Zastanowimy się z kolei nad ważnym składnikiem naszej doskonałości – nad stosunkiem do Pisma Świętego. Sprawą tą musimy się zająć poważnie z dwóch zupełnie niezależnych od siebie powodów, które mogą się nawet wydawać biegunowo przeciwne. Obowiązek wgłębiania się w pisane Słowo Boże należy do wymogów tradycji naszej wielowiekowej, jak też do po­stulatów dobrze zrozumianej nowoczesności. W tej dziedzinie bowiem niejako nakładają się na siebie dwa nurty: stara praktyka monastyczna i świeża rosnąca z dnia na dzień tzw. „odnowa biblijna”.

Od samego początku istnienia ruchu zakonnego – wywołanego zresztą, jak widzieliśmy, potrzeba brania Ewangelii na serio i w stu procentach – mnisi uważali za swoją podstawową praktykę czytanie Pisma św. Stąd nazywa ją reguła benedyktyńska znamiennym określeniem: Lectio divina – Boże (a nie: duchowne) czytanie. Mnisi codziennie wgłębiali się w Pismo św. czytając je po kolei i w całości. Bądźmy szczerzy i przyznajmy, że ta prak­tyka poszła w zaniedbanie w bardzo wielu zakonach.

A chcemy być zakonem II-ej połowy XX wieku i „żyć w swoim czasie”, nie możemy więc wyminąć autentycznego i bijącego źródła dla nas, jakim jest Słowo Boże, tak dziś akcentowane. Chciałbym dzisiaj w tym rozwa­żaniu harmonijnie połączyć i ten wzgląd tradycyjny i tę wspaniałą dzi­siejszą odnowę biblijną, tę naszą nowoczesność. Bo to tak właśnie jest, że w skrzyni Kościoła znajdują się na samym dnie rzeczy, które będą naprawdę najnowsze. Pewnie dlatego są takie nowe, że przez tyle wieków uchodziły za bardzo stare i nikt do nich nie zaglądał. Tak z pewnością jest z czytaniem Pisma św. Może starsze Siostry pamiętają takie zastrzeże­nia, jakie u nas głosili epigoni niektórych kierunków: dla Sióstr Stary Testament to mniej odpowiednia lektura.

Pamiętam z moich lat młodzieńczych scenę, których bohaterkami były moja babcia i ciocia. Miałem chyba z 15 lat, gdy matka jednego z moich kolegów zafundowała mi, zresztą na moją cichą prośbę, egzemplarz Pisma św. w całości, taki jaki wtedy świeżo wydali oo. Jezuici. To była nowość niesłychana w latach trzydziestych naszego stulecia. Podobała mi się Apokali­psa św. Jana. Taka ciekawa Księga. Moja babcia pyta:

– Cóż ty tak czytasz?
– Apokalipsę – odpowiedziałem.
– Apokalipsy się nie czyta – powiada babcia.

Jako człowiek w tym wieku zawsze przekorny, spojrzałem na większy autorytet, na moją ciocię. Na jej twarzy potakujący gest. Nie powiedziała ani słowa, ale przy­taknęła. Nie czyta się! A ja przekorny dalej czytam Apokalipsę. Ale sumienie ruszyło. Przychodzi spowiedź, cichuteńko mówię kapłanowi przez kratkę: „Czytałem Apokalipsę”. Dziwna rzecz, mój spowiednik najpierw wcale nie zareagował. Myślę sobie: „Ja pewnie to za cicho powiedziałem”. Trzeba głośniej powtórzyć: „Czytałem Apokalipsę” – „No to co z tego, mój kochany?” Mój niebezpieczny grzech okazał się iluzją. Boża ironia losu: po 30 latach – Pan Bóg dał mi napisać pierwszy w Polsce naukowy komentarz do Apokalipsy…

Cytuję ten przykład stwierdzający, że są u nas zadawnione niesłuszne poglądy na temat Pisma św. Istotnie w imię prawdy trzeba powiedzieć, że obowiązywały częściowe zakazy czytania Pisma św. Ale to były czasy, które wymagały takich zakazów, bo nie było jeszcze dobrych przekładów, a te które istniały były wadliwie zrobione i w związku z tym mnóstwo heretyków robiło karierę na wadliwych przekładach. Wtedy Kościół nie mając lepszego wyjścia dawał różne ograniczenia. Ale teraz już nie ma absolutnie żadnych częściowych zakazów i wręcz przeciwnie, ostatni Pa­pieże zalecają usilnie lekturę Pisma św. Oczywiście pozostaje w mocy za­sada, że każde katolickie wydanie Pisma św. musi mieć aprobatę i bodaj krótki komentarz (por. KPK kan. 825 § 1). Dlatego nawet dla tych nieprzygotowanych, ale mających dobrą wolę, już komentarz powinien wystarczyć przy lekturze. A jeżeli się nie wszystko rozumie, to też jest dobra lekcja pokory. Niemniej Pismo św. jest ważne właśnie dla nas, jako dokument ukazujący nam całość zbawczego planu Boga.

Posłuchajmy prologu Listu do Hebrajczyków:

Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez Proroków, a w tych osta­tecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dzie­dzicem wszystkich rzeczy i przez Niego też stworzył wszechświat. Ten Syn, który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty, podtrzy­muje wszystko słowem swojej potęgi, a dokonawszy oczyszczenia z grze­chów, zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach (1,1–3).

W tych trzech wierszach jest zamknięty cały sens Pisma św. obydwu Testamentów, Starego i Nowego – cały zbawczy plan Boga. Rozliczne sposoby prze­mawiania Boga kończą się wreszcie tym, że samo odwieczne Słowo Boże staje się Ciałem i naucza nas. To Słowo Boże jest naszym Odkupicielem i to Słowo Boże jako nasz Brat już zasiada po prawicy Ojca i czeka na to, byśmy do Domu Ojca wszyscy wrócili. Oto jest sens Pisma św., ale uję­tego jako jedna organiczna całość. Chrystus Pan jest w środku zbawczego planu, ale Sam jest poprzedzony przez te rozliczne i przeróżne sposoby, jakimi niegdyś Bóg mówił do naszych przodków przez Proroków. Stary Testament daje świadectwo Jezusowi Chrystusowi.

Czas już odnowić w sobie świadomość tej jeszcze jednej Bożej obec­ności. Doskonale znamy tę katechizmową prawdę, że Bóg jest wszędzie obecny. Usiłujmy ją wprowadzić w życie, stosując praktykę pamięci na Bożą obecność, doskonałą praktykę, bardzo płodną w skutki. Wiemy dobrze, jesteśmy głęboko przekonani o eucharystycznej obecności Zbawiciela w Najświętszym Sakramencie. Dajemy temu wyraz każdego niemal dnia przez nasze adoracje, benedykcje. Wiemy też o obecności Bożej w naszej duszy (to już troszkę gorzej pamiętamy). Ale towarzyszy nam i ta świadomość, że Bóg w nas mieszka. Jednak prawie zupełnie zapomnie­liśmy o jeszcze jednym „wcieleniu” Bożym, mianowicie, że Słowo wcieliło się w literę Pisma św. Stąd ta księga, jaką jest Pismo św., Księga ksiąg, to też jest „miejsce” szczególnej Bożej obecności. Liturgia uroczysta Mszy św., która sięga swoimi początkami średniowiecza, ukazuje tę prawdę, gdy w obrzędzie uroczystym niesie się na miejsce śpiewania Księgę Ewangelii. Diakon, zanim rozpocznie śpiewać czy czytać, okadza tę Księgę tak samo, jak się okadza monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Wszys­tko to są liturgiczne ślady pamięci na wcielenie Boga w literę Pisma. Dzi­siaj, kiedy przerabia się średniowieczne kościoły, ze zdziwieniem stwierdzają architekci, że niekiedy bardziej eksponowane miejsce miała w tych średnio­wiecznych katedrach szafa, w której spoczywał Ewangeliarz, niżeli bardzo skromna szafka z boku, w której przechowywano Najświętszy Sakrament. My dziś powiemy, że to nie było w porządku. Zgoda, ale myśmy z kolei przesadzili w drugą stronę, zapominając o Piśmie św. Dopiero odnowa liturgiczna Soboru Watykańskiego II przywraca właściwe miejsce lekturze Pisma Świętego.

Słynny konferencjonista jezuicki o. Henryk Pinard de la Boullaye, wielki uczony, a potem znany pisarz ascetyczny, którego szereg książek mamy i na język polski przetłumaczonych, w jednej swojej konferencji w Notre-Dame zadał takie pytanie rzeszy słuchaczy: „Czy zdajemy sobie z tego sprawę jakie to szczęście, że mamy Ewangelię i Eucharystię. Ale wyobraźmy sobie, że mamy do wyboru albo Ewangelię, albo Eucharystię, że nie możemy ich mieć naraz, co byśmy wybrali?” Pytanie bardzo trudne. (Jeszcze trudniejsze od tych pytań, które dzieciom zadajemy: kogo więcej kochasz mamusię czy tatusia?). Ale dobrze jest stawiać sobie takie pytania. Ów znany kaznodzieja dalej zadeklarował, że gdyby musiał wybierać, wybrałby Ewangelię. Dlaczego? Bo bez Ewangelii nie byłoby wiadomo, co to jest Eucharystia. Patrzylibyśmy na nią, jak na zwykły biały opłatek, bo nikt by nam nie powiedział, że w Wielki Czwartek nad tym chlebem padły słowa: „To jest Ciało moje” (por. Mt 26,26). Cóż mi z Eucharystii, kiedy jej nie znam? Nie byłaby dla mnie lekarstwem. A w Ewangelii mam słowa mojego Zbawcy!

To jest teoretyczny eksperyment. Na szczęście nikt od nas nie wymaga tego wyboru, ale z całej tej wewnętrznej dyskusji, z całego konfliktu to jedno wynika wyraźnie, że my nie dowartościowaliśmy w naszym życiu Ewangelii, że my traktujemy tę sprawę jako taką, która nam się należy. Gorzej, my przeważnie troszkę sobie pochlebiamy, że znamy Ewangelię. Ale czy w tym samym stopniu my tę Ewangelię przeżywamy? Czy to tak trochę nie jest, że my na słowo Ewangelii bardzo przykładnie wstajemy, jesteśmy jak ci żołnierze na baczność, słuchamy z minami bardzo mar­sowymi, poważni, lecz czy my się w słowa Ewangelii wgryzamy w naszej osobistej modlitwie? Odpowiedzmy sobie: do jakiego stopnia nasza mo­dlitwa jest oparta na Piśmie Świętym? A wiedzmy, że wszyscy autentyczni mnisi, począwszy od tych pierwszych, którzy uciekali z miast do Tebaidy pod palmy, poprzez św. Benedykta – Patrona Europy, kończąc na wspa­niałych trapistach w Getsemani, gdzie żył Thomas Merton, wszyscy oni ciągle, całe życie modlitewne opierali na Piśmie św. Tradycyjna nauka modlitwy jest taka właśnie: Lectio divina, Boże czytanie, potem rozważa­nie, potem kontemplacja, a potem te stany modlitewne, do których sam Pan Bóg raczy powoływać człowieka, przekraczające jego możliwości. Ale wszystko wyrasta z tego właśnie zasadniczego pnia: Lectio divina. Czytanie Pisma św. i modlitwa, to są dwa elementy jednego i tego samego rytmu życia duchowego. Obok Komunii Eucharystycznej, stoi Komunia, jeśli ją tak wolno nazwać, biblijna. Mianowicie, połączenie się z tymże samym Bogiem Żywym, ukrytym w literze Pisma. Trzeba z takim sercem czytać Pismo św., jakim przyjmujemy Zbawiciela, bo to jest też Jego obec­ność twórcza.

Często nasze życie wewnętrzne bardzo się wysusza. Modlitwa staje się pokarmem jałowym i niesmacznym. Często dzieje się tak wskutek tej podstawowej winy, że w dialogu między Bogiem Żywym a nami brak Jego słów, bośmy je zaniedbali. Mamy mnóstwo osobistych problemów, które po większej części są pseudo-problemami, bo po większej części są to sprawy urażonej miłości własnej i niezadowolenia, że nasza wola się nie dzieje. To przeważnie rozrywa całkowicie i psuje naszą modlitwę. Na­rzekamy, że same tylko roztargnienia. Czemu tak jest? Bo nie umiemy usiąść jak Maria u stóp Pańskich i słuchać Jego słowa. Dusze zakonne często wolą jak Marta, kręcić się dokoła rozlicznej posługi. Czasem jeszcze sobie pochlebiają, że na tym polega służba Boża, że chcą być czynne jak kręcące się frygi. Usiądź najpierw i posłuchaj słów Pańskich, a potem idź i czyń, ale to, co tobie powie Pan. Bo można bardzo łatwo wpaść w taki właśnie formalizm, że się spełnia na zewnątrz całkiem niezłe, dobre uczynki, ale brakuje więzi z Bogiem żywym. Nie ma tego egzystencjalnego z Nim dialogu. Czemu? Bo się Jego słów nie słucha. Tymczasem mamy być miłośnikami i wykonawcami Słowa. Dlatego musimy na rekolekcjach jeszcze raz tę sprawę przemyśleć.

Pismo św. często na nas nie działa, bo mamy ciasne ujęcie Pisma św. Dla wielu ludzi Pismo św. jest tylko zbiorem bardzo groźnych zakazów i nakazów o typie kodeksowym. Oni układają sobie jakieś życie z Bogiem na podstawie własnych intuicji. Czasem sobie więcej cenimy nasze ujęcie Pana Jezusa, niżeli to, które nam obiektywnie podaje Pismo św. I stąd, zwłaszcza w polskiej religijności jest mnóstwo subiektywnych odchyleń, mnóstwo romantycznych upodobań. Czasem zakonnice są niezwykle łase na to, żeby przeczytać jakieś nowe objawienie prywatne. I na tym obja­wieniu prywatnym budują całą swoją niemal duchowość. A gdzież jest publiczne Objawienie? Czy już wyczerpany jego skarbiec? Pan Bóg w swo­jej dobroci pobudza ludzi objawieniami prywatnymi, w niektórych epo­kach, ale po to, by sobie przypomnieli prawdy zasadnicze.

Słowo Boże trzeba wciąż zgłębiać na nowo. Słowo Boże to nie słowo ludzkie. Jeśli nauczyliśmy się kiedyś słów jakiegoś poety, który zachwycał nas w młodości, a dzisiaj sobie ten wierszyk powtórzymy, często patrzymy na ten utwór, jak na uschnięty fiołek w zielniku. Kiedyś człowiek się tym przejmował, a teraz takie to względne. Ludzkie słowo niestety skazane jest na zagładę, a Słowo Boże jest wiecznie żywe. Jeżeli ono jest przez nas przeżywane otwartym sercem, to jest niezwykle płodne. Człowiek w miarę powtarzania sobie niektórych słów doznaje zupełnie przeciwnego efektu niż jest z ludzką poezją. Nie starzeją się one, lecz przeciwnie odsłaniają niebywale nowe horyzonty. Słowo Boże, pamiętajmy, stworzyło wszech­świat, to Słowo dokonało Odkupienia i to Słowo będzie naszym szczęściem wiekuistym. Obcujmy więc z tym Bożym Słowem już teraz.

Pismo Święte to jest jedna jedyna historia zbawczego planu Boga. Po rajskim upadku Bóg nie rezygnuje z człowieka, mimo że człowiek tak arogancko się zachował w raju. Bóg słowem powołuje wybrańców. Po­wołuje Abrahama, dokonuje wyboru Swojego ludu spośród narodów rozproszonych pod wieżą Babel. Lud ten wyrywa z domu niewoli, z ziemi egipskiej, dla ludu tego wybiera Mojżesza, ludowi temu każe 40 lat wę­drować po pustyni w drodze do Ziemi Obiecanej. W tej ziemi Obiecanej lud Boży zaczyna żyć bardzo po ziemsku i królestwo swoje obraca w kró­lestwo tego świata. Przychodzi nieuchronna klęska, niewola babilońska i odrodzenie pod możnym wpływem Bożych Proroków. Na horyzoncie ukazuje się już Sługa Jahwe, przyszły cierpiący Mesjasz-Odkupiciel.

Pismo Święte, to historia o trzech płaszczyznach, to historia, która się nie skończyła. Pierwszą płaszczyzną są dzieje Izraela, które przechodzą w dzieje Chrystusa. Krótkie bardzo a dla nas najważniejsze są dzieje Chrys­tusa, a potem jest „przedłużony Chrystus”, to są dzieje Kościoła. I te dzieje się nie skończyły a w tych dziejach jesteśmy koniecznymi aktorami. Pismo Święte, to nie zamknięta historia. Właśnie ostatnia Księga Pisma św. Apokalipsa św. Jana, ukazuje nam to, co będzie, a czego jeszcze nie ma, i po­kazuje nam nasze miejsce w zbawczym planie Bożym.

Wszystko w Piśmie Świętym jakoś się do nas odnosi. Wszystko jakoś zmierza do Chrystusa, a Chrystus to nasze życie. I dlatego gdziekolwiek otworzymy Pismo św., coś dla siebie znajdziemy. A my byśmy byli skłonni czasem powiedzieć, że w Starym Testamencie dużo jest rzeczy niepotrzeb­nych. Słyszałem kiedyś takiego profesora moralistę, który twierdził: „Stary Testament to już przedawniona historia, nas obowiązuje Nowy, zapo­mnijmy o Starym”. Tak nie wolno mówić. Św. Augustyn doskonale ujmuje istotę zależności dwóch Testamentów w słowach: „Nowy Testament kryje się w Starym, a Stary wyjaśnia się w Nowym”. A obydwa mają się do’ siebie jak przygotowanie i realizacja. Należą do jednej całości, do jednego zbawczego planu Boga. Gdy popatrzymy, jak się ten plan rozwija, widzimy, że wypadki mają przedziwną ciągłość. Wszystko następuje jedno po drugim, bo Bóg tak przewidział. W tej ciągłości jest rozwój, następne wypadki są czymś w stosunku do poprzednich zawsze doskonalszym, a między Starym a Nowym Przymierzem zachodzi to, co by można zaczerpnąwszy termin z języka muzycznego nazwać transpozycją. To wszystko z wolna jakby się przekłada na inny język. Czytamy np. Proroków i spotykamy u nich obrazy materialnego szczęścia. Gdzież ono będzie zrealizowane? Trzeba je przetransponować: to są wszystko duchowe dobra Kościoła.

W Piśmie św. jako jednej całości wadzimy zasadę przedziwnych tryp­tyków. Typy biblijne mają swoje antytypy czyli zapowiedzi słowne i re­alne mają swoje urzeczywistnienia po latach. Układa to się w historyczne tryptyki. Np. taki tryptyk wybitny: Potop, chrzest, sąd ostateczny. Potop, który daje koniec wadom, a początek nowemu życiu. Chrzest sakramen­talny, który realizuje w chrześcijaninie koniec grzechu, a początek życia dla Boga. Sąd Ostateczny, który wreszcie wszystko zło, które było dotąd pali, a człowiekowi pozostawia samo życie.

I tak czytając Pismo św. ciągle widzimy Boga, który się nad nami pochyla, Boga bliskiego. A czy nie to jest najbardziej w naszym trudzie potrzebne, żeby przeżywać Boga jako bliskiego? Na co ciągle cierpimy, jeśli nie na odległość Boga. Nawet często tego nie wiemy, a to jest nasze jedyne i prawdziwe nieszczęście. „Jedyna bieda, że człowiek nie jest święty” (Leon Bloy). Innych bied nie ma, tylko to właśnie. A z czyjej winy? Czy Pan Bóg się z daleka trzyma od nas? On, Który jest samą Miłością? Nie. Tylko my nie podchodzimy do Niego wszystkimi możliwymi drogami. Między innymi właśnie tę drogę, jaką jest Lectio divina, musimy dowar­tościować.

Błogosławieni są ci, którzy słuchają Słowa Bożego i zachowują je (Łk 11,18), powiedział Zbawiciel. Św. Jakub dodał: Bądźcie wykonaw­cami Słowa, a nie tylko słuchaczami (Jk 1,22). Musimy więc wgryzać się w Pismo Święte i robić „rewizję życia” naszego w zestawieniu z mocnymi wymaganiami Pisma Świętego, bo wszyscy mamy jakoś przedłużać Słowo Wcie­lone.

Wielki pisarz starochrześcijański Orygenes wyróżniał trzy kategorie czytających Pismo św. Dla jednych ono jest jak muzyka. Znamy ludzi niewierzących, którzy się zaczytują niektórymi partiami Pisma św., ale traktują je tylko jako poezję. Uznając walory estetyczne, nie docierają oni do istoty. Dla drugich Pismo św. jest jak wino, które ich upaja, daje im na chwilę entuzjazm, ale, wiadomo, działanie wina przemija i człowiek znowu jest taki sam zwyczajny, obojętny. To też nie jest jeszcze dosta­teczne korzystanie ze Słowa Bożego. Ale trzecia kategoria to są ci, factores verbi, którzy są wykonawcami Słowa, mianowicie współukrzyżowani z Chrystusem. Biorą oni na serio, na sto procent i do końca Jego naukę.

Znany francuski pisarz, członek francuskiej akademii literatury i au­dytor soborowy Jean Guitton w swojej książce o Matce Bożej mówi:

Gdyby mnie zapytano jaką cechę Maryi Najświętszej chciałbym widzieć szerzej omawianą, to bym wymienił następujące: Dziewica rozpamiętująca, Dzie­wica, która się zadumała nad historią, Dziewica Myślicielka.

Na jakiej podstawie mógł tak powiedzieć? Magnificat Matki Bożej jest dowodem jak Ona „rozważała wszystkie sprawy Boże w sercu swoim”. Jak Ona swoje własne życie umiała umieścić w tej pieśni na tle zbawczego planu Boga! Ta Dziewica Myślicielka, Maryja zadumana nad zbawczym planem Bożym, oto jest wzór dla zakonnicy.

Czytajmy sercem Maryjnym Słowo Boże, a przekonamy się o praw­dzie słów Chrystusa: Słowa Moje są duchem i życiem (J 6,63).


Augustyn Jankowski OSB Ciasna brama i wąska droga. Nauki rekolekcyjne dla sióstr Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).