Reginy, przeoryszy chełmińskiej”, co może się odnosić tylko do Rosianki. W kilka lat potem (1587) jedzie ona znów do Torunia, tym razem na stałe, i to znów jako przeorysza u boku Zofii Dulskiej, obejmującej tam właśnie rządy jako „starsza”. Była to funkcja delikatna i niełatwa. Z jednej strony, zgodnie z koncepcją Matki Mortęskiej, przeorysza była urzędową pośredniczką między ksienią a zgromadzeniem we wszelkich trudnych sytuacjach; a w roku 1587 było już aż nadto jasne, że w Toruniu samowola należy do wad endemicznych i trudnych sytuacji prawdopodobnie nie zabraknie. W dodatku Matka Mortęska, posyłając Zofię Dulską do Torunia, była przekonana, że posyła człowieka bezgranicznie sobie oddanego, i mogła się po niej spodziewać raczej nadgorliwości niż zdrady; toteż panna Regina jechała tam „do pomocy od spraw duchownych”, czyli między innymi i po to, aby niedoświadczoną starszą uczyć umiaru i w ewentualnych zatargach z konwentem rozważyć dobrze, czy ten ostatni czasem nie ma racji. A jednocześnie – o czym już wspominaliśmy – zgodnie z trzecim artykułem dekretu biskupiego regulującego stosunki między obu klasztorami miała być w zgromadzeniu toruńskim oficjalną przedstawicielką jego chełmińskiej zwierzchniczki i doradczynią o głosie decydującym u boku starszej. Złożona rola. Zdaje się jednak, że panna Regina umiała się z niej wywiązać z taktem i że jej obecność w Toruniu była ceniona. Szczególniejszy wyraz dały temu toruńskie panny przy jej odjeździe w grudniu roku 1593. Regina wracała do Chełmna dlatego, że klimat toruński jej szkodził; rozgoryczone torunianki zinterpretowały to jednak jako kolejny dowód wrogości ksieni Mortęskiej, która znowu – jak zwykle – zabiera im wartościową urzędniczkę. Żegnały ją więc życzeniem… rychłej śmierci, „aby nie było ani nam, ani wam”.

Życzenie się nie spełniło: Regina Rosianka miała jeszcze żyć długo. Zdaje się niemożliwe, żeby jej zdolności nie wykorzystano, toteż najprawdopodobniej pełniła różne urzędy w klasztorze chełmińskim: kto wie, czy nie jest autorką Kroniki, a przynajmniej wcześniejszych jej partii. Niestety ta autorka, ktokolwiek nią był, nie ma zwyczaju podawać listy urzędniczek ani nawet, jak często rozdawano i zmieniano funkcje. Można przypuszczać, że Matka Mortęska uważała Rosiankę za niezbędną w Chełmnie, skoro przez długie lata nie wysyłała jej na żadne fundacje. Dopiero w roku 1615, kiedy marszałkowa Sieniawska ufundowała klasztor sandomierski i dobierała sobie do niego obsadę, Regina znalazła się tam także.

Jej kandydaturę zresztą nie marszałkowa wysunęła; tej „hic muliei” chodziło przede wszystkim o te siostry, które poprzednio były w Jarosławiu i co do których miała nadzieję, że będą słuchały przede wszystkim jej samej. Wrócimy do tej sprawy w życiorysie Doroty Kamieńskiej. Ta ostatnia z woli pani marszałkowej miała być „starszą”, ponieważ więc fundacja zapowiadała się burzliwie pod ręką takiej protektorki i z przełożoną, która już raz w Jarosławiu uległa zastraszeniu, potrzebny był przy niej ktoś taktowny i stanowczy, wiekiem o wiele starszy i bardzo doświadczony. Prawdopodobnie dlatego Matka Mortęska posłała wtedy Reginę Rosiankę jako przeoryszę. Współpraca Reginy i Doroty okazała się w Sandomierzu tak dobra, że już po roku pani marszałkowa odesłała je obie z powrotem do Chełmna, jako nie dość uległe jej własnym rządom.

Warto podkreślić, że ilekroć jest jakaś wzmianka w źródłach o Reginie, spotykamy ją zawsze na urzędzie przeoryszy. Lista obowiązków przeoryszy w ujęciu Matki Mortęskiej jest zastraszająco długa: obejmuje właściwie dozór nad wszystkim, co dotyczy karności zakonnej, pobożności i normalnego biegu życia i pracy w klasztorze. Przeorysza powinna odznaczać się miłością, którą by siostry mogły w niej wyczuwać nawet podczas karania; gorliwością, inteligencją, „oświeconym sumieniem”, wiarą, zamiłowaniem do milczenia… Musiała więc być władzą i wzorem jednocześnie. Panna Regina, konsekwentnie wysuwana na ten urząd nawet w czasach, kiedy było już spośród kogo wybierać, widocznie odznaczała się przynajmniej większością z tych cech. Ostatni raz spotykamy ją na nowej fundacji w Sierpcu w roku 1625, znów oczywiście jako przeoryszę. Dalszych danych już brak: i nic nie wiemy o dacie i miejscu jej śmierci.

Nieco krótsze były wędrówki wspomnianej już tu panny Urszuli. Kronika chełmińska nazywa ją „Urszulą z Trzęsacza Kowańską”: pierwsze skojarzenie to „Samuel ze Skrzypnej Twardowski” czy inny „Jan z Dąbrowice Firlej”, i gotowi jesteśmy malować sobie w wyobraźni szlachecki dworek przodków panny Urszuli i „pana oćca”, polonusa z wąsami i szablą. Okazuje się jednak, że to nie takie oczywiste. Dłuższy kontakt z klasztornymi „aktami personalnymi” naprowadza na ślad swoistej metody, jakiej w nich używano do zaznaczenia pochodzenia społecznego. Podając mianowicie, skąd dana nowicjuszka była, wymieniano przy mieszczankach oczywiście nazwę miasta; przy szlachciankach nazwę województwa lub powiatu, w którym leżał majątek rodziny; nazwę wsi podawano przy nazwiskach chłopek. Może nie stosowano tego konsekwentnie wszędzie; ale jeśli się okazuje, że panna Urszula sama żadnego nazwiska nie używała, podpisując się po prostu „Urszula kantorka”, i że kronika toruńska nazywa ją „Orszulą młynarzówną” – należy raczej wnioskować, że chyba była rzeczywiście córką chłopa-młynarza, którego wprawdzie przezywano z jakiejś przyczyny „Kowańskim”, ale się tego za nazwisko właściwie nie uważało.

Pochodziła więc panna Urszula z zamożnej rodziny chłopskiej, co jej nie przeszkodziło zostać chórową zakonnicą; wypadek rzadki, bo i w ogóle chłopek było u benedyktynek bardzo mało, ale nie jedyny. Jeśli rozstrzygały zdolności, to tu właśnie mamy do czynienia z kimś, kto tak doskonale opanował i łaciński tekst, i zawiłości gregoriańskich melodii, że spotykamy go stale na urzędzie kantorki, odpowiedzialnej za wykonanie śpiewów podczas zakonnych pacierzy i uczącej tych śpiewów inne zakonnice. Kantorką była panna Urszula przez rok swojego pobytu w Toruniu; czy była nią następnie w Chełmnie, nie wiadomo, ale w tej samej roli zjawia się potem w Żarnowcu. Tam też i zmarła 20 kwietnia 1618 roku; i co rok 20 kwietnia jej nazwisko powraca w naszych porannych modlitwach za te zmarłe siostry, których rocznica zgonu w danym dniu przypada.

Wreszcie warto jeszcze wspomnieć o Katarzynie Bartnickiej, a to ze względu na powstałe na jej temat nieporozumienia. Z Kroniki chełmińskiej wiadomo o niej tylko tyle, że już w roku 1582 została posłana do Torunia w roli przeoryszy; a wiemy już, że była to rola zbyt ważna i trudna, żeby ją powierzać na los szczęścia albo według alfabetycznej kolejności nazwisk. Ale wiemy także, że Matka Mortęska za młodu nie rozumiała trudności swych podwładnych i nieraz spodziewała się po nich zbyt wiele. Panna Katarzyna nie bardzo sobie w Toruniu radziła, zresztą są powody przypuszczać, że cierpiała na jakieś zaburzenia psychiczne, które się pewnie z czasem pogłębiały. Oczywiście toruńska kronikarka, pisząc już zresztą po śmierci Katarzyny (zmarłej w roku 1606), wykorzystuje jej postać do różnych zarzutów, między sobą zresztą sprzecznych; najbardziej groteskowy jest ten, jakoby Matka Mortęska tę „furiaczną” siostrę narzuciła klasztorowi toruńskiemu na przeoryszę umyślnie, na złość. Zupełnie to nie pasuje do tego, co wiemy skądinąd o prawości Magdaleny i o jej poczuciu odpowiedzialności, zresztą nie trzymała ona Katarzyny na tym urzędzie długo: widocznie przekonała się po kilku latach, że nie jest dla niej odpowiedni. Do Chełmna jednak już jej nie zabrała. Prawda, że tak robiła zwykle z siostrami, które się specjalnymi zdolnościami nie odznaczały: zostawiała je na pierwszej, na jaką pojechały, fundacji, bardziej natomiast uzdolnione ściągała z powrotem… zwykle po to, żeby je zaraz posłać na następną. Przy tym jednak systemie ktoś nieufny łatwo mógł ją posądzić, że zostawiła w Toruniu wariatkę właśnie dlatego, że to była wariatka.

Natomiast zdaje się, że nie ma powodów do utożsamiania – jak próbowano – Katarzyny Bartnickiej z ową wichrzycielką, na której temat Magdalena miała wizję Chrystusa, niosącego ubłoconą owieczkę. Po pierwsze, można wątpić, czy rzeczywiście wichrzycielką była, a zwłaszcza, czy zdążyła nią być w Chełmnie, gdzie przebywała tak krótko. Po drugie, ta wizja, zdaniem Brzechffy, zostawiła głębokie ślady w psychice Magdaleny, a tymczasem nie widzimy wcale, by już w pierwszym dziesięcioleciu swych półwiecznych rządów panna ksieni chełmińska zmieniła się w łagodnego baranka. Przeciwnie, jak już mówiliśmy, walczyła ona ze „starym człowiekiem” w sobie bardzo długo i dopiero na starość zasłynęła z łagodności. Po trzecie, wichrzycielek mogło być w Chełmnie więcej. W ciągu czterdziestu lat, o których mówi zachowany pierwszy tom Kroniki chełmińskiej, wstąpiło do tamtejszego klasztoru sto siedemdziesiąt dziewięć panien; liczba ta prawdopodobnie dobrze jeszcze przed śmiercią Magdaleny zaokrągliła się do dwustu i trudno przypuścić, żeby w tak wielkim gronie tylko jedna Bartnicka była nieposłuszna, nieopanowana i niepoprawna, jeśli nawet rzeczywiście taka była. Spójrzmy na rzecz realnie: człowiek ma prawo do swoich trudności, także wtedy, kiedy jego wady dotyczą dziedziny woli; i nieraz walczy z nimi z całej siły, ale efekty są przez długie lata niedostrzegalne dla otoczenia.

Dzieje tych pierwszych kilku zakonnic, chociaż bardzo niekompletnie znane, mówią nam kilka ciekawych rzeczy o Matce Mortęskiej. Po pierwsze, już od samego początku zarysowuje się wokół niej grupka najbliższych, stałych współpracownic, których talenty zostaną wykorzystane na wszystkich bez mała kolejnych fundacjach. Spośród najstarszych należą do tej grupy Regina Rosianka i Dorota Przepałkowska, której poświęcimy osobny szkic; później dojdzie jeszcze Dorota Kamieńska i inne, przy czym ciekawa jest konsekwencja, z jaką dostają one zawsze (lub przynajmniej najczęściej) w każdym nowym domu jeden i ten sam urząd, ten, do którego mają najwięcej zdolności. Matka Mortęska umiała, jak widać, zorientować się w talentach swoich podwładnych, chociaż nie zawsze w ich charakterze i psychice. Po drugie, te bezustanne zmiany personelu – jakkolwiek dla samych zakonnic niewątpliwie uciążliwe – płynęły z konieczności obsadzenia i wspomagania wszystkich domów, które wyszły z Chełmna, bo wszystkie Magdalena obejmowała nieustanną troską do końca życia. Klasztor toruński niechętnie patrzył i na tę troskę, i na te zmiany, i szybko zerwał jedność; w Sandomierzu władcza fundatorka usiłowała rządzić po swojemu; inaczej jednak myślano w Poznaniu, Żarnowcu czy Jarosławiu, i to nawet po prawnym usamodzielnieniu się tych klasztorów. Wzywano ją tam na pomoc w różnych trudnych sprawach, zwłaszcza związanych z walkami o klauzurę; a na temat przenosin zakonnic pisze Kronika poznańska, po wyliczeniu aż dwudziestu pięciu sióstr chełmińskich, które w różnych funkcjach – od przeoryszy do kucharki – przewinęły się przez Poznań, nie pozostając tam jednak na stałe:

To się dla pamiątki położyło, w jakiej unii i miłości kwitnął z początku ten zakon, co łatwo zrozumieć z tego, kiedy sobie tak pożytecznymi i ducha zakonnego mającymi osobami przełożone wygadzały; i siostrzyńska wielka powolność przełożonym w posłuszeństwie: na rozkazanie tak ochotne opuszczenie urzędów miłujących sióstr. Po wiele razy, a gdziekolwiek obrócono, bezpiecznie ich używano do wszystkich prac zakonnych. O gościach nikędy nie masz wzmianki, ale zaraz ujęcie się zakonnych powinności, robót, pokut klasztornych; a pono za naszych czasów ta wyjeżdżania jest słuszna przeszkoda, że niektóre, za gościnne mieszkając u nas przez cały rok, o zakonnych powinnościach nie wiedziały…

Słowem, „dawne, dobre czasy: nie to, co dzisiaj…”


Małgorzata Borkowska OSB Mniszki Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Piotr Rostworowski OSB / EC: „Cierpliwość Boża jest tajemnicą, która ludzi niepokoi i nawet czasem gorszy…”

Pismo Święte nieraz mówi o cierpliwości Boga, który czeka na nasze nawrócenie i naszą pokutę, który puka do naszych drzwi i czeka aż Mu otworzymy, który nie pozwala sługom swoim wyrywać kąkolu przed czasem żniwa i karci uczniów wzywających ogień z nieba na miasto, które Go nie chciało przyjąć. Ta cierpliwość Boża jest tajemnicą, która ludzi niepokoi i nawet czasem gorszy. Nie myśląc o tym, że tej cierpliwości i „długomyślności” Boga zawdzięczają to, że jeszcze nie zginęli, gorszą się, gdy widzą tę cierpliwość w stosunku do innych. Często się słyszy: gdyby był Bóg, niezawodnie widziałby to wszystko, co się dzieje na świecie, ile jest niesprawiedliwości i nieprawości wszelkiego rodzaju, ile krzywdy i niewinnego cierpienia, ile panoszenia się pychy i brutalności, wyzysku i wszelkiego rodzaju zbrodni. Jest i wojujące bezbożnictwo, które bezpośrednio zwalcza i ośmiesza Boga i wiarę w Niego, a wszystko to jakoś dzieje się i trwa bezkarnie. Daremno czekamy na objawienie się karzącej ręki Bożej, biorącej w obronę uciśnionych przed uciskającymi. Ponieważ jest rzeczą niemożliwą, by Bóg był aż tak cierpliwy, więc jedyny wniosek: Bóg w ogóle nie istnieje. (więcej…)

Kto słucha i wypełnia, prawdziwie buduje dom na skale!

Podobnie jak w przypadku Prawa, którego formalne przestrzeganie nie prowadzi do spotkania z Bogiem, sama wiara w Jezusa jako Mesjasza nie wystarcza. Pan Jezus mówi o tym wyraźnie, że nawet modlitwy w Jego imię, a także proroctwa i cuda, działanie w Jego imię nie są dowodem, że jesteśmy prawdziwie Jego uczniami i przekazicielami Jego Ewangelii:

Nie każdy, który Mi mówi: „Panie, Panie!”, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: „Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia, i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?” Wtedy oświadczę im: „Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!” (Mt 7,21–23). (więcej…)

Polityka i sumienie

W powszechnym przekonaniu wejście w politykę wiąże się z moralnie wątpliwymi sprawami. Jest to jeden z najważniejszych powodów dlaczego ludzie moralnie uczciwi się dystansują do polityki i nie chcą się w niej udzielać, bojąc się utracić własną uczciwość. Uważa się dosyć powszechnie, że do polityki wchodzą karierowicze i ludzie żądni władzy i tego, co się z władzą wiąże. Politycy kojarzeni są jako ludzie skorumpowani, związani z określonymi grupami interesu, czy to są konkretne grupy partyjne, czy grupy biznesu, które chcą rządzić i czerpać z tego korzyści. Nierzadko słyszy się o rozmaitych kombinacjach burmistrza i radnych, o interesownym ustawianiu wydatków miasta tak, aby samemu mieć z tego korzyści przy jednoczesnym braku stosunkowo niewielkich pieniędzy na działania wspomagające ludzi biednych jak na zorganizowanie zajęć i opiekę nad dzieci upośledzonymi. Kiedy w tym kontekście mówi się o potrzebie kontroli władzy, słyszy się stwierdzenie, że i tak wszystko władza pokręci, aby niczego się nie dało przeprowadzić. Często takie opinie wyrażają ludzie, którzy starali się zaangażować w działalność dobroczynną. Charakterystyczne przy tym jest mówienie o władzy w trzeciej osobie liczby mnogiej: „oni”, co oznacza określoną grupę interesu. Czasem jedna grupa przegrywa i wygrywa następna i właściwie nic się nie zmienia, ciągle rządzą ludzie mający na uwadze wpierw i przede wszystkim własne interesy (Włodzimierz Zatorski OSB Droga człowieka)

Boża wola w życiu człowieka

W Modlitwie Pańskiej, która niewątpliwie stanowi dla nas wzór i szkołę nie tylko modlitwy, ale i właściwego odniesienia do Boga, codziennie prosimy: „Bądź wola Twoja”. Jego wola powinna być naszym najgłębszym pragnieniem. Czy tak jest? Czy rzeczywiście pragniemy wypełnienia się Bożej woli na co dzień? Czy o nią prawdziwie prosimy, a nie jedynie mechanicznie powtarzamy słowa, których nauczono nas w dzieciństwie? Kiedy mówimy o Bożej woli, najczęściej wydaje się, że zasadniczy problem to jej rozpoznanie, czyli odpowiedź na pytanie: Jak poznać, czego Bóg ode mnie chce? Jednak najbardziej podstawowy nasz wewnętrzny problem – czy prawdziwie chcemy tę wolę przyjąć w swoim życiu, pozostaje na boku. (więcej…)