Życie i duch kształtowane przez liturgię – tradycja mnisza

W benedyktyńskim klasztorze sporo czasu poświęcamy modlitwie chórowej i liturgicznym obrzędom. Rozpoczynamy i kończymy nimi dzień, przeplatamy nimi czas pracy i studium. Całe nasze życie jednak nie tyle „poświęcone jest liturgii” jako szczególnemu rodzajowi „dodatkowej pracy” dla własnego zbawienia i dobra Kościoła, ile z samej liturgii wypływa i ku niej się kieruje. Goście przybywający do nas z łatwością dostrzegają, że pomiędzy obrzędami, modlitwą chórową a naszymi powszednimi zajęciami, obowiązkami i nauką, ba – nawet rozmowami, jakie prowadzimy z nimi istnieje jakieś wewnętrzne powiązanie, które sprawia, że wszystko, czym się zajmujemy zarówno w chórze, jak i poza nim, stanowi jedną dynamiczną całość. Ojciec Paweł Sczaniecki OSB wyraził się kiedyś dowcipnie, że w benedyktyńskich klasztorach „muchy latają liturgicznie” – mając na uwadze to szczególne zanurzenie całej naszej egzystencji w sprawowanym misterium.

Aby jednak tak żyć, aby modlitwa chórowa i udział w liturgicznych celebracjach nie stawały się jedynie mechanicznym powtarzaniem słów i czynności, lecz były owocnym czerpaniem ze źródła, potrzebne jest pewne wtajemniczenie, pewna szkoła liturgicznej duchowości. Pod tym względem jako mnisi bywaliśmy na przestrzeni dziejów hojnie obdarowywani, ponieważ – mimo naszych słabości i rozmaitych perypetii – nie brakowało nam nigdy prawdziwych ojców, od których można było się tego uczyć. Takich ojców bywało czasem więcej, czasem mniej, bywali też mniej lub bardziej skuteczni, jednakowoż byli zawsze. Znała ich starożytność, znało średniowiecze, obecni byli przed i po soborze trydenckim, a w końcu i nasze czasy kolejnego soborowego przełomu wydały ich bardzo wielu. Nie sposób w krótkim wystąpieniu nawet pobieżnie naszkicować ich myśli, przedstawić spuścizny, jaką pozostawili. Wybiorę z tego więc zaledwie dwa maleńkie elementy, nie stanowiące razem nawet wstępu do liturgicznego abecadła, które jednak – jak mi się wydaje – mogą zawierać pewną zachętę do dalszego studium.

W liturgii nie człowiek, lecz Bóg jest pierwszy w porządku działania

Większość z nas, uczestników liturgii, jest mocno przeświadczona, że to przede wszystkim od naszego działania, od naszej modlitwy zależy to, jak Bóg do nas się ustosunkuje. Myślimy: człowiek do Boga mówi – Bóg odpowiada, człowiek stara się czynić dobro – Bóg prowadzi i błogosławi. Owszem, prawdą jest, że nasze zaangażowanie, wewnętrzne i zewnętrzne, jest istotne. Prawdą jest, że Bóg uzależnia swoje działanie i od tego, jaka  jest odpowiedź człowieka. W żadnym wypadku nie chodzi o to, by odmawiać temu znaczenia. Bardzo ważne jest jednak, by postarać się osobiście odkryć i dostrzec wyraźnie, że nasze działanie nie jest tutaj pierwsze. Jak pisze św. Jan: W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy (1 J 4,10). Najpierw jest miłość Boga – i to wyrażona w Jego ofiarnym, nieprawdopodobnym czynie – potem dopiero jest nasze działanie, mające fundamentalny charakter wdzięcznej odpowiedzi na miłość nam okazaną. Ten podstawowy wymiar dialogu między Bogiem i człowiekiem, na który w szczególny sposób wskazuje liturgiczna symbolika, akcentował mocno benedyktyn (potem kameduła) o. Cyprian Vagaggini w swym słynnym dziele Teologiczny sens liturgii. Rozważając najpierw naturę objawienia Bożego, pisał:

Człowiek powinien postępować nie na podstawie przemyśleń filozoficznych czy innych, ale dlatego, że Bóg w Chrystusie i w Duchu Świętym w szczególny sposób samodzielnie wkroczył w historię świata i człowieka – każdego człowieka. Objawienie chrześcijańskie mówi nam: ponieważ Bóg w taki sposób postępuje względem ludzi, względem ciebie, wobec tego i ty powinieneś postępować podobnie.

Ojciec Vagaggini ilustrował następnie tę myśl licznymi cytatami ze Starego i Nowego Testamentu. Nie mamy miejsca na ich analizę, jednak, nawiązując do przytoczonej wypowiedzi, zwróćmy uwagę przynajmniej na to, że szkoła liturgicznego wtajemniczenia ma u swych podstaw odrywanie człowieka od pewnego charakterystycznego dlań aktywizmu, od koncentracji na sobie i własnym działaniu, nawet najszlachetniejszym w intencji. Liturgia prowadzi człowieka tak, by przyglądał się najpierw Chrystusowi, odkrywał Go jako wchodzącego w naszą osobistą historię, słuchał Jego słów i rozważał je, a potem dopiero działał i mówił. Stwierdzenie takie może się wydać z pozoru łatwe do zrozumienia, gdy jednak zaczniemy praktycznie ćwiczyć się w takiej postawie na co dzień, natychmiast okaże się, że stanowi to dla nas niemałą trudność. Aktywizm zakorzeniony jest w nas bowiem niezwykle głęboko i zazwyczaj potrzebujemy długiej drogi, by go przezwyciężyć. Aby to umożliwić, ojcowie monastycyzmu podejmowali taki styl życia, w którym już sam porządek dnia nastawiony był na osiągnięcie tego celu. W klasztorach dzień rozpoczyna się od celebracji liturgicznej, z niej przechodzi się do pracy i studium, te następnie przerywa się jeszcze kilkakrotnie na wspólne modlitwy, by ostatecznie liturgią zakończyć dzień i wychylić się przez nią jeszcze ku następnemu. Tradycją mnichów stało się więc od zarania poświęcanie stosunkowo długiego czasu na śpiew czy recytację psalmów. Święty Benedykt ułożył własne oficjum, w którym cały psałterz odmawiany jest w ciągu jednego tygodnia, a w Regule wskazywał swym uczniom jako budujące przykłady takich Ojców Pustyni, którzy i w jeden dzień potrafili odmówić wszystkie psalmy. Jednakże, co istotne, nie chodziło mu przy tym wcale o to, że im więcej psalmów, tym gorliwsza wspólnota i doskonalsze życie. Zdawał sobie sprawę, że i przysłowiowe „klepanie pacierzy” od rana do wieczora może być jedynie inną formą aktywizmu, albo, co gorsza, nawet swoistym parawanem dla duchowego lenistwa. Benedykt podkreślił zatem z naciskiem, że do tego, aby człowiek uczył się prawdziwej kontemplacji i obficie czerpał życie ze Źródła, potrzebna mu jest przede wszystkim asceza woli własnej, a dla tej najlepszym klimatem jest nie tyle dominacja czasu liturgii nad czasem pracy lub odwrotnie, ile swoista harmonia między jednym i drugim.

Przedziwną rzeczą jest, że człowiekowi najtrudniej przychodzi nie tyle spędzanie długich godzin na modlitwie albo zaharowywanie się w pracy, ile świadomie dążenie do tego, by zachowywać złoty środek pomiędzy skrajnościami. Nie tylko zresztą w relacji między modlitwą i pracą, ale w całym sposobie myślenia i postępowania. To właśnie – nieco paradoksalnie – jest dopiero prawdziwie wymagająca szkoła dla ludzkiego krnąbrnego ja. W benedyktyńskim klasztorze relacja między modlitwą i pracą pozwala to w szczególny sposób odkrywać: gdy człowiekowi akurat pasują zajęcia i z zapałem im się oddaje, z westchnieniem żalu słucha dzwonka wzywającego do porzucenia ich i udania się na wspólne modlitwy, z kolei gdy człowiek zasmakuje w modlitwie i osobistym studium, gnębić go zacznie zaraz szara, codzienna praca i obowiązki, które nie stoją na jednej linii z jego duchową projekcją własnej osoby. Dopiero z czasem – po przejściu tej z pozoru mniej zewnętrznie wymagającej, ale od wewnątrz bardzo dotkliwej i wieloaspektowej ascezy „serce się mnichowi rozszerzy” – jak powiada Benedykt – „i pobiegnie on drogą przykazań Bożych z niewysłowioną słodyczą miłości”. Innymi słowy – głębiej odkryje wówczas więź łączącą liturgię i życie codzienne.

Do istoty ofiary należy przyjęcie jej przez Boga

Odpowiedź człowieka na Boży dar – a Syna swego dał! – polega na wzajemnym oddaniu siebie. Jest poświęceniem i ofiarą z siebie dla Boga i dla bliźnich. Nie sprawujemy wszak liturgii samotnie, nie tkwimy na niej sami przed Bogiem. Sprawujemy ją razem z innymi. Czymże byłaby nasza miłość, gdyby nie oznaczała również i poświęcenia, rezygnacji z siebie dla innych? Czy bez naszego daru z siebie byłaby w ogóle miłością? Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za nas życie swoje – my także winniśmy oddać życie za braci (1 J 3,16).

Słowo „ofiara” nie kojarzy się jednak dobrze współczesnemu człowiekowi. Niektórzy teologowie proponują nawet zastąpić je pojęciem „dar”, by uniknąć upiornych konotacji, w jakie „ofiara” obrosła. Może jeszcze słowo „poświęcenie” nie brzmi w uszach współczesnego człowieka tak całkiem przerażająco – potrafi je kojarzyć ze szlachetną postawą wielu osób, które umiały rezygnować z siebie dla innych. Ale „ofiara”? To przecież jakiś koszmar w czystej postaci, bezsensowne cierpienie, druzgocąca przegrana, wejście w nicość.

A słowo to – tak czy inaczej – stoi w centrum liturgii. I nie da się jej bez niego zrozumieć. „Dar” jest słowem szlachetnym i na pewno poniekąd trafiającym w istotę rzeczy, jednakże nie zawsze oznacza cierpienie i krzyż. Ofiara natomiast wskazuje zawsze na cenę. W tym słowie ukryty jest najwyższy akt miłości Boga do nas – źródło naszego odrodzenia i duchowej siły. Spróbujmy zadać sobie pytanie, jak to się stało, że słowo tak pełne duchowego zwycięstwa i życiodajnego światła stało się dla nas, ludzi współczesnych, tak przerażające, tak nieprzeniknione i ciemne, jakby stanowiło nie bramę życia, lecz wrota do piekieł.

Podzielę się osobistym wspomnieniem. Pewnego razu w Holandii odwiedziłem cmentarz żołnierzy niemieckich, poległych na tych terenach w okresie II wojny światowej. Zebrano ich w jedno miejsce i pochowano każdego w osobnej mogile, grubo ponad trzydzieści tysięcy ludzkich ciał… Widok był wstrząsający: las grobów, którego wzrok nie był w stanie ogarnąć, szachownice rozległych kwater na tle ciemnej zieleni traw, tu i ówdzie kępa drzew i dalej znów groby i groby, bielejące krzyżami po linię horyzontu. Cisza… A w niej nic z tej atmosfery poważnej i podniosłej zarazem, która unosi się nad grobami bliskich, o których pamięta się z wdzięcznością, z którymi, mimo śmierci, czuje się jakąś tajemniczą więź. Atmosfera tego cmentarza, na który patrzyłem, była przeniknięta jakąś przejmującą pustką, właśnie – pustką, nawet nie owym krzykiem dramatu, jakim przemawiają czasem zbiorowe mogiły ofiar katastrof.

Myślałem: „Ileż w życiu tych ludzi było wysiłku, trudu, poświęcenia, cierpienia, potu i krwi, a w końcu i ofiary – najwyższej. Lecz gdzie są owoce tego wszystkiego? Gdzie jest to coś, co potomnym daje poczucie wartości i sensu tego, czym żyli i za co umierali? Pustka…”. A w tej pustce krzyże bielejące na zielonej murawie – krzyże wskazujące na Odkupiciela.

Nie o takich krzyżach marzyli ci młodzi ludzie, gdy na placach defilad stali z prawymi rękami wzniesionymi w górę na cześć swego wodza. Po śmierci postawiono im zupełnie inne. Może z myślą, że byli wszak ochrzczeni (wtedy jeszcze przeważnie), a może z poczuciem, że na świecie istnieje tylko jeden jedyny symbol, który jest w stanie udźwignąć tak głęboki dramat człowieka – symbol męki i śmierci, w której Bóg na ludzkie szaleństwo odpowiedział swoim.

W tym samym czasie, gdy na polach bitew ginęli ci, których pochowano na tym cmentarzu, a którzy stanowili zaledwie skromny ułamek wszystkich, którzy oddali swe życie dla szaleńczej idei, w jednym z ocalałych jeszcze klasztorów pewien niemiecki (właśnie niemiecki) benedyktyn, o. Odo Casel, liturgista, wygłaszał do sióstr zakonnych, również benedyktynek, konferencję o istocie ofiary i poświęcenia. Podkreślał z głębokim przekonaniem, że  do  istoty  ofiary  należy  jej   przyjęcie  przez  Boga. Ofiara – mówił – której Bóg nie przyjmuje, nie jest ofiarą, lecz tragedią… Przeciwnie zaś, ofiara, którą przyjmuje Bóg, staje się dla człowieka wewnętrznym umocnieniem, poszerzeniem i uwiecznieniem tego, co w człowieku dobre i szlachetne, obdarowaniem go nadprzyrodzonym życiem łaski, stanowi misterium wprowadzające go w wewnętrzne życie Trójcy. Taką ofiarą przyjętą jest, po pierwsze, ofiara Chrystusa oddającego na krzyżu swe życie w ręce Ojca. Przyjęcie przez Ojca krzyżowej ofiary Syna – mówił o. Casel – staje się Jego Paschą, czyli przejściem przez śmierć ku zmartwychwstaniu, Jego zwycięstwem absolutnym nad siłami ciemności. Z kolei człowiek przez sakramenty, w szczególności sakrament Eucharystii, w tej ofierze Chrystusa partycypuje, karmiąc się jej owocem. Przez udział człowieka w Eucharystii zwycięstwo Boga staje się stopniowo również zwycięstwem wiernego nad tym wszystkim, co trzyma go w niewoli i poniewierce.

Dwudziesty wiek znał piękne i mądre przykłady ofiarności. Owoce niezliczonych aktów szlachetnego ludzkiego poświęcenia na stałe weszły do skarbca historii. Ale okres ten naznaczony był również w szczególny sposób i ofiarnością człowieka będącą czystym szaleństwem ofiarnością przez Boga nie błogosławioną i nie przyjętą. Miliony ludzi oddawało swoje życie bezmyślnie i bezsensownie. W całej historii świata nie było systemów tak manipulujących ofiarnością człowieka, jak hitleryzm i komunizm.

Ta tragedia sięgnęła niesłychanie głęboko, ponieważ w ofiarę składaną w służbie jakiejś idei człowiek zawsze wkłada swoje serce. Dlatego może właśnie największą krzywdą, jaką można wyrządzić człowiekowi, jest nie tyle odebranie mu życia, ale skłonienie go, by sam oddał je dobrowolnie podczas męki w służbie czegoś, w czym nie ma ani życia, ani prawdy.

Gdy kolejne pokolenie miało przed oczami takie cmentarze, z czym młodym ludziom mogło kojarzyć się pojęcie ofiary? Z czystą głupotą. Jednocześnie cywilizacja konsumpcyjna podpowiedziała łatwą drogę ucieczki od przeszłości i niewygodnych pytań o samych siebie. Oddano się więc jej „na wychowanie” bez reszty. Miejsce hasła „Walcz o jedynie słuszną sprawę” zajęły hasła „Używaj”, „Korzystaj” i, broń Boże, niczego przypadkiem nie „poświęcaj”, w nic nie angażuj się tak dalece, by ciebie samego to cokolwiek kosztowało. Ciesz się łatwym sukcesem, który uwalnia z brzemion, a wszelkie życiowe wymagania odrzucaj jak najdalej, bo one zawsze i wszędzie oznaczają tylko pozbawianie cię czegoś i w zamian nie dają nic. Miejsce ofiarnego herosa, najgłębiej i do śmieszności oszukanego przez nadęte pychą ideologie, zajął teraz wiecznie słaby jak niemowlę błazen, niezmiennie infantylny, krzykliwie pusty i tożsamościowo zdezorientowany mężczyzna, rozrywany jeszcze własną seksualnością, a obok niego oszukana, mimo pewnej pozytywnej emancypacji, kobieta, nieświadoma bohaterka powiedzonka, iż „nie sztuka ostrzyc owcę – sztuka zrobić to tak, żeby jeszcze z radości tupała nogami”.

Cywilizacja konsumpcyjna odcięła człowieka od źródła życia. Z biegiem lat jej destrukcyjna siła wessała jak tornado i dawnych zwyciężonych, i ich zwycięzców. Ci ostatni od czasu do czasu mówią wprawdzie jeszcze z dumą o niektórych swoich przodkach, ale nigdy, absolutnie nigdy o swoich korzeniach. W takim świecie nie ma i nie może być miłości. To, co człowiek tak nazywa, jest tylko pustym dźwiękiem, jękiem wiecznie niedokarmionego niemowlęcia, nagłówkiem kolejnego pustego rozdziału nigdy nie napisanej książki.

Stało się tak, ponieważ człowiek swą duchową słabość uznał za stan właściwy swej naturze. Nie dostrzegł szerszej perspektywy człowieczeństwa. Hedonistyczna propaganda robi dziś wszystko, by szacunek należny ludzkiej godności wymieszać z żabią perspektywą naszego człowieczeństwa. Jednak taka perspektywa nie jest okazaniem szacunku dla godności ludzkiej, lecz kpiną z niej. Chrystus najbardziej nawet zniewolonym ludziom ukazywał w sobie samym perspektywę wolności jako możliwą do osiągnięcia. Już samo Jego pojawienie się sprawiało, że w człowieku budziła się nadzieja przezwyciężenia zniewalających go nałogów, nieopanowanych skłonności, powrotu po grzechu do czystości serca.

Chorym, do głębi chorym jest świat, który nie chce być szkołą człowieczeństwa. Takiej cywilizacyjnej, mentalnościowej zapaści nie znały nawet odległe, pogańskie czasy.

Liturgia zabiera nas stąd – nie tak wprawdzie, by od razu przenosiła tam, gdzie otrze Bóg wszelką łzę (Ap 21,4)– ale dając już tu, na ziemi, wystarczającą siłę do podążania pod prąd spadkowym tendencjom naszych czasów. W każdej mszy świętej tuż po przygotowaniu darów wyrażających ludzki wkład w Eucharystię: owoców ziemi i pracy rąk ludzkich, na progu liturgii eucharystycznej kapłan zwraca się do uczestników słowami: „Módlcie się, aby moją i waszą Ofiarę przyjął Bóg, Ojciec wszechmogący”. Przyzwyczailiśmy się do tych słów, odpowiadamy na nie mechanicznie. A one przekazują coś bardzo ważnego, mianowicie że Bóg nie dopuszcza nigdy, by zainicjowany i ukierunkowany Jego wolą ludzki wysiłek i trud poszedł na marne.

Chrystus szedł na krzyż, po ludzku cierpiąc, lecz wewnętrznie z najgłębszym poczuciem sensu tego, co czyni, więcej – widząc w perspektywie owoce tego działania. Jego ofiara nie była „cierpiętnictwem”, lecz walką do końca , wbrew wszystkiemu, czym siły ciemności starają się zabiec życiu drogę. I Jego krzyż stał się w tej walce zwycięstwem. Kluczem do wszystkich problemów świata.

Bóg nie manipuluje ludzkim poświęceniem. Chrystus nadaje mu kierunek i wzmacnia je wewnętrznie, włącza w swe uwielbienie i dziękczynienie Ojcu. Duch Święty budzi uśpione ludzkie serce, otwiera umysł i sprawia, że człowiek pragnie stać się darem, by prawdziwie i w pełni posiadł też samego siebie. Jeśli ofiarę składamy na właściwym ołtarzu, nigdy nie pozostaje ona bezowocna – przyjęta przez Boga staje się w nas Jego życiem, Jego siłą, Jego zwycięstwem, a pośród nas duchową komunią braterstwa i jedności.


Fragment z książki Duchowość kształtowana przez liturgię Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nic nie może być ważniejsze od Służby Bożej [cz.2]

Bóg jest zatem w Bożym oficjum obecny w sposób bardzo bliski, bezpośredni, gdyż jest On w centrum każdego działania liturgicznego, przede wszystkim w czasie składania Ofiary Eucharystycznej, najważniejszej w ekonomii zbawienia. I to wystarczy, aby określić naszą postawę, tak wewnętrzną, jak zewnętrzną. Można także przypomnieć, że formuły błogosławieństwa, a zwłaszcza poświęcenia naszych kościołów, upewniają o szczególnym zamieszkaniu w nich Trzech Osób Boskich i dworu niebieskiego i mają w tym określony cel: „Terribilis est locus iste…”. Bez wątpienia liturgia sprawowana w pierwszych oratoriach monastycznych nie była jeszcze tak pełna namaszczenia i przesiąknięta zapachem kadzidła, jednak rozdział 52 Reguły ukazuje, z jakim szacunkiem już św. Benedykt traktował te miejsca.

Kontynuując formułowanie zasad dotyczących modlitwy, św. Benedykt mówi: „Dlatego też pamiętajmy zawsze, co mówi Prorok: Służcie Panu z bojaźnią (Ps 2,22), a również na innym miejscu: Śpiewajcie mądrze (Ps 46,8 [Wlg]) i będę śpiewał Ci psalm wobec aniołów (Ps 138[137],1)” (RB 19,3–5). Mamy więc najpierw powtarzaną wciąż zachętę do bojaźni Bożej. To ona nadaje i podtrzymuje ton, właściwy akcent całej modlitwy liturgicznej. Dla Izraelity o twardym karku i zbłąkanym sercu bojaźń religijna mogła łatwo stać się niewolniczym strachem, dla sprawiedliwych pojęcie to przyjmowało nieco inne znaczenie. Dla chrześcijan, którzy ośmielają się mówić „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”, bojaźń Boża jest przeniknięta czułością. Ale szacunek i uwielbienie nigdy nie znikają z pola widzenia, a przed czytaniem tak prostych i pełnych słodyczy słów Ewangelii prosimy, aby rozżarzony węgiel oczyścił nasze wargi, tak jak uczynił to z wargami Izajasza przed Świętym Panem Zastępów (zob. Iz 6,3), co było początkiem jego misji. Przychodzimy służyć Królowi w Jego pałacu. Przypomnijmy sobie wielkie obrazy Apokalipsy. Reguła w wielu miejscach ustanawia różne zewnętrzne znaki szacunku, które mają podtrzymywać uczucia duszy. Tak więc gdy opat czyta Ewangelię, „w tym czasie wszyscy stoją pełni czci i bojaźni” (RB 11,9); ci, którzy pracują na polach, „ odprawią Oficjum Boże w miejscu pracy, zginając kolana przed Panem, pełni bojaźni” (RB 50,3); mnich, który śpiewa lub czyta w oratorium, ma to zawsze czynić „z pokorą, powagą, bojaźnią” (RB 47,4); a „gdy tylko kantor zacznie Chwała Ojcu (na zakończenie psalmu), niech zaraz wszyscy wstaną z ławek, by okazać cześć i szacunek Trójcy Świętej” (RB 9,7).

„Psallite sapienter”. Gdy psalmista wzywa do oddawania chwały Bogu, zaraz dodaje, że winniśmy to czynić, gdyż Bóg jest Królem całej ziemi, hymn zaśpiewajcie! Bóg króluje nad narodami, Bóg zasiada na swym świętym tronie (Ps 47[46],8–9). Septuaginta i Wulgata dodają: „mądrze”. Mądrość, według Pisma Świętego, polega na wyznawaniu istnienia Boga jedynego oraz na dostosowaniu naszego postępowania do Jego przykazań. Święty Benedykt bez wątpienia chce tutaj powtórzyć, że wszelka modlitwa liturgiczna powinna być szczera, wyrażać rzeczywistość naszej wewnętrznej czci dla Boga. Ma ona być całkowitym zaprzeczeniem pustego rytualizmu, który wydaje się wystarczać tak wielu modlącym się. Święty Bazyli nauczał już wcześniej: „Jeśli ktoś uwrażliwia swojego ducha na słowa psalmów, w ten sam sposób jak zmysł smaku jest wyczulony na rozpoznawanie smaków rozmaitych potraw, to wypełnia tym samym słowa »śpiewajcie psalmy mądrze«”. Możemy już teraz podsumować, że nasze uczestnictwo w oficjum powinno być tak skupione i tak pełne zrozumienia, jak tylko jest to możliwe, ale nie aż tak, by prowadziło do bólu głowy. Przed i w trakcie oficjum powinniśmy konsekwentnie zaangażować w tym celu wszelkie dostępne środki: zainteresować się, przygotować, studiować. Bycie skoncentrowanym na tym, co się mówi i co się dzieje, wydaje się nam najlepszym sposobem uczestniczenia w modlitwie chórowej, bez popadania w drobne i często dość mgliste medytacje równoległe. Czyż nie zwracamy się bezpośrednio do kogoś, Kto jest samym Bogiem?

W liturgii uczestniczą również aniołowie; wszyscy u boku swojego Pana, także ci – jak mówi teologia – wysłani z misją. Wszyscy „wpatrują się bez przerwy w twarz Ojca” (por. Mt 18,10). Święty Benedykt ujawnia w tym miejscu swoje nabożeństwo do aniołów. Wyjaśnił już wcześniej, że wszystkie nasze uczynki dokonują się przed oczami i z pomocą tych Bożych posłańców (zob. RB 7,13 i 28), że dzięki ich nieustannemu krążeniu pomiędzy niebem a ziemią Mistrz – jeśli można tak powiedzieć – nieustannie jest informowany o wszystkim: o dobru i złu, tak w dzień, jak i w nocy. W naszym tekście mamy więc powtórzoną wizję niezliczonego zgromadzenia duchów, mamy ponad to przypomnienie, że nasze najważniejsze dzieło, tj. liturgia, dokonuje się z pomocą aniołów „przydzielonych nam” (RB 7,28) – „nobis deputatis”. Śpiewamy psalmy nie tylko wobec tych bytów, będących nieustanną kontemplacją i miłością, ale i z ich pomocą, co nas umacnia i samo w sobie jest powodem chwały. Już teraz tworzymy jeden chór z tymi towarzyszami naszej wieczności: jest tylko jedno miasto Boże, jedna liturgia. Staramy się, aby jak najmniej – na tyle, na ile jest to możliwe – zaburzać harmonię ich pieśni. To w nich realizuje się dosłownie ideał przedstawiony przez św. Augustyna: „Laus cantandi est ipse cantator” – „chwałą Tego, który jest opiewany, jest sam śpiewak”.

Przy okazji przypomnijmy, że dla św. Benedykta jak dla wszystkich starożytnych mnichów, o czym świadczy Kasjan, oczywista jest również obecność złych aniołów, którzy na nas czyhają i z którymi powinniśmy toczyć nieustanną walkę. Mówi nam to już św. Paweł: Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich. Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko (Ef 6,12–13). A św. Piotr dodaje: Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży, szukając kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu! (1 P 5,8–9).

Dziewiętnasty rozdział Reguły zamyka uderzająca sentencja, która stała się sławna. Jest ona inspirowana myślą św. Augustyna: „tak śpiewajmy psalmy, aby nasze serce było w zgodzie z tym, co głoszą nasze usta” (RB 19,6–7). Święty Benedykt w innych słowach niestrudzenie daje tę samą radę: bądźmy prawdziwi, niech wewnętrzne dyspozycje duszy będą w pełnej harmonii ze słowami, które wypowiadamy. Jeśli nie chcemy odnosić się do Boga z lekceważeniem, nie możemy nigdy zakładać, że Bóg zadowoli się formalnie poprawnym „wykonaniem” uroczystej modlitwy chórowej. Zwykle wierni nie mylą się w tych sprawach i od razu rozpoznają – po zapale, harmonii i spokoju śpiewu chorałowego – wspólnoty uporządkowane i gorliwe. Wydaje się, jakby nie miały nic innego do wykonania oprócz modlitwy chórowej. Jedna z modlitw z sakramentarza leoniańskiego wyraża tę samą myśl, co nasza Reguła: „Laudent te, Domine, ora nostra, laudet anima, laudet et vita; et quia tui muneris est quod sumus, tuum sit omne quod vivimus” – „Niech chwalą Cię, Panie, nasze wargi, niech chwalą Cię nasza dusza i całe nasze życie, a ponieważ Twoim darem jest to, że jesteśmy, niech Twoim będzie także wszystko, czym żyjemy”.

Dodajmy jeszcze, że wzniosłość starożytnych melodii gregoriańskich doskonale współgra z charakterem liturgii mnichów i z ich osobistą modlitwą. Julien Green zapisał w swoim Dzienniku w 1947 r.: „U progu klauzury ginie ohydna agitacja świata. Mam wrażenie, że życie benedyktyńskie jest tylko śpiewem szczęścia i miłości. Na sposób nieco powolny, to prawda. Ale ta powolność ma swój urok, moim zdaniem jest ona bardzo cenna w świecie, który przez namiętność do szybkości stał się prawie doszczętnie ogłupiałym. Śpiew to właśnie to, co najważniejsze. Wszystkie godziny od Jutrzni do Komplety są śpiewane łagodnie, można powiedzieć z czułością. O, jak bardzo mnisi troszczą się o muzykę! Ich głosy są zarazem tak pewne i tak pokorne! »Bis orat qui cantat« – »dwakroć modli się, kto śpiewa«, mówi św. Augustyn. Niekiedy nachodzi mnie myśl, że ci zakonnicy żyją w pewnego rodzaju wielkim śnie liturgicznym, chociaż w rzeczywistości to oni żyją w prawdzie, a my tworzymy sen, zawsze zresztą gotowy zamienić się w koszmar”.


Dom Augustin Savaton OSB Wartości fundamentalne monastycyzmu Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nic nie może być ważniejsze od Służby Bożej [cz.1]

W trakcie trwającego od dawna sporu o pobożność liturgiczną, o ascetyzm i liturgię jeden z jego uczonych uczestników zapytał ironicznie, jakie było na pustyni życie liturgiczne Ojców, skoro niektórzy zapominali nawet – jak św. Benedykt w Subiaco – o świętach wielkanocnych! Gdy autor Reguły deklaruje pod koniec Prologu, że zamierza ustanowić „szkołę służby Pańskiej” (RB Prol,45), ma na myśli cały zbiór obserwancji monastycznych, a nie tylko opus Dei – liturgię. Niezależnie od tego, jak wielka jest godność służby Bożej, asceza i modlitwa indywidualna powinny zostać uznane w praktyce za fundamentalne i pierwsze. Można sobie wyobrazić – chociaż byłby to stan godny pożałowania – ascetę, którego życie liturgiczne byłoby zredukowane prawie wyłącznie do przyjmowania sakramentów, a jednak byłby on włączony w liturgię Kościoła, może nawet bardziej niż inni! Ale w normalnym życiu chrześcijańskim strzeżmy się przed przeciwstawianiem sobie modlitwy osobistej i liturgii. Pomiędzy nimi zachodzi zbieżność i wzajemne przenikanie się – gdy modli się człowiek ochrzczony, to Chrystus i Jego Duch modlą się w nim, w sposób niewidzialny całe Mistyczne Ciało Chrystusa, czyli Kościół, zwraca się wówczas do Boga. Jednakże gdy ktoś mówi „liturgia”, to myśli o modlitwie i działaniu zorganizowanym, przełożonym na obrzędy i zawsze, bardziej lub mniej wyraźnie, kolektywnym. „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18,20) – mówi Pan. Liturgia realizuje te słowa w sposób wzniosły i uroczyście.

Bądźmy pewni, że pierwsi mnisi mieli wyczucie dotyczące liturgii. Cenili pewne modlitwy liturgiczne, żyli nimi i czerpali z nich pokarm duchowy. Warto zauważyć, że cenobici z Tabeny przejęli i wpisali w swój porządek modlitwy nabożeństwa, które były wówczas odprawiane w tamtejszych kościołach. Podstawę tych nabożeństw stanowiło odmawianie psalmów. Kasjan opowiada nam o dobrze uporządkowanych, codziennych zgromadzeniach liturgicznych u mnichów egipskich. W soboty i niedziele udawali się oni na Mszę świętą i przyjmowali Komunię. Nawet jeśli opus Dei było jeszcze wtedy na wstępnym etapie organizacji, ówcześni mnisi bardzo szybko, niejako instynktownie, zrozumieli, że podobnie jak w kościołach lokalnych, kult ma zasadnicze znaczenie dla wspólnoty chrześcijańskiej, nawet oderwanej od świata.

Gdy pisano starożytne Reguły: z Lérins, z Arles, Regułę Mistrza czy Regułę św. Benedykta, istniała już kompletna liturgia należycie dopracowana nawet w drobnych szczegółach. Poświęcano na nią długie godziny. Czytając Regułę św. Benedykta, ma się wrażenie, że całe życie obraca się wokół służby Bożej, że Boże oficjum wyznacza cały jego rytm, a lektury i studia do niego właśnie prowadzą. W tej epoce Msza święta była sprawowana tylko w określone dni. Gdy nadchodziła godzina oficjum, należało porzucić inne zajęcia: „Nic nie może być ważniejsze od Służby Bożej” (RB 43,3) – zdanie to dobrze pokazuje, jak ważna była liturgia dla naszego Prawodawcy. Nawet jeśli, biorąc pod uwagę kontekst, słowa te nie ustanawiają obowiązującej bezwarunkowo zasady powszechnej, jest pewne, że cała obserwancja, całe życie duchowe, wszelka modlitwa prywatna prowadzą do uroczystej liturgii Kościoła. To właśnie ukazał Dom Paul Delatte w pełnych treści słowach początku komentarza do 8 rozdziału Reguły.

Przez wieki Boże oficjum mnichów w bardzo znaczący sposób wpływało na liturgię „świecką” (niemonastyczną) i nieustannie się rozwijało. Dziś świat chrześcijański coraz bardziej zdaje sobie sprawę z wartości tego kultu i z wielkiego bogactwa życia duchowego – indywidualnego i wspólnotowego, które może wzrastać pod wpływem „modlitwy Kościoła” połączonej z lekturą Pisma Świętego. Każdy klasztor uważa za swój obowiązek i swoją chwałę celebrowanie Bożego oficjum z wszelkim nabożeństwem i doskonałością. Przede wszystkim ze względu na Boga, ale również z powodu wiernych, którzy pragną uczestniczyć w czymś innym niż to, co mogą znaleźć w swoich niemonastycznych kościołach. Każdy klasztor pilnuje też miary powściągliwości i powagi, które przystoją instytucji monastycznej. Nie zamierzamy rywalizować z katedrami. I chociaż sztuka zawsze odgrywa rolę w budynkach, ornamentach, śpiewach i ceremoniach, liturgia nie jest nigdy tylko przedstawieniem teatralnym. Żywe upamiętnienie Misterium Chrystusa odbywa się w atmosferze prostoty, skupienia i pokoju.

W rozdziale 19, podobnie jak w 20, św. Benedykt precyzyjnie wskazuje na to, co czyni z oficjum autentyczną modlitwę, co jest jej duszą, co odciska na niej swoje piętno, co wreszcie zapewnia jej pełną owocność. My również w tej książce przyjmujemy ten punkt widzenia. Nasza modlitwa liturgiczna, nawet w tym, co dotyczy brzmienia dźwięków, wrażeń odbieranych zmysłowo, ale także w tym, co jest jej wewnętrzną wartością – bycia „głosem Oblubieńca i Oblubienicy”, głosem Kościoła – wymaga odpowiedniego nastawienia duszy i wspólnego zgromadzenia w chórze (nie mówimy tu o sakramentach, działających ex opere operato). Trzeba nam jeszcze raz podkreślić pierwszeństwo sprawcze tego, co duchowe. Mówiąc o wychwalaniu imienia Bożego i osiąganiu celów Kościoła, nie umniejszajmy nigdy znaczenia wewnętrznych dyspozycji człowieka modlącego się, „liturgizującego”. Życie duchowe warunkuje modlitwę, także i przede wszystkim publiczną. Niedoskonałości i braki tego życia negatywnie wpływają na pracę „młynów modlitwy”. Może nam zależeć na dawaniu przykładu niewzruszonej dyscypliny czy rygorystycznego przestrzegania rubryk – są to rzeczy rzeczywiście konieczne. Ale Pan patrzy poza chwilę obecną, poza dziejącą się akcję liturgiczną z jej blaskiem i pięknem i pyta: „Jakie jest stałe ukierunkowanie modlącej się duszy? Gdzie ona mieszka? Jaki jest jej najgłębszy rytm?”. Jeśli nie ma poważnego życia wewnętrznego, można bez końca mnożyć różne czynności przed bramą wiodącą do rzeczywistości niewidzialnych i zawsze będzie to tylko – jak to surowo ujął Apostoł – miedź brzęcząca i cymbał brzmiący (1 Kor 13,1). Mówiąc krótko, modlitwa liturgiczna osiąga w pełni swój cel wtedy, gdy jest celebrowana przez dusze szukające Boga i swoją intencją stale zwrócone do Niego. Wiemy, jak bardzo obrzędy zewnętrzne – konieczne, aby włączyć nasze cielesne bytowanie w wychwalanie Boga – są wypełnione wartościami symbolicznymi i duchowymi, jak wielkie mają oddziaływanie pedagogiczne. Jednak zdając sobie z tego sprawę, trzeba wciąż uważać, aby nie pozbawić ich tego, co stanowi istotę modlitwy.

Święty Benedykt od razu przechodzi do sedna sprawy, przypominając na początku pierwszą zasadę duchowości: „Uważać za rzecz pewną, że Bóg patrzy na nas na każdym miejscu” (RB 4,49). Wskazuje na realność Boga – jest to dla modlącego się jedyny Byt, który się liczy; na jego wszechobecność, obecność, która jest z natury aktywna: Ten, który żyje i który widzi, jak głosi Stary Testament. Jednak nasze bezpośrednie spotkania z Bogiem są bardziej albo mniej uroczyste: są momenty, miejsca i akty uprzywilejowane. Przebudzona wiara bez żadnego wahania wskazuje na to, co nazywa się „dziełem Bożym”, Bożym oficjum. Jest ono Boże nie tylko dlatego, że skomponowane jest w przeważającej części z tekstów Pisma Świętego. Jeśli jest tak wzniosłe i pełne nauki, to nie tylko dlatego, że jest żywą syntezą czcigodnych formuł i obrzędów. Oficjum jest Boże, gdyż Matka Kościół powierza mu całą swoją władzę i skuteczność swej mocy błagalnej. Należałoby nawet powiedzieć, że Liturgia (pisana wielką literą) nie jest wytworem, jest działaniem żywej osoby. To jedyny Arcykapłan, który zjednoczony ze wszystkimi członkami swojego Mistycznego Ciała upamiętnia i realizuje, aż do skończenia świata, dzieło odkupienia, które ma swój punkt kulminacyjny w uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego. Przez Niego więc – głosi List do Hebrajczyków – składajmy Bogu ofiarę czci ustawicznie, to jest owoc warg, które wyznają Jego imię (Hbr 13,15).


Dom Augustin Savaton OSB Wartości fundamentalne monastycyzmu Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Niedziela Pięćdziesiątnicy

Dzisiejsza niedziela jest jak dzień, w którym na przemian to pada deszcz, to znów świeci słońce. Najpierw mówi o miłości – agape – a wkrótce potem o cierpieniu, o ślepocie ludzi i ich oświeceniu. Agape, gnosis, cierpienie – oto trzy jej podstawowe motywy. W poważnym czasie po Siedemdziesiątnicy agape i gnosis są jak błysk światła w ciemności; jednakże cierpienie znów zaciemnia obraz i wskazuje, że to, co najcięższe, dopiero jest przed nami. Siedemdziesiątnica i Sześć­dziesiątnica pełne są poważnych myśli. W dniu Sie­dem­dziesiątnicy światło Epifanii ustępuje; za to widzimy straszliwy obraz pierwszego grzechu (czytania z 1 nokturnu). Stworzenie Boże jest cudowne i wspaniałe, pełne światła i ciepła; człowiek jednak w swej wolnej woli rozbił i zepsuł dzieło Boga. Dlatego pozostaje mu tylko walka i trud. Także człowiek odkupiony przez Chrystusa nadal znajduje się w tej walce i tym trudzie; grzech bowiem wciąż zagraża także i jemu, a następstwa grzechu musi znosić jako pokutę. Nawet św. Paweł Apostoł staje przed nami w dniu Siedemdziesiątnicy jako zawodnik, który zaprawia się do walki, pragnąc nagrody za zwycięstwo. Tak biegnijcie, abyście ją otrzymali (czytanie 1 Kor 9,24). Poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę (tamże, 27). Święta asceza jest konieczna w tej walce życia: wyrzeczenie, posłuszeństwo, ćwiczenie woli, powaga, pokuta, łzy, posty, powściągliwość. Lecz mimo to zwycięstwo nie zależy od tego, kto go chce lub o nie się ubiega, ale od Boga, który wyświadcza łaskę (Rz 9,16). Wszystko zależy od łaski i miłosierdzia Bożego. Pokazuje nam to Ewangelia z niedzieli Siedemdziesiątnicy (Mt 20,1–16). Gospodarz na pozór postępuje wbrew wszelkiemu rozsądkowi i sprawiedliwości, dając wszystkim jednakową zapłatę, ostatniemu taką samą jak pierwszemu. Jednakże mówi: Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? (Mt 20,15). Bo to jest Pan, który czyni tak z dobroci, a nie ze sprawiedliwości; z łaski, a nie według zasług. Dlatego też w Jego postępowaniu jest sprawiedliwość wyższa od tej ludzkiej; sprawiedliwość Boska, która dla nas często jest niepojęta, a przecież tylko ona trafia w to, co słuszne, gdyż wypływa nie z czystej kalkulacji lub tak zwanego poczucia sprawiedliwości, lecz z agape; nie z litery prawa, lecz z Ducha. Agape nawet u człowieka jest o wiele delikatniejsza od czystej sprawiedliwości.

W ten oto sposób Siedemdziesiątnica przygotowuje nas więc do Paschy – ludzkim wysiłkom musi towarzyszyć ufność w łaskę. Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać (Łk 17,10). Gdy uczynimy wszystko, wówczas Bóg spełni to, co najważniejsze i dopiero wtedy nada wartość naszemu działaniu.

Myśli te znajdują kontynuację w dniu Sześćdziesiątnicy. W czytaniu św. Paweł staje przed nami jako bojownik i pracownik winnicy Pańskiej (2 Kor 11,19 – 12,9). Całe jego życie było walką i trudem, prześladowaniem i biedą. Jakże tego człowieka nienawidzono! Nigdzie nie mógł zaznać spokoju. Gdy jeden wróg nieco ustąpił, zaraz pojawiał się nowy. Najgorsze zaś było to, że często największą nienawiść i wrogość okazywali mu jego bracia; do tego dołączało się jego słabe zdrowie, prześladowania przez państwo i troska o swoje duchowe dzieci. Jednak ten człowiek nie chlubi się swoimi dokonaniami. Mógłby się chlubić, gdyż dopiero dzięki niemu, „nauczycielowi narodów”, chrześcijaństwo stało się religią światową. Jednakże św. Paweł mówi: Tylko moimi słabościami chcę się chlubić (por. 2 Kor 12,5). Gdyż wtedy, gdy on jest słaby, Chrystus jest w nim mocny. A Chrystus jest jego chlubą, jego życiem i jego miłością. Chce być wszystkim tylko dla Chrystusa, który umarł za niego. Przeogromne jest objawienie mocy Chrystusa w Jego wiernym Pawle. Dlatego aby się przypadkiem nie wynosił, Bóg posłał mu wysłannika szatana, który go policzkował. Pan powiedział Pawłowi: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali (tamże, 9). Tak więc Paweł chce się chlubić swoimi słabościami, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa (tamże, 9), moc agape. Jakże mały jest człowiek, który polega na samym sobie, i jakże wielki jest ten, kto zapomina o sobie!

W ten sposób także i my musimy kroczyć naszą drogą życiową. Cierpliwie znosić słabość, którą Bóg nas obarcza, i w Nim pokładać ufność! Nawet grzechy, które Bóg dopuści, pokornie znosić w pokucie, tak by Chrystus mógł się w nas okazać Odkupicielem i Zbawcą. Gdy tak często zawodzimy, gdy nasze siły są tak nikłe i mizerne, powinniśmy się z tego tylko cieszyć; bo przez to człowiek maleje, a Bóg rośnie. Niekiedy Bóg przez całe życie każe nam dźwigać jakieś ciężary, byśmy dzięki temu spokornieli i zawołali: Panie, do Ciebie się uciekam, niech nigdy nie doznam zawodu (Ps 31[30],1; Te Deum). Co wcale nie znaczy, że mamy przestać walczyć ze swymi słabościami! Kto nie walczy, ten już przegrał. O nie! – tylko w tej walce jest zwycięstwo, początkowo jeszcze ukryte i zamknięte, potem jednak, gdy Bóg zechce – jawne. Jednak Bóg często przez dłuższy czas nie daje nam kosztować zwycięstwa, byśmy go nie utracili. Cóż bowiem przyszłoby nam z zewnętrznego triumfu, gdybyśmy przy tym odcięci zostali od prawdziwego źródła mocy? W końcu zaczęlibyśmy sądzić, że to my sami je osiągnęliśmy, podczas gdy przecież tylko miłosierdzie Boże może nas ocalić. Kto się chlubi, niech się w Panu chlubi (1 Kor 1,31). Tylko cierpliwość przynosi koronę.

W Ewangelii (Łk 8,4–15) niebieski Siewca chodzi i sieje ziarno Słowa – Logosu. Wszystkim daje swoją łaskę. Na pozór beztrosko rozdaje swoje dary, nie zważając, gdzie padną. Tutaj znów widać wielką odpowiedzialność człowieka. Mimo że również on we wszystkim zależy od Boskiego miłosierdzia, Bóg żąda od niego, by był otwartym na Logos. Kto zamyka się w sobie samym, popada w zatwardziałość, zagrzebuje się we własnym „ja”, ten na próżno przyjmuje łaskę; nie wydaje owocu. Nawet moc Boża nic nie zdziała wobec zatwardziałego serca! Bóg jest bezsilny wobec pyszałka! Nie uskarżajmy się więc na Boga, jeśli nie przynosimy owoców, lecz spulchnijmy nasze serce przez wyrzeczenie się siebie, przez łzy pokuty, żal i skruchę. Nie gardzisz, Boże, sercem pokornym i skruszonym (Ps 51[50],19). Pozwólmy więc, by nasze serce rozorał pług Bożego miłosierdzia, który przez ciosy, sprzeciwy i napomnienia chce nas spulchnić. Pokora i miłość muszą przygotować naszą wolę, by przyjęła każde ziarenko i dała mu grunt do wzrostu. Człowiek zatwardziały jest jak kamień, który leży w ogniu, a mimo to się nie pali. Tak też i my jesteśmy otoczeni ze wszystkich stron przez łaskę Bożą, a mimo to pozostajemy nieczuli. Takich ludzi usta Boże, z których pada nasienie Logosu, muszą wypluć. Inni przyjmują Logos na jakiś czas, lecz pozwalają, by szatan zniszczył owoc, gdyż bardziej słuchają jego niż Boga. Szukają własnej dumy, własnych pożądań; dlatego łaska Boża nie pozostaje w nich na trwałe. Gdyby Bóg dawał im ziemską chwałę i radość, wówczas by z Nim trzymali. Lecz ponieważ On wymaga krzyża i ofiary, wolą iść do diabła, który kłamliwie obiecuje im same dobra. Inni przez jakiś czas pałają nawet entuzjazmem dla rzeczy Bożych: z radością przyjmują Logos (Łk 8,13). Gdy jednak przychodzi próba, odstępują. Nie chcą służyć Logosowi, lecz by Logos im służył, przysparzał im uciech. Inni traktują Go poważniej, lecz pozwalają się porwać troskom tego świata. Są to aktywiści, którzy mimo całej swej aktywności nigdy w swym wnętrzu nie dochodzą do samych siebie; lub też ci, którzy nade wszystko cenią gospodarkę, ziemskie dobra i rozkosze tego świata. Chrystus jednak żąda: Starajcie się naprzód o królestwo <Boga> i o Jego sprawiedliwość (Mt 6,33).

W tle niedzieli Sześćdziesiątnicy znajduje się wzniosłe i za­­razem posępne opowiadanie o potopie (czytanie z 1 nokt.). Cała ludzkość popadła w grzech i to tak bardzo, że Bóg mówi: żałuję, że ich stworzyłem (Rdz 6,7). Straszliwe misterium wolnej woli! Usposobienie człowieka jest złe już od młodości (Rdz 8,21). Tym cudowniej odcina się na tym tle agape Boga, która nie zaniechała rozsiewania ziarna Logosu, a która jednak ostatecznie w niewielu sercach wydaje owoc. Noe – „Pocieszenie” – pocieszył nas mimo złego uspo­sobienia ludzi. Stał się symbolem ufności Bogu i wiary pośród zepsutego świata, symbolem obecności Boga w czasie największego, śmiertelnego zagrożenia.

Przygotowani przez Siedemdziesiątnicę i Sześćdziesiątnicę, lepiej rozumiemy teraz Pięćdziesiątnicę. Dziś jaśnieje nam święta agape, najwyższa cnota Nowego Przymierza, jedyna wartość chrześcijaństwa; gdyż wszystkie inne cnoty i dary mają wartość tylko o tyle, o ile prowadzą do agape. Bez agape wiara, a nawet dobrowolne pójście na śmierć męczeńską i wszystkie charyzmaty są bezwartościowe. Z agape natomiast są nieskończenie cenne. Agape jest pierwszym owocem Ducha (Ga 5,22), jest samym Świętym Duchem (Rz 5,5), od którego pochodzą wszystkie inne dary. Bez agape gnosis jest niebezpieczna, unosi pychą (1 Kor 8,1); w połączeniuagape natomiast poznanie jest widzeniem Boga i zjednoczeniem z Nim. Agape jest tym, co pierwsze i ostatnie; tym co pierwsze – bo bez niej nie można spełnić nawet najmniejszego dobrego uczynku; tym co ostatnie zaś – bo w niej osiągają szczyt wszystkie cnoty. Największa z nich [jednak] – większa od wiary i nadziei – jest agape (1 Kor 13,13).

Lecz agape może mieszkać tylko w czystym sercu, wolnym od wszelkiego szukania samego siebie, w sercu, które pokonało samo siebie i odrzuciło wszelkie przywiązanie do swojego „ja”. Dlatego najpierw musi przyjść Siedem­dzie­siątnicawalka oraz Sześćdziesiątnicasprawdzenie się we wszystkich biedach życia.

Ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość – wypróbowaną cnotę, wypróbowana zaś cnota – nadzieję. A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych (Rz 5,4n).

Agape również wobec Boga musi wyrzec się wszystkich motywów związanych z szukaniem samego siebie. W czasie Siedemdziesiątnicy dusza uczyła się nie obstawać przy własnych zasługach, lecz wszystkiego oczekiwać od Bożego miłosierdzia. W czasie Sześćdziesiątnicy otwiera się na Boskie ziarna i całkowicie wyrzeka się siebie, by nie przeszkadzać działaniu Boga; na bok odkłada przy tym wszelki wzgląd na wartości pozaboskie. W ten sposób dusza stopniowo staje się zdolna do tego, by przede wszystkim w ogóle pojąć miłość, by poznać przewyższającą wszystko gnosis-agape Chrys­tusa (Ef 3,19), to znaczy owo przepełnione miłością widzenie Pana, które prowadzi do zjednoczenia z Nim. To jest długa, mozolna droga do prawdziwej agape, a z drugiej strony jest to lekki, szybki wzlot do agape na skrzydłach łaski. Droga jest trudna i powolna, gdyż wszystko, co ludzkie, wymaga czasu; toteż nasza natura bar­dzo wolno ulega uszlachetnieniu. Droga jest łatwa, gdyż Boża łaska wszystko zwycięża i niesie nas jak na skrzydłach orła.

Bez łaski nigdy bowiem nie otrzymamy agape. Sami z siebie jesteśmy ślepi i głupi, jak niewidomy z Ewangelii w niedzielę Pięćdziesiątnicy (Łk 18,31–43) i jak Apostołowie, gdy Pan do nich mówił, oni jednak nic z tego nie zrozumieli. Rzecz ta była zakryta przed nimi i nie pojmowali tego, o czym była mowa (tamże, 34). Co Pan powiedział?

Oto idziemy do Jeruzalem i spełni się wszystko, co napisali prorocy o Synu Człowieczym. Zostanie wydany w ręce pogan, będzie wyszydzony, zelżony i opluty; ubiczują Go i zabiją, a trzeciego dnia zmartwychwstanie (tamże, 31nn).

Twarde to były słowa dla Apostołów. Nie znali oni jeszcze agape; dlatego też byli jeszcze ślepi. Powinni zawołać razem z niewidomym: Synu Dawida, ulituj się nade mną. Panie, żebym przejrzał (tamże, 39–41). Również do nich Pan później powiedział: Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła (tamże, 42). Wpierw jednak Syn Człowieczy musiał im na własnym ciele pokazać, co znaczy agape. Krzyż jest jednym wielkim i wzniosłym kazaniem o agape. Na Krzyżu nie pozostaje już nic, co nie jest agape. Tym, co rodzi się z Krzyża, jest czysta agape. Potem Apostołowie już przejrzeli; wtedy poznali słowa Proroków; poznali Zmartwychwstanie.

Dlatego od początku Quadragesimy, świętej Czterdziest­nicy, Wielkiego Postu Kościół święty ukazuje nam agape (czyt. 1 Kor 13,1–13). Ona jest celem Drogi Krzyżowej. Dziś jej ton rozbrzmiewa najpierw po to, byśmy odważniej i radośniej obchodzili Czterdziestnicę. Agape i święte widzenie są teraz przedstawione jako nagroda zwycięstwa, miłujące widzenie, widząca i posiadająca miłość.

Tłem jest dziś Abraham – człowiek wiary, heroicznej ofiary, przyjaźni z Bogiem (czyt. z 1 nokt.).

W ten sposób cała niedziela Quinquagesimy, Pięćdzie­siątnicy, otrzymuje radosny i przepełniony nadzieją charakter.

Również po Wielkanocy jest Quinquagesima – Zesłanie Ducha Świętego. Jej darem jest Duch Święty, z którego wypływa doskonała agape. Świętujmy Quinquagesimę przed Wielkanocą w świetle pojawiającej się dziś po raz pierwszy agape, a wówczas również w błogosławionym dniu Zielonych Świąt otrzymamy dar Boży w pełni. Między nimi zaś znajduje się Krzyż, znajduje się śmierć, trud doczesnego życia. Jednakże pełni odwagi kroczymy drogą wyrzeczenia, gdyż agape idzie przed nami i w swojej doskonałości ukazuje się jako nagroda zwycięstwa.


Odo Casel OSB Misterium świąt chrześcijańskich Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Epifania

Dziś jest dzień światła, „Święto Świateł”, jak mówili starożytni. Blask nieba staje się widzialnie obecny na biednej, mrocznej ziemi. Oczom naszym zajaśniała światłość z wysoka. „Przyszedł Król, Pan, Kyrios. W Jego ręku jest Pa­nowanie, władza i cesarska siła”. Przyszedł Uzdrowiciel, nio­sący zdrowie; przyszedł Zbawca, dający wolność. Przyszedł Pacificus – Dawca Pokoju. Przyszedł Syn królewski, filius Regis, który wraz ze swym Ojcem oddaje sprawiedliwość ubogim. Przyszedł Oblubieniec, który obmywa swą Oblu­bienicę w wodzie chrztu i poślubia ją. Od Wschodu do Zachodu cały świat spieszy oddać Mu pokłon; mędrcy ze Wschodu przynoszą dary, które wypaliło słońce: złoto, kadzidło i mirrę; z Zachodu przybywają statki z Tarszisz, przywożąc chłodniejsze dary morza, wysp i Bursztynowego Wybrzeża. Cudowny obraz królewskiego święta roztacza się przed naszymi oczyma, a my sami jesteśmy gośćmi, obdarowanymi, ba! – samą Oblubienicą. Powstań! świeć Jeruzalem, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłyska nad tobą (czytanie, Iz 60,1n).

Jest zupełnie tak, jakbyśmy już teraz obchodzili Chrys­tusowe święto triumfu, jakbyśmy już teraz wołali: „Ty, który siedzisz po prawicy Ojca, zmiłuj się nad nami”. Kyrie eleison! Panie, zmiłuj się nad nami! Advenit Dominus, Kyrios jest obecny!

Czy mamy do tego prawo?

Gdyby rok kościelny był tylko życiem z Jezusem ziemskim, wówczas nie! Wówczas nie moglibyśmy obchodzić dzisiejszego święta. Lecz jak już widzieliśmy, rok kościelny w istocie swej stanowi misterium. A misterium łączy nas z duchowym, wywyższonym Panem, Panem, który siedzi po prawicy Ojca i stamtąd udziela swoich darów. Takiego mamy arcykapłana, który zasiadł po prawicy tronu Majestatu w niebiosach (Hbr 8,1). Właśnie ten Arcykapłan jest głównym ośrodkiem naszych misteriów. Przez nie udziela swych duchowych darów.

Bo przecież właśnie to jest treścią całego życia chrześcijańskiego: zjednoczyć się z przemienionym, wywyższonym, duchowym Panem, Kyriosem. Pan zaś – to Duch (2 Kor 3,17), mówi św. Paweł – tak więc i my odtąd już nikogo nie znamy według ciała; a jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób (2 Kor 5,16). Obecnie, odkąd Pan przez swoje cierpienia wszedł do chwały, znamy Go już tylko jako Ducha. Całe ziemskie uniżenie, cała słabość, podatność na cierpienie zostały Mu odjęte, odkąd przybił do krzyża ciało grzeszne, a przez to wyniszczył je (Rz 8,3). Również Jego człowieczeństwo, Jego ciało jest teraz całkowicie przeniknięte i prze­świetlone przez Bóstwo i uczestniczy w Jego godności i działaniu; a nawet dopiero teraz jaśnieją one swym nieskończonym blaskiem. Toteż także i czyny, które Jezus spełnił w ciele, dopiero teraz odsłaniają swe ostateczne i najgłębsze znaczenie: stały się misteriami, głosicielami Bożej mocy.

Z wysoka, z tronu po prawicy Ojca chwalebny, duchowy Pan zsyła nam wszystkie łaski; z wysoka mieszka w nas, a my jesteśmy w Nim. I na tym polega bycie chrześcijaninem.

Ta łaska z wysoka staje się dostępna dla nas przede wszystkim w misteriach świętego Kościoła.

Każde prawdziwe misterium daje nam udział w Boskiej mocy chwalebnego, duchowego Pana. Nie ma misterium, które by nam ukazywało tylko Jego uniżenie. Albowiem łaska pochodzi od Wywyższonego, od Kyriosa.

Widzimy więc, że słusznie świętujemy w Epifanię Boski blask i zwycięską chwałę Tego, który się objawił. Epifania jest pełnym misterium zbawienia, widzianym w świetle wcielenia; w pewnym sensie antycypuje blask Wielkanocy. Bo także chrzest Jezusa w Jordanie jest niczym innym, tylko zapowiedzią chrztu krwi.

Czy jednak przez to, że obecnie w misterium świętujemy Boży blask, odkładamy na bok ziemskie narodziny Pana z ich biedą i uniżeniem?

W żadnym wypadku. Właśnie misterium tym wyraźniej ukazuje cudowne połączenie się tego, co niskie i tego, co wysokie, tego, co ludzkie i tego, co Boskie, pokory i wzniosłości. Jest bowiem paradoksem Bożej miłości i Bożych misteriów, że to, co najwyższe, łączy się w nich z tym, co najniższe.

Z wysoka jaśnieje misterium i opromienia to, co małe i zie­mskie, prześwietla je i sprawia, że jaśnieje ono w niebiańskiej chwale. Nie wyrzeka się więc uniżenia, ofiary i krzyża, lecz sprawia, że zaczynają one jaśnieć w blasku wieczności. My jednak z dołu zbliżamy się w pokorze i uniżeniu do Bóstwa, znosimy uniżenie i krzyż w mocy łaski. Jedno i drugie należy do misterium. Boską stroną jest przemienianie ciała przez Bóstwo. Stroną ludzką zaś jest przeżywanie uniżenia Boga w mocy Ducha, tak by stopniowo dojść do przemienienia.

Święta liturgia raz po raz opiewa to niebiańskie przemienienie. Bo tylko ono wszak jest godne pieśni i uwielbienia; ono jest rozkoszą i szczęśliwością; a tylko tam, gdzie jest radość i miłość, jest i pieśń.

Kościół jednakże nigdy nie zapomina o ciemnym przeciwieństwie, na którego tle tym jaśniej widnieje Boski czyn miłości oraz jego niebiańska, świetlana wspaniałość. Zawsze pokazuje on, w jaki sposób obecnie również to, co niskie, ziemskie, cielesne – przez Mękę dochodzi do chwały. Słowo stało się ciałem, a ciało staje się duchem. W tych słowach tkwi cały paradoks Boskiej miłości, która objawiła się we wcieleniu. Symbolem tego paradoksu jest Dziewica Matka, Maryja, prawdziwa kobieta, która jako Matka porodziła i wykarmiła Pana, i prawdziwa Dziewica, która poczęła z Ducha Świętego, i której łono pozostało nienaruszone.

W ten sposób liturgiczne misterium ukazuje nam mistyczne wzajemne przenikanie się, zjednoczenie Boga i stwo­rzenia. Szczególnie bogate przykłady tego znajdujemy w liturgii greckiej. Lecz również w naszej liturgii to, co ziemskie, jednoczy się z tym, co niebieskie, w cudownej jedności.

Rozważmy kilka przykładów:

Dziś narodził się nam z Dziewicy niebieski Król, by człowiek, który był utracony dla królestwa niebieskiego, na powrót został do niego powołany. Radują się zastępy aniołów, gdyż rodzajowi ludzkiemu zajaśniało wieczne zbawienie (pierwsze responsorium na Boże Narodzenie z monastycznego brewiarza).

Coście, pasterze, widzieli? Powiedzcie, ogłoście nam, kto zjawił się na ziemi? Widzieliśmy nowo narodzone Dziecię i chór anielski, który śpiewał na chwałę Panu (3 resp. na Boże Narodzenie).

W piątym psalmie responsoryjnym na wigilię Bożego Narodzenia Kościół śpiewa: „O, wielkie misterium i cudowny sakramencie! Nawet bydlęta oglądają nowo narodzonego Pana złożonego w żłobie. Niech będzie błogosławiona Dziewica, której łono nosiło Chrystusa Pana”.

W siódmym zaś psalmie responsoryjnym czytamy: „Święta i nie­pokalana Dziewico, nie wiem, jak mam Cię wychwalać. Bo Tego, którego nie mogą objąć niebiosa, Ty nosiłaś w swym łonie”.

Aniołowie oznajmiają: Dziś bowiem w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. – Znajdziecie Niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie (8 resp. na Boże Narodzenie; Łk 2,11n).

Wypełniło się proroctwo Izajasza (9,6): Dziecię nam się narodziło. Nazwano Go imieniem: Bóg mocny (Iz 9,5) (antyfona z 3 nokt.).

A w Ewangelii z Mszy w ciągu dnia słyszymy cudowne słowa Jana (1,14): A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę.

Wciąż to przedziwne zjednoczenie tego, co Boskie, z tym, co ludzkie: Gloria in excelsis Deo et in terra pax hominibus. „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, alleluja” (antyfona z jutrzni; Łk 2, 14).

O, królu nieba, któremu takie istoty służą! W stajence został złożony Ten, który dzierży świat. W żłóbku leży Ten, który jest Panem niebios (12 resp. na Circumcisio).

Przedziwne misterium zostaje nam dziś ogłoszone. Coś nowego dzieje się z naturą. Bóg stał się człowiekiem. Pozostał tym, czym był, a przyjął to, czym nie był; nie doznał żadnego zmieszania i żadnego rozdziału (ant. na Benedictus w dniu Circumcisio).

Wciąż brzmi tu ta sama podstawowa melodia: zdumienie Kościoła nad niepojętą Boską miłością i łaskawością. Bóg schodzi do prochu, do grzesznego ciała; a tam, gdzie wchodzi, rozkwita Boska miłość i niebiańska czystość. Zatem Bóg zniża się, by to, co niskie, podnieść ku sobie, dać mu udział w sobie samym. Dopiero w tym ukazuje się cała Boska miłość: nie tylko zstępuje, lecz ponadto tam, gdzie zstępuje, przynosi złoto i światło nieba, przemienia i podnosi to, co niskie.

W ten sposób misterium to objawia nam prawdziwie Boski rodzaj miłości: zstępuje, by podźwignąć.

Chrystus zszedł do kurzu i brudu tej ziemi; ale przyniósł na nią swoje Bóstwo, a Jego czystość pozostała nienaruszona; i właśnie przez to przyniósł odkupienie.

Boże Narodzenie świętuje najpierw Jego zstąpienie, Jego narodziny w biedzie i uniżeniu. Dlatego też koniecznie dopełnione zostaje przez Epifanię jaśniejącego światłem Bóstwa. Tutaj objawia się strona Boska. Dopiero Epifania nadaje pełny sens wcieleniu, pokazuje nam odkupienie w jego pełni, odnosi je do Boskiej czystości i wysokości. „Przyszło twe światło”. W mocy tego światła musimy pielgrzymować drogą niskości. Jesteśmy jeszcze bowiem w grzesznym ciele. Ale również nam jaśnieje misterium odkupienia. Bez tej nadziei i mocy nie znieślibyśmy niedoli tego świata. Za to w tej mocy uniżenie naszego ziemskiego jestestwa stanie się wzlotem na wyżynę. To, co ziemskie, musi obumrzeć dopiero wtedy, gdy ożyć chce to, co Boskie. Święci Ojcowie wspaniale uwypuklili to, że wcielenie Chrystusa nastąpiło po to tylko, by Pan mógł umrzeć na krzyżu.

Święty Leon Wielki mówi: „Właśnie narodziny Pana z Jego Matki służyły właściwie temu misterium (Męki); albowiem Syn Boży nie miał żadnego innego powodu, by się narodzić, jak tylko ten, by umrzeć na krzyżu. Wszak w łonie Dziewicy przyjął ciało, które mogło umrzeć. W tym śmiertelnym ciele wypełnił się zbawczy plan Jego Męki. A niezgłębionym wyrokiem Bożego miłosierdzia wydarzyło się to po to, by stało się dla nas ofiarą odkupienia, zgładzeniem winy i początkiem zmartwychwstania do życia wiecznego”.

Narodziny Chrystusa były aktem uniżenia się. Bóg posłał swojego Syna, zrodzonego pod Prawem (Ga 4,4). A Jego ziemski żywot zakończył się najgłębszym uniżeniem na krzyżu, i dlatego doprowadził Go do chwały.

My, grzesznicy, musimy wpierw naśladować to uniżenie w mocy misterium. Cała poezja żłóbka i bożonarodzeniowy błogi nastrój nie są nic warte, jeśli nie czynimy tego, co mówi św. Paweł:

To dążenie niech was ożywia: ono też [było] w Chrystusie Jezusie. On to, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi (Flp 2,5n).

Podobnie jak krzyż prowadzi do Wielkanocy, do zmartwychwstania i wywyższenia, tak też uniżenie żłóbka prowadzi do Epifanii. Nie ma Epifanii ani nie ma też Przemienienia bez uniżenia stajenki. Ona jest najpierw naszą drogą. Jednak gdy dusza się ukorzy, Pan powie do niej: „Surge, illuminare, Jerusalem! Powstań! świeć Jeruzalem!”.


Odo Casel OSB Misterium świąt chrześcijańskich Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Misterium Bożego Narodzenia w świetle starorzymskiej liturgii

Adwent, jak już sama nazwa wskazuje, jest pierwotnie przygotowaniem do Epifanii. Znajduje to potwierdzenie jeszcze w dzisiejszej rzymskiej liturgii adwentowej, nad którą dominuje monumentalna, a jednak tak bardzo czuła postać świętego Jana Chrzciciela. W niedzielnych Ewangeliach, od drugiej do czwartej niedzieli pojawia się on jako zwiastun i prorok, a nawet „więcej niż prorok” – jako „anioł”, Boży zwiastun, przygotowujący drogę Zbawcy. W czwartą niedzielę albo lepiej: w jej wigilię, z soboty na niedzielę, jego misja zostaje ogłoszona z uroczystym usytuowaniem jej w czasie przez wyliczenie władców rządzących wówczas w Rzymie, Judei, Galilei, Iturei, Trachonitydzie i Abilenie; wymienieni też zostają ówcześni arcykapłani. W tym czasie skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza. Opuścił więc pustynię, wzywał do pokuty i napominał wszystkich, by przygotowali się na przyjście Tego, który przychodzi (Łk 3,1–6). Data w piętnastym roku rządów Tyberiusza cezara świadczy o tym, że znajdujemy się około roku 30. Jan jest w pełnym wieku męskim i wskazuje już nie na Dzieciątko ze stajenki, lecz na męża – Jezusa, który wkrótce potem przychodzi nad Jordan, prosząc Jana o chrzest. Podczas chrztu Bóg Ojciec uroczyście zaświadcza o Nim, że jest On Jego Synem, a Duch Święty – że jest On nosicielem Boskiego Tchnienia. Właśnie chrzest Chrystusa przez Jana Chrzciciela jest więc Epifanią, ku której prowadzi nas Adwent, chrzest jako początek publicznej działalności Jezusa, jako wstęp do Jego działalności nauczycielskiej, jako inauguracja Jego Boskiego orędzia, to znaczy ekonomii, Boskiego planu zbawienia w odniesieniu do ludzkości in Christo. To uroczyste wystąpienie Chrystusa jako Zbawcy i Mesjasza dodatkowo podkreślają czynione przez Niego znaki – na początku cud w Kanie i nakarmienie pięciu tysięcy na pustyni.

Dzisiejszy Adwent łącznie z Epifanią stanowiłby więc jednolitą linię liturgiczną. Tu jednak nagle wkracza między nie wraz z dniami kwartalnymi, środą i piątkiem oraz wigilią Bożego Narodzenia, jak również z samym Bożym Naro­dzeniem, całkowicie inna linia. Tutaj czci się właściwe narodzenie Pana w Betlejem, i dlatego w tej linii obok Dzieciątka Jezus główną postacią jest Maryja, Jego dziewicza Matka. Jednakże Boże Narodzenie nie jest Epifanią, lecz dniem Natalis Domini Narodzeniem Pana.

Naprzeciw siebie stają więc historyczne wydarzenie na­rodzin Chrystusa, obchodzone jako historyczna pamiątka, oraz Epifania, to znaczy objawienie się Jezusa jako Boga – Człowieka, Zbawcy, Króla i Oblubieńca Jego odkupionego Kościoła. Tam historia, tu – misterium.

Historia liturgii potwierdza nam to, co uwidacznia się w liturgicznych formularzach. Boże Narodzenie nie miało pierwotnie ani czasu przygotowania, ani oktawy; był tylko jeden dzień, właśnie domniemany dzień narodzin. Dzisiejszy Adwent pochodzi nie z Rzymu, lecz z Galii oraz Hiszpanii, gdzie na wzór orientalny świętowano Epifanię i szykowano się do niej w kilkutygodniowym czasie przygotowania. Dopiero później przejęto w Rzymie „Adwent”; pozostał on jednak przygotowaniem do Epifanii. Msze z dni kwartalnych pierwotnie nie miały nic wspólnego z Bożym Naro­dzeniem i przypuszczalnie dopiero za Grzegorza Wielkiego przeniknęły je motywy bożonarodzeniowe. W obecnej rzymskiej liturgii adwentowej wciąż jeszcze ujawnia się bardziej liryczny temperament galijski i hiszpański.

Podczas gdy na Wschodzie już od dawna świętowano więc misterium Epifanii i coraz wspanialej je rozbudowywano, podczas gdy to święto przyjęto na terenach północnych Włoch, Galii oraz Hiszpanii i gdy w czasie jego obchodów udzielano uroczystych chrztów, Rzym zawsze odnosił się do niego z pewną rezerwą; obchodził je w zasadzie tylko jako wspomnienie hołdu trzech Magów i odrzucał chrzest w Epifanię. Rzymskiemu duchowi bliższe były obchody historycznych narodzin Pana. Był to dzień pamięci, nie misterium w pełnym sensie tego słowa. Dlatego jeszcze św. Augustyn pisze do Januarego (List 55,2): „Musisz wiedzieć, że nie świętuje się dnia narodzenia Pańskiego w postaci misterium, a tylko wspomina się fakt Jego narodzin. I dlatego też tylko to było konieczne, by ten rokrocznie powracający dzień, w którym to się stało, wyróżnić świąteczną liturgią. Misterium natomiast jest w święcie, gdy pewne wydarzenie upamiętnia się w taki sposób, że to, co przedkłada się ku czci jako święte, jest również uzmysłowione. W ten właśnie sposób obchodzimy Paschę, że nie tylko przywołujemy na pamięć wydarzenie, to znaczy śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, lecz ponadto staramy się także i pozostałe rzeczy, które towarzyszą tamtemu wydarzeniu, zamienić w jedno, święte, zmysłowo uchwytne wyobrażenie. Skoro bowiem On, jak mówi Apostoł, »został wydany za nasze grzechy i wskrzeszony z martwych dla naszego usprawiedliwienia«, zatem w owej męce Pana dokonane zostało przejście ze śmierci do życia”. Augustyn zatem w odmienny sposób traktuje Boże Narodzenie i Paschę, którą świętowano in sacramento, jako misterium, a nie samo wydarzenie historyczne.

Lecz wkrótce i dzień Natalis Domini stał się czymś więcej niż tylko wydarzeniem. Wpłynął na to prawdopodobnie spór chrystologiczny, który przyczynił się do tego, że coraz głębiej wnikano w misterium wcielenia. Wpłynęło na to jednak również tak bogato uformowane na Wschodzie święto Epifanii, które od początku w pełnym sensie było misterium wcielenia. O tym, że na święto Bożego Narodzenia wywarła wpływ Epifania, świadczy choćby to, iż Adwent, który właściwie należy do Epifanii, teraz umieszczono przed Bożym Narodzeniem.

Rzymski charakter Bożego Narodzenia ujawnia się ponadto w silnym uwypukleniu narodzin Chrystusa jako takich. Jednakże nie ujmuje się już tych narodzin po prostu jako historycznego wydarzenia, lecz widzi się w nich misterium, czyli wejście Boskiego planu zbawienia w ten świat, w powszechne dzieje świata, działanie Boga na rzecz zbawienia Kościoła. W ten sposób Boże Narodzenie staje się częścią Epifanii. Właściwe wcielenie świętuje się raczej w Boże Narodzenie, natomiast święto Epifanii w Rzymie rozumie się jako wejście w objawienie się Boskiego wcielenia przed całym światem. W ten oto sposób oba święta najdoskonalej się uzupełniają.

Posłuchajmy kilku starorzymskich tekstów z liturgii Bożego Narodzenia.

Odkryjemy w nich najpierw, że w pełnej zgodzie ze świętym Pawłem we wcieleniu widzi się misterium objawienia się Boga w Chrystusie. Mówi o tym następująca prefacja z Leonianum:

Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe,
słuszne i zbawienne,
abyśmy zawsze i wszędzie Tobie składali dziękczynienie,
Panie, Ojcze święty, wszechmogący, wieczny Boże,
zwłaszcza w dniu dzisiejszym, 
w którym odsłoniłeś misterium naszego zbawienia
na oświecenie ludów
i z ukrycia w łonie Dziewicy Matki
przez niewysłowione narodziny
spełniłeś to, co obiecałeś.
Wzniosłeś nam róg zbawienia
w domu Twego umiłowanego sługi Dawida,
by swemu ludowi dać poznanie zbawienia dla zgładzenia jego grzechów
przez Twoją najgłębszą miłość,
w której jaśnieje nam wschodzące światło z wysoka.
Niech będzie pochwalony Ten, który przychodzi w imię Pańskie,
który wychodzi jak oblubieniec ze swej komnaty,
Bóg, Pan,
który nam jaśnieje,
by nas z ciemności i cieni śmierci
poprowadzić do królestwa wiekuistego światła.

Przepełniona radością wiara za niepozornym wydarzeniem narodzin Dzieciątka Jezus widzi więc promienne i zbawcze objawienie się Boga w ciemnościach świata. Bóg, aż dotąd ukryty w zaciszu nieba, przyszedł do nas widzialny i pełen blasku, przyniósł nam wieczną światłość. Tym właśnie jest owo singulare nativitatis mysterium – niepowtarzalne misterium narodzin. Misterium to stanowi kulminacyjny punkt całej historii świata i historii zbawienia. Zapowiedziane zostało już w raju, a później raz po raz uwy­raźnia się w typach.

Misterium to

zostało objawione rodzicom rodzaju ludzkiego,
jak to poświadcza Apostoł, mówiąc o pierwszych ludziach:
„misterium to wielkie, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła” (zob. Ef 5,32).

Pierwszy człowiek, będący jednością, był dzieckiem, synem Boga, stworzonym na Jego obraz, tak że Bóg mógł mu powiedzieć: Tyś synem moim, Ja ciebie dziś zrodziłem (Ps 2,7). W stosunku do świata był on panem i królem, ale jedno i drugie – synostwo Boże i królowanie nad światem – z nadmiarem wypełniają się w drugim Adamie, w Chrystusie. O ile jednak pierwszy człowiek był mężczyzną i niewiastą, a więc o ile mężczyzna miał obok siebie jako swą duchową oblubienicę utworzoną z niego kobietę – przedstawiał Chrystusa w Jego relacji do Kościoła. Gdy Słowo stało się ciałem, wybrał On sobie w swoim ciele i zrodził ze swej krwi Kościół, swoją umiłowaną Oblubienicę. W ten sposób wcielenie jest zrodzeniem nowotestamentalnej Ewy i zarazem zaślubinami z nią; a pierwsza para ludzka była typem tego „wielkiego misterium”. – „Misterium to wielokrotnie zapowiadali patriarchowie swymi czynami i słowami”. Abraham, ojciec Izaaka, który gotów był własnego syna złożyć w ofierze, Izaak – zamyślony (zob. Rdz 24,63) małżonek Rebeki, Jakub – cierpiący i walczący ojciec ludu Izraela – wszyscy oni wskazują na Chrystusa, ojca nowotestamentalnego Ludu Bożego, który oddał się w ofierze za swój Lud i wybrał go sobie na oblubienicę. „Misterium to zapowiadał kult przepisany przez Prawo”. Wszystkie ceremonie składania ofiar w namiocie i w świątyni były prototypem nowotestamentalnej ofiary, jak uczy nas List do Hebrajczyków. „Prze­powiadały to wyrocznie wszystkich proroków”. Wszyscy prorocy w słowach zarazem ukrywających i odsłaniających mówili o Tym, który przychodzi.

W Nim jest pełnia starodawnych ceremonii,
w Nim obecne działanie wszelkich niebiańskich łask,
w Nim obietnica przyszłych dóbr,
a wierzymy,
że w Nim, jak jasno dowiedzione zostało to, co było prze­po­wie­dzia­ne,
również duchowo i w mądrości spełnia się to, co było obiecane jako przyszłe.

Stare typy obecnie są prześcignięte, albowiem są spełnione; ich treść jest teraz obecna. Boski dar łaski dany jest bezpośrednio do naszej dyspozycji, a nawet przyszłość posiadamy już w tej pewnie utwierdzonej teraźniejszości. W ten sposób misterium wcielenia prowadzi nas do paruzji, do ostatecznego panowania Boga.

Bóg jest wśród nas, ziemia stała się niebem. Mówi o tym następująca prefacja:

Oto, jak przepowiedziałeś ustami proroków:
Panna poczęła i porodziła Syna,
i nadaliśmy Mu imię Emmanuel,
to znaczy „Bóg z nami”.
Albowiem Słowo stało się ciałem i zamieszkało w nas.
Oto Dziecię nam się narodziło,
Syn został nam dany,
przywództwo spoczywa na Jego ramionach,
a zwą Go cudownym Doradcą,
Bogiem mocnym,
Ojcem przyszłego żywota, Księciem Pokoju.
Rozszerzy się Jego panowanie,
a Jego pokojowi nie będzie końca.
Będzie zasiadał na tronie Dawida i panował nad jego królestwem,
by utwierdzać je i umacniać teraz i na wieki.
We wszystkim tym rozpoznajemy Boga-Człowieka w widzia­lnej postaci,
który przez to, że raczył
przyjąć to, co jest nasze, dał nam to, co należy do Niego.

W Emmanuelu znajdujemy niebo i ziemię, Boga i stworzenie. Wziął od nas ciało, a dał nam w zamian swoje Bóstwo w cudownej wymianie: „O, cudowna wymiano naszego odkupienia!” Dlatego też jest jedynym prawdziwym i szczerym pośrednikiem między Bogiem i człowiekiem, gdyż do obu rzeczywistości należy fizycznie; w Nim Boska i ludzka natura łączą się w jedności Osoby Boskiego Słowa.

Bóg przyjął ciało, ale dlatego też nie „zstąpił” w ciało. Słowo stało się ciałem, ale nie Jego Duch stał się ciałem, tylko Jego Duch podniósł ciało do wspólnoty z Duchem, uszlachetnił je i przemienił. Duch nie splamił się materią, lecz materia przez Ducha została podniesiona, oczyszczona i uduchowiona. Toteż jest zrozumiałe samo przez się, że Dzieciątko Jezus narodziło się z Dziewicy, to znaczy z niewiasty czystego ducha. Dlatego też Kościół składa dziękczynienie „w dzisiejszym święcie, w którym w misterium wypełnia się to, co wprawdzie jest niewypowiedziane, ale odpowiednie dla obu (wymiarów misterium), że Dziewica Matka może zrodzić tylko Boskiego potomka, a Bóg Człowiek, który zechciał się narodzić, w godny sposób może zostać zrodzony z dziewiczej Matki”.

W ten sposób przychodzący Bóg przywrócił światu nienaruszoność i czystość Boskiego Ducha: „Boże, Ty rodzaj ludzki, który począwszy od Adama był śmiertelnie zraniony, przez narodziny Twojego Syna, Jezusa Chrystusa, na powrót uzdrowiłeś…”. My wszyscy przechodzimy duchowe narodziny z Ducha i wody, w łonie nowotestamentalnej Dziewicy Matki, jaką jest święty Kościół. To, co posiada Maryja, Bóg przez Chrystusa dał całemu Kościołowi: dziewicze macierzyństwo z Ducha. W ten sposób nie jesteśmy już dziećmi ciała, lecz przez odrodzenie z chrztu staliśmy się wszyscy dziećmi Bożymi, równymi Synowi Dziewicy i dlatego Jego braćmi. „Boże, Ty przez macierzyństwo świętej Dziewicy, które powstało bez ludzkiego pożądania, sprawiłeś, że ci, którzy stali się członkami Twojego Syna, nie są już dotknięci odziedziczonym po ojcach przesądem (grzechem pierworodnym); daj, byśmy przyjęli nowe życie tego stworzenia i oczyścili się z plamy dawnych nałogów”. To nowe życie jest życiem Boskim, które teraz płynie również w naszych żyłach. „Boże, Ty cudownie stworzyłeś ludzką naturę, ale jeszcze cudowniej ją odnowiłeś. Daj nam, prosimy Cię, byśmy dostąpili udziału w Bóstwie Tego, który zechciał dzielić z nami nasze człowieczeństwo”. Boże Narodzenie jest „Boskim misterium, w którym człowieczeństwo, po tym jak ustąpiło stare i ziemskie Prawo, cudownie zostaje odnowione i ukazane jako nowa i niebiańska natura; a w ten sposób to, czego Bóg przez wielki czyn dokonał, Kościół z wielką radością świętuje”.

Słowo przyjęło ciało, by w ciele zadośćuczynić za grzech świata i stać się Arcykapłanem Kościoła. W ten sposób wcielenie jest przygotowaniem Ofiary: „Boże, wejrzyj łaskawie na te dary Twojego ludu, przy których na Twoich ołtarzach nie rozpala się obcego ognia ani nie przelewa krwi nierozumnych zwierząt, ale gdzie przez działanie Ducha Świętego naszą ofiarą jest teraz Ciało i Krew samego Kapłana”. W sensie przygotowania już dziś składa się ofiarę: „Ustawicznie składamy ofiarę Twojej chwały, której wzór ustanowił sprawiedliwy Abel, którą świętował Abraham, którą zanosił kapłan Melchizedek, a którą wypełnił prawdziwy Baranek i wiekuisty Arcykapłan, Jezus Chrystus, który dziś się narodził”.

Wszystko, co zawiera w sobie misterium Chrystusa, staje się nam dostępne w misterium kultu. Dlatego też misterium Bożego Narodzenia jest godziną narodzin liturgii. Sta­ro­rzymska liturgia wyraziła to w głębokich słowach w jednej z prefacji: „To, co zawsze świętuje się w liturgii chrześcijańskiego kultu, bierze swój początek w tym święcie i za­wiera się w jego misterium”. „Obyśmy mogli dotknąć misterium, które dla świata stało się źródłem zbawienia, obchodząc dzisiaj pamiątkę jego pierwszych obchodów”. A w innym miejscu mówi się następująco: „Niech miła Ci będzie, Panie, ofiara dzisiejszego święta. Z niej wzięło początek nasze doskonałe pojednanie i została nam dana pełnia Boskiego kultu. Ukazała się nam droga prawdy i ży­cie królestwa niebieskiego”.

Kult prowadzi więc do życia wiecznego. Taki jest ostateczny dar święta Bożego Narodzenia: „Dziś zajaśniało światło naszego Zbawiciela; ukazało nam ono jasno wszy­stko przez rozpoznanie i ogląd. Przez to zechciał On nie tylko nasze obecne życie prowadzić swoją ścieżką światła, lecz również doprowadzić nas do oglądania chwały swojego niezmierzonego majestatu”.

Musimy się teraz otoczyć pełnią światła i Boskim blaskiem tego święta, a także z pokorną gotowością pozwolić, by w nas samych stało się rzeczywistością wszystko to, co to święto zawiera, abyśmy zostali odrodzeni z Ducha Chrys­tusowego, zanieśli Bogu nas samych jako ofiarę czystą, a kiedyś oglądali światłość Boga, którego odblask zajaśniał nam w Boże Narodzenie.


Odo Casel OSB Misterium świąt chrześcijańskich Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Misterium świętej Nocy

Niech się cieszy niebo
i ziemia raduje
przed obliczem Pana,
bo przyszedł!
(Ps 96[95],11.13).

Kto słowa te, które Kościół w czasie świętej nocy Bożego Wcielenia, narodzin Boga w cielesnej postaci, śpiewa w offertorium, a więc tuż przedtem, nim wejdzie we właściwe misterium, kto je wewnętrznie oglądał i współrecytował, kto ponadto wewnętrznie usłyszał gregoriańską melodię w jej mistycznej głębi, dosłyszał w niej drżenie głębokiej czci, ten wie, co znaczy obchodzić święto Bożego Narodzenia. Boże Narodzenie nie jest świętem szlachetnego człowieczeństwa, nie jest oddawaniem się wspomnieniom z dzieciństwa i słodkim uczuciom błogiej miłości do ludzi, nie jest nawet świętem „Dzieciątka Jezus”, spoczywającego na łonie pełnej wdzięku Matki, uśmiechającego się do nas i oznajmiającego nam miłość dobrego Boga – jest czymś nieskończenie więcej. Jest żywą i wstrząsającą obecnością Boga wśród ludzi. Wiekuisty majestat nieskończonego Boga, przed którym stworzenie drży i dygocze w swej nicości, którego nigdy żadne oko ludzkie nie widziało ani widzieć nie może, którego dzieli od nas cały bezmiar nieskończoności – i za którym stworzenie tęskni wszystkimi włóknami duchowego pragnienia – jest obecny wśród nas; pozwala oglądać swoje oblicze, a my w tym obliczu Pana i Króla rozpoznajemy rysy Ojca.

W Boże Narodzenie spełnia się to, czego ludzkość z utęsknieniem pragnęła od niepamiętnych czasów, a czego sama z siebie nigdy nie ośmielała się nawet spodziewać. Całe dzieje ludzkości są jednym wielkim pragnieniem oblicza Ojca, wolą odpocznienia w Praprzyczynie i ostatecznym Celu. Mojżesz błagał Pana: Spraw, abym ujrzał Twoją chwałę (Wj 33,18). Lecz Pan nie pozwolił mu ujrzeć swego oblicza; Mojżesz ujrzał tylko z tyłu zarys postaci Pana, gdy przechodził On obok niego; a już to napełniło go bezgranicznym szczęściem. Psalmy wołają:

Posłuchaj, Pasterzu Izraela. Ty, co jak trzodę wiedziesz ród Józefa. Ty, który zasiadasz na cherubach, zabłyśnij (…)! Wzbudź Twą potęgę i przyjdź nam na pomoc! (…) Rozjaśnij swe oblicze, abyśmy doznali zbawienia (Ps 80[79],1nn).

Prorocy obiecują obecność Pana; wołają do tęskniącej wspólnoty wiernych:

Powstań! Świeć,
bo przyszło twe światło
i chwała Pańska rozbłyska nad tobą.
Bo oto ciemność okrywa ziemię
i gęsty mrok spowija ludy,
a ponad tobą jaśnieje Pan,
i Jego chwała jawi się nad tobą.
(…)

Już słońca mieć nie będziesz w dzień jako światła
ani jasność księżyca nie zaświeci tobie,
lecz Pan ci będzie wieczną światłością
i Bóg twój – twoją ozdobą
(Iz 60,1n.19).

A nie tylko ci oświeceni przez przygotowujące się objawienie Boga, lecz również poganie wołają o obecność swych bogów, a w gruncie rzeczy prawdziwego Boga, którego skrycie wyczekują za chaosem swoich bóstw. Wymarzone spełnienie tej tęsknoty przybiera u nich formy, których surowy Semita ze swym rozdziałem Boga i świata nie znał, i które przed wcieleniem Boga nie mogły być też prawdziwe. Pieśni i tajemne ryty misteriów wołają o epifanię, to znaczy o widzialne i odczuwalne, promienne i zbawcze przyjście boga. „Przyjdź, bohaterze-Dionizosie, do swojego świętego przybytku”. „Czy widzisz, synu Zeusa, Dionizosie, w jakiej biedzie są twoi prorocy? Zejdź, złotolicy, kołysząc tyrsem, z Olimpu. Panie, władco, zstąp teraz do naszej poświęconej trzódki”. A gdy bóg ukazuje się ludziom w potężnym czynie ocalającym, wówczas Jego wierni drżąc, padają na ziemię: „Rzućcie na ziemię, rzućcie drżące członki na ziemię; bo władca, syn Zeusa, wstępuje do pałacu”. Albo też rozlega się głos z eteru, głos boga; rozbłyska potężne światło, od którego niebo i ziemia stają w płomieniach; lecz cała natura milknie, ustają szumy i szmery liści drzew, cichną zwierzęta przed obliczem bóstwa. Były to marzenia o tym, co kiedyś w zupełnie inny sposób miało się stać rzeczywistością.

Gdy Bóg spełnił tęsknotę ludów i gdy urzeczywistnił obietnice swoich własnych proroków, wyglądało to zupełnie inaczej, niż ludzie sobie wcześniej wyobrażali. Bo przecież zamysły Boga zawsze są zupełnie inne niż myśli ludzkie. Na pierwszy rzut oka zdają się pozostawać w tyle za tymi drugimi, w rzeczywistości jednak przerastają je o całe niebo. Bóg przyszedł jako człowiek i objawił swoją miłość do ludzi w obliczu Człowieka, początkowo Dzieciątka. Nie przyszedł w straszliwym majestacie, w zalewającej cały świat światłości, w widzialnej potędze i władzy. Przyszedł w słabości i bezsile, a nawet we wzgardzie i opuszczeniu. Przyszedł ukryty, nie po to, żeby ukazać swą wszechmoc, ani nie po to, by porazić blaskiem swej mądrości, nie po to, by sądzić złych i zapewnić triumf sprawiedliwości, a przez to zbudować królestwo Boże w świecie. Nie – przyszedł po to, by objawić Boską agape, to znaczy miłość dającą siebie w darze, taką, jaka jest tylko w Bogu. To jest najwyższa misteryjna mądrość chrześcijaństwa: Bóg jest miłością, agape, a ta agape płonie dla nas w obliczu konkretnego człowieka, najlepszego, najbardziej bezinteresownego, przepełnionego największą miłością, najbardziej gotowego do ofiary spośród wszystkich ludzi.

Czyżby więc misterium Bożego Narodzenia było objawieniem najszlachetniejszego człowieczeństwa, miłości do ludzi (Tt 3,4), o której mówi Apostoł? Czyżby człowiek celebrował w nim samego siebie, a w Dzieciątku ze stajenki widział personifikację swoich najszlachetniejszych dóbr?

Otóż nie, byłoby to całkowitym niezrozumieniem sensu Bożego Narodzenia. Oznaczałoby to ściągnięcie tego wzniosłego misterium na ziemię i ubóstwienie człowieka. Jednakże samoubóstwienie się człowieka w naszych dniach skończyło się straszliwą klęską. „Dobry” człowiek, wychowywany i rozpieszczany od czasów renesansu i oświecenia, aż nazbyt wyraźnie odsłonił swe drapieżne oblicze. Jak mielibyśmy być wybawieni od przekleństwa tego świata, gdyby Boże Narodzenie było tylko świętem człowieczeństwa?

Nie, to Dziecię, ten Człowiek, z którego oblicza uśmiecha się do nas dobroć Boga, jest Bogiem. Współistotny Ojcu Syn, Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę (J 1,14). Bóg – Człowiek jest najwyższym objawieniem Boga. Boga nikt nigdy nie widział; ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył (J 1,18). Tylko wiara w Bóstwo tego Człowieka, który w tę świętą noc narodził się z niewiasty, daje nam zbawienie, pozwala nam oglądać upragnione oblicze Ojca.

Kto Mnie widzi, widzi także i Ojca (J 14,9). Chrystus, Bóg-Człowiek jest prasymbolem, pramisterium. Prawdziwy symbol jest tam, gdzie poprzez obraz dostrzegamy i posiadamy rzeczywistość. Prawdziwe misterium jest tam, gdzie w świętej podobiźnie i słowie ujmujemy prarzeczywistość. Tak właśnie jest z Panem naszym, Jezusem Chrystusem.

Albowiem Bóg, Ten, który (w czasie stworzenia) rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem, zabłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu <Jezusa> Chrystusa (2 Kor 4,6).

Jednakże to oglądanie jest jeszcze oglądaniem w wierze. Ziemskie oko, nawet to duchowe, widzi jedynie słabość i bez­silność Chrystusa i Jego trzódki, czyli Kościoła. Jeszcze nie ujawniła się chwała Chrystusa i Kościoła. Wędrujemy bowiem jeszcze w świecie grzechu. Świat, który dumnie odwraca się od Boga, nie może i nie jest zdolny oglądać nieskończenie czystego oblicza Boga; umarłby od tego i stopił się jak wosk przy ogniu. Dlatego też Bóg miłosiernie i zarazem sprawiedliwie ukrył swe oblicze. W czasie swego pierwszego przyjścia przyjął ciało grzechu, pod którym ukryło się Bóstwo, czasem tylko tryskając spod niego żarzącymi się iskrami. Uczynił tak, by móc wydać się na śmierć w ofierze za grzechy. Musimy i my wejść za Nim w Jego dobrowolne uniżenie. Wymaga On od nas ofiary wiary, to znaczy tego, byśmy wyrzekli się własnego „ja”, przełamali naszą pychę i otwarli się na Boskie światło, które chce nas obdarzyć łaską. Musi umrzeć natura ze swą pewnością siebie. Jeżeli jednak posłusznie podążymy przez półmrok wiary, wówczas już teraz odsłoni nam się światłość Boga. Wówczas rozpoznamy w tym dotkniętym biedą Człowieku, Dzieciątku z Betlejem, Ukrzyżowanym z Golgoty – Króla Chwały, Boskie światło Mądrości, zwyciężającą świat moc Boga.

Świętując Boże Narodzenie, nie możemy zatrzymać się przy słodkiej scenie ze stajenki, lecz musimy widzieć całe objawienie się Boga. Wtedy dopiero ukaże nam się wydarzenie Świętej Nocy w swym ponadhistorycznym, wiecznym znaczeniu, jako objawienie się Boga w tym świecie, jako odsłonięcie się Jego oblicza, jako Epifania. Tylko człowiek wiary, uczestnik misteriów, widzi tę rzeczywistość; tylko on widzi w Bożym Narodzeniu to, czym ono naprawdę jest: początek i podstawę najwyższego Boskiego czynu, który przemienia świat i prowadzi go do jego wiecznego spełnienia się. Począwszy od tej Świętej Nocy Bóg jest w tym świecie, a świat jest w Bogu. Bóg jest tutaj. Przed światem stoi teraz zadanie. Nie brnie on już coraz dalej w błąd, lecz widzi drogę ku Bogu, na której ma się okazać godnym wzniosłych misteriów Boskiego uświęcenia.

Pan jest w świętym swoim przybytku (Ps 11[10],4). Świątynią Boga, który ukazał się w cielesnej postaci, są wierzące weń dusze, wspólnota poruszonych Jego obecnością: Kościół. W nim mieszka Pan swą obecnością w Duchu, to znaczy wykraczającą ponad ten ziemski sposób bytowania – Boską, i dlatego wznoszącą nas do uczestnictwa w życiu Boga. W nim On działa: uzdrawia, naucza, umacnia, oświeca, uszczęśliwia. Ale swe działanie związał przede wszystkim ze swymi misteriami, które obchodzimy w liturgii.

Pan bowiem nie chciał tylko raz jeden w ciągu dziejów zamieszkać z nami, a potem znów się od nas oddalić i dalej rządzić nami tylko z wysoka. Nie, powiedział: A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt 28,20). Toteż nieustannie działa pośród nas przez swego Ducha, to znaczy przez swą całkiem realną Boską moc, jaka do nas płynie od Przemienionego. Tę swą obecność potwierdza On nam jednak i czyni dla nas osiągalną i odczuwalną poprzez zewnętrzne, zmysłowo uchwytne znaki, przez święte symbole, zwłaszcza sakramenty, które nie tylko wychowawczo oznajmiają Jego świętą wolę i nie tylko udzielają nam z oddali Jego mocy, lecz ponadto bezpośrednio niosą w sobie Jego działającą obecność i przenoszą nas w sam środek płynącego z nich zbawienia. Podobnie jak On sam jako Bóg i Człowiek jest prasymbolem, tak że w człowieku-Jezusie widzimy Ojca, tak samo posiadamy w tym symbolu wypełnionym Jego mocą i obecnością Jego samego wraz z Jego mocą i Jego zbawczym czynem, który poprzez ów symbol dalej działa przez stulecia w Kościele, stale wzbudzając i doskonaląc nowe życie. W niczym nie ustępujemy ludziom współczesnym Jezusowi. Nie – wcielenie Boga, Jego ofiara, Jego wywyższenie są nam bezpośrednio dostępne i obecne w wierze i widzeniu wiary poprzez misteria. Gdy wspólnie obchodzimy święte misteria Chrystusa, jako prawdziwie wierzący, jako uczestnicy misteriów, jako współdziałający – a to współdziałanie jest otwarte dla każdego wierzącego, gdyż przez chrzest i bierz­mowanie jest on żywym członkiem duchowego Ciała Chrystusa – wówczas stoimy w samym centrum zbawczego dzieła Pana, i dlatego zostajemy przezeń porwani i przemienieni. Poprzez kościelne misterium wstępujemy w bezpośrednią, najżywszą obecność Pramisterium, to znaczy objawienia się Boga i zbawczego czynu. Nie jawi nam się on teraz w swym przebiegu historycznym; zresztą przecież od początku nie wyczerpywał się w samych faktach historycznych, lecz dokonuje się w rzeczywistości ponadhistorycznej. Wywyższenie Pana, Jego wejście do niebieskiego przybytku, Jego zasiadanie po prawicy Ojca nie są już bowiem rzeczywistościami historycznymi, lecz ponadhistorycznymi. Jednakże w misterium dostrzegamy cały zbawczy czyn Pana, który zaczął się w jasnym świetle historii, a swą pełnię osiągnął w niedostępnym świetle wieczności Boga, właśnie w tym Boskim, wiecznym świetle. Narodziny Dzieciątka z Betlejem oznaczają wyjście Logosu, Syna Bożego, z wieczności Ojca i wiecznego pokoju Trójcy Świętej i wejście w nasze stworzone bytowanie w czasie, by zostało ono na powrót doprowadzone do bycia w Bogu. Śmierć Chrystusa na krzyżu nie jest już konaniem skazańca, lecz Jego całopalną ofiarą dla zbawienia ludzkości, Jego powrotem do Ojca jako doskonałego i doskonalącego Kościół. Jego zmartwychwstanie, wówczas znane tylko nielicznym wybranym, teraz w widzeniu wiary staje się i dla nas wiadome i jawne; obecnie okiem wiary widzimy Zasiadającego po prawicy Ojca. A nawet już posiadamy w wierze to, co jeszcze nie wypełniło się historycznie – Jego powrót w chwale na końcu świata, a tym samym pełne panowanie Boga. W ten sposób przez to misterium zostajemy zanurzeni w całej pełni rzeczywistości Zbawcy, w mocy Jego wcielenia, w zbawczej krwi Jego ofiary, w promiennej chwale Jego zmart­wychwstania. Przez to zostajemy wciągnięci w naj­bardziej wewnętrzne życie Chrystusa, w uczestnictwo w Jego mocy, Jego mądrości, Jego Duchu, przez to stajemy się Jego ciałem, które żyje Jego życiem, przez to zostajemy przebóstwieni i w ten sposób wywyższeni do godności prawdziwych przyjaciół Boga. Otrzymujemy moc, by wytrwać w tym doczesnym życiu z jego biedą i nędzą, z prześladowaniem dobra i triumfem zła, w bólach choroby i śmierci, gdyż przecież wyższą cząstką naszego jestestwa tkwimy w całkowicie innym rodzaju życia, w życiu Chrystusa.

Gdy w ten właśnie sposób wraz z Kościołem, naszą Matką, obchodzimy Świętą Noc, wówczas naprawdę świętujemy Boże Narodzenie, to znaczy poświęconą noc, świętą Noc macierzyńską, w czasie której ziemia przemija, a rodzi nam się Boskie, nieprzemijające życie. Maryja, dziewicza Matka, jest wówczas dla nas symbolem świętej Dziewicy Matki, jaką jest Kościół, który daje nam prawdziwe życie. Jezus zaś jest dla nas Dzieciątkiem, na wzór którego my wszyscy rodzimy się z Boga, i w którym dorastamy do pełni wieku Chrystusa. W świętym słowie misteryjnym, o którym Kościół w czasie tej Nocy mówi wraz z prorokiem, że pozostanie na wieki (Iz 40,8), w świętym działaniu misteryjnym składania ofiary i uczty ofiarnej, staje się naszą uszczęśliwiającą własnością wszystko to, co Boża łaska chce nam dać jako dar Bożego Narodzenia, a wszystko to zawiera się w słowach: „Oto jestem”.


Odo Casel OSB Misterium świąt chrześcijańskich Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Adwent Pana

Na krótko przed męczeńską śmiercią św. Paweł pisze do swego umiłowanego syna, Tymoteusza:

Albowiem krew moja już ma być wylana na ofiarę, a chwila mojej rozłąki nadeszła. Dobrą walkę stoczyłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali adwent Jego (2 Tm 4,6nn).

„Ów dzień” – oznacza dzień Epifanii, czyli pojawienia się w chwale, lub też dzień Paruzji – obecności Pana, dzień sądu nad światem i uwielbienia Kościoła. Pozostaje on jednak w ścisłym związku ze śmiercią pojedynczego chrześcijanina. Albowiem Paweł jest przepełniony myślami o śmierci; cieszy się z wieńca, jaki się spodziewa otrzymać. Dlatego też miłuje pojawienie się Pana czy też Jego paruzję i obiecuje wieniec zwycięstwa wszystkim, którzy umiłowali Jego przyjście.

To, co się miłuje, musi być czymś budzącym radość, pięknym, wspaniałym, czymś dobrym. Toteż przyjście Pana jawi się Pawłowi oraz jego duchowym towarzyszom jako coś ze wszech miar dobrego i wartego trudu, jako wytchnienie i świętowanie zwycięstwa. Nie ma wspanialszego uczucia od tego, jakie przepełnia duszę zwycięzcy, który ma już za sobą trud i niebezpieczeństwo walki, a teraz z całej duszy chciałby krzyczeć z radości w najwyższym poczuciu swej siły i osiągniętego celu. Dlatego też starożytni chrześcijanie wołali z ra­dością: „Christós nika – Chrystus zwycięzcą”.

Prawda, że tu, na ziemi nigdy nie będziemy mieć tego peł­nego poczucia zwycięstwa. Również sam Paweł zachowuje powagę w słowach i ani trochę nie daje się ponieść triumfalizmowi, patosowi czy poetyckiemu natchnieniu. Mówi o walce, którą stoczył – w tym czasie przeszłym da się wyczuć pewien spoczynek. Mówi o biegu, który ukończył – jest w tym jakby oddech ulgi. Lecz cała reszta jest nadzieją i ufnością. Paweł cieszy się w nadziei.

Adwent nie zaczyna się dopiero dzisiaj; już cały listopad był nim przepełniony. W mszach od 18 niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego raz po raz rozbrzmiewają myśli o paruzji; i za każdym razem dotyka nas adwentowa nadzieja Kościoła, w której miesza się powaga i radość.

Jednakże w listopadzie oczekiwanie na epifanię w sposób szczególny karmi się czytaniami z proroków. Adwent właściwie należy do proroka. Nie tylko w tym sensie, że widzi on rzeczy przyszłe, w czym dziś najczęściej upatruje się istotę proroctwa, lecz do proroka w prawdziwym sensie, takim, jaki przedstawia już Balaam:

Wyrocznia męża, który wzrok ma przenikliwy;
wyrocznia tego, który słyszy słowa Boże,
a w wiedzy Najwyższego ma udział,
który ogląda widzenie Wszechmocnego,
który pada, a oczy mu się otwierają.
Widzę go, lecz jeszcze nie teraz,
dostrzegam go, ale nie z bliska (Lb 24,15nn).

Prorok jest „widzącym”, patrzącym, tym, który patrzy oczyma Boga i dlatego widzi rzeczy ukryte dla głupich oczu przeciętnego człowieka. Zanurza oczy w wieczności i dlatego nie jest związany z czasem; przeszłość i przyszłość są dla niego teraźniejszością w Bogu. Sam Bóg jest jego teraźniejszością, przemożną teraźniejszością, którą ma zawsze przed oczyma. Dzięki temu żyje w ustawicznej Epifanii, w zawsze tym samym Adwencie. Pierwsze słowa, jakie w listopadzie docierają do naszych uszu i przykuwają naszą uwagę, brzmią następująco: Ujrzałem Pana zasiadającego na wysokim i wyniosłym tronie (…) Cała ziemia pełna jest Jego chwały (Iz 6,1.3). Tak Kościół modli się w pierwszym responsorium wigilijnym. Psalmowi responsoryjnemu towarzyszy czytanie z Ezechiela, które również zaczyna się od vidi –ujrzałem”, a więc od widzenia Pana. Ezechiel ujrzał Pana. I to ujrzał Go w Jego adwencie, w Jego przyjściu na sąd i na wieczne uwielbienie Jerozolimy. Pierwsza część jego widzenia ukazuje budzący grozę sąd i wyrok spadający na Jerozolimę. Potem jednak widzi, jak zostaje zbudowana nowa Jerozolima, do której wstępuje Bóg; i zamieszka On w niej na wieki, gdyż nazwa miasta brzmi: Pan jest tam (Ez 48,35).

Adwent, który ujrzał prorok Ezechiel, jest więc powtórnym przyjściem Pana, Jego powrotem do Je­rozolimy po straszliwym sądzie nad grzesznym ludem. I prawie dokładnie tak samo jest u innych proroków, których widzenia i wyrocznie czytamy w listopadzie. Niektórzy nawet widzą jeszcze wyraźniej, jak przed ostatecznym przyjściem Boga następuje przyjście Mesjasza. Na przykład Micheasz mówi, co następuje (Mi 5,1–3.6):

A ty, Betlejem Efrata,
najmniejsze jesteś wśród plemion judzkich!
Z ciebie wyjdzie dla mnie
Ten, który będzie władał w Izraelu,
a pochodzenie Jego od początku,
od dni wieczności.
Przeto [Pan] porzuci ich aż do czasu,
kiedy porodzi mająca porodzić.
Wtedy reszta braci Jego powróci
do synów Izraela.
Powstanie On i paść będzie mocą Pańską,
w majestacie imienia Pana, Boga swego.
Osiądą wtedy, bo odtąd rozciągnie swą potęgę
aż po krańce ziemi.
(…)

Wówczas będzie Reszta Jakuba
wśród wielu ludów
jak rosa [zesłana] przez Pana,
jak obfity deszcz na trawę,
która nie pokłada nadziei w człowieku
ani się na synów ludzkich nie ogląda.

Poganie zostaną unicestwieni, lecz o Izraelu jest napisane (tamże, 7,18nn):

Któryż Bóg podobny Tobie,
co oddalasz nieprawość,
odpuszczasz występek
Reszcie dziedzictwa Twego?
Nie żywi On gniewu na zawsze,
bo upodobał sobie miłosierdzie.
Ulituje się znowu nad nami,
zetrze nasze nieprawości.
Wrzucisz w morskie głębiny
wszystkie ich grzechy.
Okażesz wierność Jakubowi,
Abrahamowi łaskawość,
co poprzysiągłeś przodkom naszym
od najdawniejszych czasów.

Na tym więc polega Adwent Pana, że On, który opuścił świat z powodu jego grzechu, powraca doń jako potężny Władca świata, który w gniewie zdruzgocze swych wrogów, zetrze grzech i ugruntuje swoje Królestwo na wieki; dla wierzących natomiast, dla swoich wiernych przybywa jako ich Król i Zbawca, który wyzwoli ich spod władzy złych i wprowadzi do królestwa swej czystości, pokoju i miłości. Taka jest jedna wielka akcja Pana, mimo że historycznie rozkłada się na tysiące lat. Należy do niej Wcielenie i wszystkie zbawcze czyny Chrystusa, Boga-człowieka. Mimo że w czasie swej pierwszej paruzji przyszedł On w uniżeniu i wzgardzie, już wtedy zaczął się sąd, który u kresu dni, podczas drugiej paruzji, będzie już jawny. Wtedy bowiem, właśnie przez uniżenie i Krzyż Pana, postawiony został kamień obrazy (Iz 8,14; Rz 9,32), przy którym ludzie opowiadać się będą za Bogiem lub przeciw Niemu. Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu (Łk 2,34). Dlatego mówi Pan u Jana (J 12,31n) już w czasie pierwszego przyjścia:

Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie wyrzucony precz. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie.

Na Krzyżu Pan ustanowił swoje królestwo, a Krzyż ten u kresu czasu będzie jawnym znakiem królestwa Bożego.

Jan Chrzciciel, Zwiastun Mesjasza, już w czasie pierwszego przyjścia Pana zwraca się do faryzeuszów:

Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: „Abrahama mamy za ojca”, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera jest przyłożona do korzenia drzew. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, zostanie wycięte i wrzucone w ogień. Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym (Mt 3,7–12).

Całkiem słusznie więc postępuje Kościół, przedstawiając nam w pierwszą niedzielę Adwentu raz jeszcze Ewangelię o przyjściu na sąd i o końcu tego świata (Łk 21,25–33). Nie jest to tylko jakieś grzmiące echo gwałtownej burzy z ostatniej niedzieli roku kościelnego; o wiele bardziej myśl o sądzie należy do samej istoty Epifanii Pana, która jest tylko jedna, mimo że historycznie rozegrała się w dwóch aktach. Przyjście Logosu w uniżeniu ciała grzechu było tylko przygotowaniem właściwej Epifanii w chwale, która zaczęła się w poranek wielkanocny, ale tylko dla wierzących; dla świata zaś dokona się u kresu dni, pewnego razu, po raz pierwszy i zarazem ostatni. Natomiast na wieki trwać będzie przyjście Pana w chwale – „adwent, który miłujemy” – dla świętego Kościoła. Dlatego już Jego pierwsze przyjście w ciele uniżenia widzi on w świetle Jego wywyższenia i chwały, gdyż patrzy oczyma miłości. Miłuje też już Jego pierwszy adwent. Ponieważ oko miłości widzi ostrzej, już w Uniżonym widzi on Wywyższonego przez Mękę; pod ciemną szatą ciała i krzyża widzi Uwielbionego. Dlatego też Pan przychodzi do niego nie jako Sędzia, lecz jako Zbawca. Nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie (Łk 21,28). Pan jest Zbawcą ciała (Ef 5,23) w czasie swego pierwszego, jak i drugiego przyjścia. A zbawienie to będzie coraz wspanialsze, coraz bardziej godne miłości, coraz głębsze i coraz rozleglejsze. O ile w czasie Jego pierwszego przyjścia również dla Kościoła było ono bolesne ze względu na ukrzyżowanego Pana, o tyle w czasie Jego drugiego przyjścia będzie całkowicie radosne i promienne, bez jakiejkolwiek resztki cierpienia i pokuty, bez łez i smutku, na wzór ukoronowanego z czcią i chwałą Pana. Zaprawdę, taki Adwent można umiłować!

Jan Chrzciciel, poważny, posępny kaznodzieja pokutny, który oznajmił faryzeuszom sąd, ma – podobnie jak i Adwent – również inne oblicze. Gdy zwraca się do prostaczków, wiernych, wierzących, wówczas mówi nie o sądzie, lecz o zbawieniu. Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata (J 1,29.36). Nie jest jedynie Zwiastunem, który kroczy przed powozem Sędziego i przeraża grzeszników, lecz jest również przyjacielem oblubieńca (J 3,29). Jakże czułe słowa miłości wychodzą nagle z surowych, wyblakłych ust pokutnika! Ten, kto ma oblubienicę, jest oblubieńcem; a przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje najwyższej radości na głos oblubieńca. Ta zaś moja radość doszła do szczytu (tamże). Zatem Pan przychodzi nie tylko jako Zbawca i Odkupiciel, lecz również jako oblubieniec. A czyjeż przyjście może być milsze dla oblubienicy niż przyjście oblubieńca? Kto się lęka, nie wydoskonalił się w mi­łości. Doskonała miłość usuwa lęk (1 J 4,18).

Zatem spokojnie i pewnie wychodzi oblubienica naprzeciw Panu, mimo że z prawa i lewa czyhają i grożą smoki i węże. Patrzy tylko na Pana i cieszy się z Jego Adwentu. Stacza walkę i oczekuje na wieniec zwycięstwa, który Pan daje – bo sam jest wszak Panem – wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego. A Duch i Oblubienica mówią: Przyjdź!” (Ap 22,17).


Odo Casel OSB Misterium świąt chrześcijańskich Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Sens roku kościelnego

I znów Kościół święty zaczyna nowy rok, tak zwany rok kościelny. Obok roku kościelnego jest też rok świecki. Należy się jednak strzec, by nie stawiać ich tak po prostu obok sie­bie. W gruncie rzeczy pochodzą one z dwóch zupełnie różnych światów. Z zewnątrz – oczywiście – są do siebie podobne. Oba obejmują krąg 365 dni, a więc jeden cykl słoneczny lub też – mówiąc z astronomiczną dokładnością – jeden obieg ziemi dokoła słońca. Jednak ujawnia się tu pewna różnica. Rok świecki zaczyna się wraz z nowym wznoszeniem się słońca. Dzień 25 grudnia jest natalis solis invicti – narodzinami niezwyciężonego boga Słońca. Tuż wcześniej słońce osiąga swój najniższy punkt, a teraz znów triumfalnie pnie się wzwyż: „wschodzi światło”. We wczesnej starożytności ludzie woleli zaczynać rok z nastaniem wiosny. Żydzi jako pierwszy obchodzili wiosenny miesiąc nisan. Grecy mieli swój anthesterion (miesiąc kwiatów); Rzymianie początek roku świętowali 1 marca. W ten sposób rok łączy się ze Słońcem, z kosmicznym życiem natury. Rok świecki jest kosmiczny; jego nawrót odzwierciedla budzące się wciąż na nowo siły przyrody.

Również w roku kościelnym znajdujemy nawiązanie do biegu natury. Już samo to, że zaczyna się on około 1 grudnia, wyraża przygotowanie do natalis Domini – narodzin Syna Bożego i do Jego objawienia się – epifanii. Zarówno 25 grudnia, jak i 6 stycznia są datami solarnymi. Jednakże daty te Kościół ujmuje nie w sensie kosmicznym czy astronomicznym; mają one sens duchowy, to znaczy są symbolami wyższego, Boskiego świata, Bożego kosmosu, który wznosi się ponad wszelkim czasem i króluje w nieruchomym eonie. Toteż rok kościelny nie musi aż tak ściśle trzymać się dat astronomicznych, lecz może się zaczynać od czasu przygotowania, adwentu. Właściwym początkiem jest Epifania Pana. Poza tym rok kościelny ma swój drugi początek – na wiosnę. Starsza od Epifanii jest Pascha. Ta zaś należy do wiosny, do „pierwszego” miesiąca roku, do czasu wiosennego zrównania dnia z nocą. Według najdawniejszych wyobrażeń chrześcijańskich świat został stworzony w wiosennej krasie. Niektórzy wyznaczali ów dzień stworzenia na 25 marca, a ten sam dzień uważano też za dzień zbawienia przez wcielenie, jak również przez mękę i zmartwychwstanie Pana. W tym dniu, przypadającym albo w pierwszą wiosenną pełnię księżyca, albo wkrótce po niej, zaczęło się nie tylko stworzenie, ale również nowe stworzenie. W tym dniu zaczynał się zarówno rok kosmiczny, jak i rok zbawienia, a także rok misteriów. Również od tego dnia prowadzono rachubę czasu: 2 dni, 6 dni, 40 dni, wreszcie septuagesima – siedemdziesiątnica. Ale wszystko to było jedynie przygotowaniem. Wszystko było ujmowane w związku ze świętym przebudzeniem wielkanocnym, od którego zaczynał się nowy eon – przyniesione przez Chrystusa życie wieczne. Już tutaj widzimy, jak naturalny rok ze swym życiem przyrody stał się symbolem wyższego, Boskiego roku. Chrystus jest nowym rokiem. Jego zbawcze dzieło jest treścią roku misteriów. W roku tym nie chodzi o rozwój w czasie, lecz o Boże czyny i sprawy. Bóg jednak jest wiecznością. Rok kościelny jest więc symbolem rzeczy nie doczesnych, lecz wiecznych. Co jednak może być doczesnym symbolem wieczności? Otóż również natura ma pewnego rodzaju własną wieczność, gdyż ustawicznie powraca w tej samej postaci. Koło stawania się zatacza pełny krąg i kolejny raz powtarza swą drogę. Lecz w tym też tkwią zarazem jego więzy. Naturalny człowiek w żaden sposób nie może wyrwać się z tego wiecznego kołowrotu. Nawet gdy umiera, jego naturalna istota wraca z powrotem do obiegu koła – może po to, by znów się w nim narodził? Tak czy owak, starożytni mówili o kręgu przeznaczenia, do którego człowiek jest przykuty niczym przestępca przywiązany do koła tortur, łamiącego mu kości. Jedyne wyjście z te­go przymusu może dać tylko Ten, który mieszka poza tym kołem, w nieruchomym, przewyższającym wszystko Środku: Bóg. On wyprowadza nas poza czas i wprowadza w wieczność: wyprowadza mnie na miejsce przestronne; ocala, bo mnie miłuje (Ps 18[17],20).

Jeszcze straszliwsza od starożytnej koncepcji czasu toczącego się w kółko jest nowsza, upowszechniająca się zwłaszcza od późnego średniowiecza koncepcja czasu jako biegnącego wciąż naprzód, bez regresów, obejść ani powrotów. Koncepcja ta odbiła się też na pojęciu czasu i roku w umysłach ludzi żyjących we współczesnej cywilizacji. Człowiek ery przemysłowej pojmuje czas jako linię prostą, wiecznie biegnącą naprzód i pociętą jedynie na odcinki wyznaczone kolejnymi obchodami Nowego Roku. Świat wita każdy z tych odcinków czasu tak, jakby miał on przynieść zupełnie nowe rzeczy. Takie wyobrażenie często łączy się z ideą postępu. Linia biegnie nie tylko naprzód, ale i wzwyż. W tym wznoszeniu się w górę to, co stare, zostaje obalone, natomiast na światło dzienne stale wychodzi coś nowego, aż w końcu ukaże się nadczłowiek z całą aparaturą doskonałej techniki. Czasy najnowsze najdobitniej pokazały, że tego wiecznego postępu jakoś nie widać, że raczej droga schodzi w dół. Dziwnym sposobem, począwszy od Nietzschego, obok nowożytnej, linearnej koncepcji czasu pojawia się koncepcja czasu jako wiecznego powrotu tego samego – myśl beznadziejna! Wystarczy tylko wyobrazić sobie, że wszystkie ludzkie głupstwa i zbrodnie zostaną popełnione raz jeszcze! Niemniej jednak takie idee świadczą o tym, że nowożytna, „naukowa” koncepcja czasu nie panuje już niepodzielnie.

W rzeczywistości starożytność miała zupełnie inną koncepcję czasu. Starodawna mądrość przedstawiała czas pod postacią węża, który gryzie własny ogon, to znaczy który wraca do samego siebie. Czas był więc dla tych ludzi nie linią prostą, lecz okręgiem, cyklem. Ale jak czas może wrócić do samego siebie? W przestrzeni mogę raz jeszcze przemierzyć tę samą drogę. Ale w czasie nie mogę powtórnie przejść tego samego szlaku. Czy jest to możliwe u Boga? Czyż może [Człowiek] powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się? – pyta Nikodem (J 3,4). Jezus mu odpowiada: Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha (J 3,7n). Nikodem znów pyta: Jakżeż to się może stać? Na co Jezus:

Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich? I nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego (J 3,10nn).

Dla Boga są więc możliwe rzeczy, które nam się wydają niemożliwe. Widzimy jednak na powyższym przykładzie, iż nie chodzi o to, by coś powtórzyło się jako materialnie całkowicie to samo. Fakt narodzin cielesnych nie jest wart tego, żeby się powtórzył. Ale żeby to, co narodziło się z ciała, odrodziło się, na nowo narodziło się z Ducha – to już jest Boskim dziełem. Coś tutaj się powtarza, ale na wyższym poziomie. Rozwój przebiega po okręgu, ale nie jak wąż gryzący swój ogon, lecz jak linia, która wznosi się po spirali, która niczym śruba kręci się w górę. Nie powraca absolutnie to samo ani też nie pojawia się nic absolutnie nowego, lecz wieczna, Boska idea urzeczywistnia się w cyklicznych obrotach, które kręcą się wzwyż, w przeciwieństwie do nieruchomego środka, i które właśnie dlatego mają w sobie coś Boskiego, jako symbol, jako droga, aż ostatecznie wejdą w stan spoczynku, tak jak koniec śruby stale znajduje się w górze w tym samym punkcie, mimo że obroty śruby wznoszą się wzwyż w nieustannym ruchu, który stale powtarza ten sam obieg, lecz w którym każde okrążenie jest o jeden stopień wyższe od poprzedniego.

Oby te rozważania pomogły nam lepiej zrozumieć rok kościelny. Ów święty rok opiera się na innej koncepcji czasu niż ta, jaką my, ludzie, mamy. Rok kościelny nie jest linią, lecz okręgiem. W roku kościelnym nie ma nic nowego, tylko wciąż to samo. Już dziś znamy całą jego treść. Rok kościelny nie ma też ani początku, ani końca. Również dzień dzisiejszy właściwie nie jest początkiem. Dowodzą tego choćby obie Ewangelie z poprzedniej i dzisiejszej niedzieli, które mówią o tym samym. Jak powiedzieliśmy wcześniej, nie ma on również początku w tym samym sensie, co rok słoneczny, lecz ma jak gdyby dwa punkty wyjściowe: Epifanię i Paschę, które są zarazem punktami kulminacyjnymi. Mysterium Christi zawsze jest to samo i zawsze jest pełne. Objawia się ono w całej swej pełni, a nie w procesach stopniowego rozwoju. Rozwój jest rzeczą ludzką, pełnia jest rzeczą Boską. Już dziś, w pierwszą niedzielę roku kościelnego, czcimy w Eucharystii całe misterium zbawienia. Nie można również powiedzieć, że „krąg Epifanii” jest warunkiem „kręgu paschalnego”. Oba w gru­n­cie rzeczy obejmują to samo, rozważane jedynie na dwa różne sposoby. Równie dobrze można by więc zaczynać rok kościelny od Paschy i kończyć go Epifanią, która wówczas bardziej niż obecnie ukazywałaby się jako Paruzja.

Widać już stąd, że w świętowaniu roku kościelnego poszczególne kręgi nie gromadzą się jeden obok drugiego, lecz układają się jeden na drugim, wznoszą się spiralnie i pną się w górę jak śruba. Świętujemy to samo, a jednak nie to samo! Zawsze jest tu to, co stare, a jednak zawsze jest coś nowego, zawsze jest to nowe. Bo jest to wszak to, co wieczne, Boskie, a to, co Boskie jest wiecznie młode i no­we, gdyż jest wiecznym życiem. Ziemskie stawanie się umiera w tej samej chwili, w której się wydarza. Ziemskie stawanie się jest zestarzałe. Starożytni mówili o świecie, że jest „starzejący się” – senescens. Nawet zbawcza historia Starego Przymierza uległa temu starzeniu się, stała się Starym Przymierzem. To, co się przedawnia i starzeje, bliskie jest zniszczenia (Hbr 8,13). Bóg się nie przedawnia, gdyż jest pełnią życia, jest samym Życiem. Toteż gdy życie Boże objawiło się nam w Chrystusie, przyszedł wówczas Ten, który wiecznie przychodzi, zstąpił w tę doczesność Ten, który jest wiecznie nowy. Wraz z Jego zmartwychwstaniem zaczyna się nowy eon, eon wieczności. Owszem, w tym eonie Kościół musi jeszcze trudzić się, cierpieć, Chrystus musi jeszcze nieść krzyż. Ale w zmartwychwstałym Chrystusie, a przez to i w eonie Bożym jest już Duch – Pneuma. I dlatego obok roku świeckiego jest rok Pański, rok życia w eonie Chrystusa. Jest on symbolem, sakramentem życia wiecznego – dlatego krąży w koło. Jest symbolem drogi do wieczności – dlatego porusza się po liniach spiralnych w górę, ku Bogu. Porusza się – a to jest symbolem tego, że również w wiekuistym spoczynku Boga nie panuje sztywny bezruch, lecz wieczne, trójjedyne życie. Jak mówi Goethe:

Wszelkie dążenie, wszelka walka
W Bogu jest wiecznym spokojem.

W roku kościelnym najintensywniejsze życie, zmagania i walka w najcudowniejszy sposób łączą się z Boską kontemplacją i skupieniem. Dzięki temu rok kościelny oddaje sprawiedliwość naszej istocie. Będąc chrześcijanami, musimy pracować, zmagać się z przeciwnościami, nosić krzyż – ale zawsze z pewnością zwycięstwa. „Widzę już to, czego pragnęłam, i posiadam to, czego oczekiwałam” – mówi św. Agnieszka. Chrystus, nasza Głowa, zasiada już po prawicy Ojca. W Nim już odnieśliśmy zwycięstwo, w Nim już odpoczywamy. Lecz w tym eonie musi się jeszcze sprawdzić nasza część ziemska.

Dlatego też rok kościelny przedstawia nam życie i walkę, zwycięstwo nad śmiercią i wieczne życie naszego Kyriosa – uwielbionego Pana. Jest On nie tylko naszym wzorem, lecz również walczy w nas i w nas zwycięża. Jego misterium jest naszą drogą do Ojca. W ten sposób rok kościelny jest prawdziwą drogą zbawienia, cyklicznym krążeniem wokół Słońca, jakim jest Chrystus, śrubą, która unosi nas z tej ziemi coraz wyżej i zbliża nas do nieruchomego końca – do Boga Ojca.

Biada temu, kto nie pozwala się unosić, kto sądzi, że skoro wciąż jest tu tylko jedno i to samo, to spokojnie można oddać się gnuśności. Otóż nie – nowy początek roku kościelnego musi nas zastać na wyższej linii śruby! Inaczej pozostaniemy niżej, w świecie, będziemy unowocześniać się i zarazem wraz z tym światem się starzeć. „W górę serca” – woła do nas Pan. „Prosimy Cię, Panie, pobudź wolę swoich wiernych, aby gorliwiej korzystając z owoców służby Bożej, zasłużyli na obfitsze łaski Twojej ojcowskiej dobroci” (oracja z ostatniej niedzieli roku kościelnego). Opus divinum – zbawcze dzieło Boże – jest dla nas łaską; jednakże nie jest ono pozostawione do naszego uznania, lecz jest również zadaniem; nie cofa nas wstecz, lecz prowadzi ku wieczności. Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas niż wtedy, gdyśmy uwierzyli (Rz 13,11). Przybliżyło się do nas ostateczne zbawienie; wyjdźmy mu na spotkanie, nie senni i znużeni, lecz trzeźwi i gotowi. Wieczny wieniec zwycięstwa czeka na nas, jeśli świadomie i gorliwie będziemy nieść wieniec roku kościelnego.


Odo Casel OSB Misterium świąt chrześcijańskich Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC