Śpiew gregoriański został wyrzucony z kościołów nie dlatego, że jest po łacinie (można było przecież zaadoptować melodie do języków narodowych), lecz dlatego, że nie jest wesoły i nie pobudza jak muzyka popularna. Chorał nie jest dla milusińskich, lecz dla spragnionych Boga mniszych dusz – tego rodzaju „dusz monastycznych”, który jest punktem odniesienia dla każdego chrześcijanina wedle jego własnego sposobu życia. Chorał zakłada fundamentalną powagę duszy i rozwija tę predyspozycję do stopnia, który mistycy nazywają „trzeźwym upojeniem”, sobria inebrietas. Człowiek zanurzający się w chorale zaczyna inaczej postrzegać otaczający go świat – oczami wiary, z kontemplatywną gotowością, bystrością, spokojem. Śpiew jest potężnym czynnikiem duchowej przemiany i dojrzewania: napełnia duszę szczerą duchową tęsknotą za Bogiem, tęsknotą wcieloną i wyrażoną w każdym zwrocie melodii odzwierciedlającej niewypowiadalne niuanse, subtelne nurty ludzkiej duszy. Jak dojrzali musieli być ci anonimowi kompozytorzy, jak wytężone było ich dążenie do Boga, skupione w tych cudownie różnorodnych melodiach!

Gdy pewnego poranka śpiewałem oficjum przeznaczone na wspomnienia Doktorów Kościoła, odczułem coś w rodzaju bojaźni względem piękna tych śpiewów, ich słodyczy na granicy melancholii, jakby wyrażały muzycznie to, co Salve Regina mówi słowami: połączenie miłości, zaufania, radości z tęsknotą, żalem i łzami. Tak, muzyka ta jest w stanie sprawić, że ci, którzy ją wykonują, i ci, którzy jej słuchają, stają się z czasem dojrzalsi w wierze, to znaczy: stają się kontemplatykami, którzy wiedzą, jak należy cierpieć i jak radować się w Panu. Ten sam cel osiąga śpiew bizantyjski, używając innych środków. Stanowiąc jaskrawy kontrast, współczesna muzyka liturgiczna ze swoimi sentymentalnymi tekstami kiepskiej jakości, ckliwymi melodiami, powierzchownymi emocjami i natarczywym akompaniamentem, nie tylko jest niezdolna do formowania duchowej dojrzałości, lecz wprost krzywdzi chrześcijańską duszę, zamulając jasność intelektu, niszcząc poczucie piękna, oddając wolę na pastwę emocji i tworząc skłonności sprzeczne z umiłowaniem samotności i milczenia. Mówiąc krótko, muzyka taka nie mogłaby ani wyłonić, ani podtrzymać monastycznej wspólnoty oddanej żarliwemu życiu modlitwy i kontemplacji. Już tylko to powinno wystarczyć, aby „wygnać ją z sanktuarium świątyni”, jak poetycko mawiali papieże. Jeśli jest ona szkodliwa dla ludzi, którzy całe swoje życie poświęcają Bogu, to jest również taka dla każdego z nas, skoro wszyscy mamy być ludem kapłańskim.

Stało się to dla mnie jasne dzięki pewnemu dziwnemu doświadczeniu, które przeżyłem w pewnej uniwersyteckiej kaplicy w Austrii, kiedy tam nauczałem. W zbarokizowanym kościele gotyckim znajdowały się dwie kaplice, jedna zbudowana nad drugą, tak że czasami odbywały się tam dwa nabożeństwa jednocześnie. Tamtego dnia moja grupa celebrowała Mszę trydencką w górnej kaplicy, śpiewając starożytne melodie chorałowe, gdy nagle z dolnej kaplicy zaczęły do nas dochodzić kakofoniczne zawodzenia młodzieży śpiewającej ponure piosenki z niedawno minionych dekad. Było to żywe studium kontrastu: tradycyjny kult – szlachetny, powściągliwy, pełen czci, skupiony na tajemnicy, wspaniale wyrażony przez melodyjne łacińskie wersety, i współczesny styl uwielbienia – hiperaktywny, monotonny i hałaśliwy, pozbawiony miary, piękna i godności.

Jeśli chodzi o naczynia liturgiczne, nigdy nie zapomnę kazania wygłoszonego przez szwajcarskiego księdza na temat złota przyniesionego w darze przez jednego z Trzech Królów narodzonemu Jezusowi, w którym stwierdzał: „Jeśli nie oddajemy Bogu tego, co najlepsze, to nie wierzymy wcale w Boga. Jeśli mamy złoto, które jest cenne, kosztowne i piękne, powinniśmy używać go na chwałę Bożą; jeśli robimy naczynia liturgiczne z drewna, szkła czy gliny, to ostatecznie wyznajemy, że nie uważamy Go za przewyższającego wszystko, będącego ponad tym, co możemy ofiarować, że powinniśmy oddać Mu wszystko, co najlepsze, nawet (a może zwłaszcza) jeśli uszczupla to nasze portfele. Zmniejszyliśmy Boga do naszych rozmiarów i wpisaliśmy Go w schludne budżety, jak byśmy zajmowali się zaopatrzeniem domowych kuchennych spiżarek; nasza wiara jest bardzo słaba, a może wcale już jej nie ma!”.

Zapamiętałem tę homilię nie tylko dlatego, że niczego podobnego wcześniej nie słyszałem – tłumaczenie czcigodnych tradycji Kościoła nie jest bowiem, jak się zdaje, dominującą dziś strategią homiletyczną – lecz również dlatego, że pomogła mi zrozumieć, czemu chrześcijanie zawsze starali się oddawać Bogu to, co najlepsze. Ten rodzaj samozaparcia stworzył podniosłą sztukę i architekturę średniowiecza, przy której jej wszystkie jej współczesne odpowiedniki wyglądają płytko i jak wyraz całkowitego braku szacunku. Nie można nadać przesadnego znaczenia w całym etosie liturgicznym temu, aby święte naczynia wyglądały na godne (tak bardzo, jak tylko jesteśmy w stanie to zrobić) misteriów, które mają zaszczyt w sobie zawierać. Podniesienie konsekrowanej Ofiary podczas Mszy stanowi ukoronowanie długiego hymnu, który ludzkość i całe stworzenie wznosi do Boga; jest to moment, w którym nadprzyrodzona wewnętrzna rzeczywistość darów powinna być najwyraźniej symbolizowana w zewnętrznym pięknie kielicha i pozostałych naczyń ołtarza, a także, owszem, prezbiterium i całego kościoła. Czytamy o świętym Proboszczu z Ars, Janie Vianneyu, który chodził w poszarpanych ubraniach, spał na podłodze i żywił się ziemniakami:

Gdy chodziło o przedmioty przeznaczone dla kultu Bożego, nigdy nie mógł znaleźć niczego wystarczająco pięknego. […] Niewypowiedziana była jego radość, gdy otrzymał od wicehrabiego Ars wspaniały baldachim, znakomite ornaty, chorągwie, wielką posrebrzaną monstrancję, tabernakulum z pozłacanej miedzi, piękne lichtarze i sześć relikwiarzy.

To prawda, Jezus narodził się w skromnej stajence i został złożony w żłobie. Lecz Mędrcy nie przynieśli mu słomy, kurzu i nawozu: przynieśli drogocenne królewskie dary złota, kadzidła i mirry. Sposób, w jaki narodził się nasz Pan, ukazał Jego uniżenie, które gardzi ziemskim blichtrem; sposób, w jaki Trzej Królowie oddali mu cześć, ukazuje ich uniżenie, które szukało tego, co najlepsze, choć sami wiedzieli w swej mądrości, że ich dary są dalece niewystarczające wobec tego, na co On zasługiwał. Nie jest naszym zadaniem zachowywać się tak, jakbyśmy byli Jezusem, który przychodzi na świat i dlatego budować kościoły wyglądające jak stodoły, stajnie czy jaskinie, aby nas ugościły. Naszym zadaniem jest raczej przyłączyć się do Mędrów i pasterzy w podążaniu za Bożym wezwaniem, które wiedzie nas poza nasze ograniczenia. Odpowiadając na nie z wiarą mamy oddać wszystko co najlepsze Słowu-które-stało-się-Ciałem. To samo można powiedzieć o muzyce sakralnej. Natura współczesnego człowieka jest ta sama, co natura człowieka każdego czasu, dlatego nie mamy dziś wymówek usprawiedliwiających to, że tworzymy rzeczy kłujące w oczy i powodujące ból uszu. Jeśli tylko współcześni ludzie mogliby wybierać, nikt z nich nie chciałby takich bezwartościowych rzeczy, a z pewnością nikt ich nie potrzebuje.

Mimo że nasz Pan ukazał się po raz pierwszy na Ziemi w skromnym żłobie, skrytym i ubogim, to sama liturgia nie jest wehikułem czasu do Betlejem około 4 r. p.n.e. Msza to żywy obraz i skuteczne podobieństwo doskonałego kultu sprawowanego przez Jezusa Chrystusa jako Głowy Kościoła – niepokalanego Baranka zamordowanego na Kalwarii, królującego teraz w niebieskim Jeruzalem – i w ten sposób uobecnia pośród nas uwielbionego Zbawiciela, którego ponowne przyjście nie dokona się już w ciszy ubóstwa, lecz w rozbłysku chwały. Z tego powodu instynkt naszej wiary zawsze prowadził nas do maksymalizowania piękna liturgii, służących do niej sprzętów i otoczenia, w jakim się odbywa, na wzdychaniu do tego raczej, co ma przyjść, niż na uleganiu pokusie patrzenia wstecz. Z tego punktu widzenia to właśnie liturgiści domagający się powrotu do ewangelicznej czy apostolskiej „prostoty” pełni są nostalgii, a nie wierni, którzy domagają się tradycyjnego rytu rzymskiego. Oni chcą się cofać, my zaś chcemy iść naprzód. To różnica między archeologią a eschatologią. Ironia jest tu nawet jeszcze większa: jednym z najstarszych znanych zwyczajów liturgicznych, który przetrwał wszystkie stulecia, dopóki nie spotkał skutecznego przeciwnika w postaci nowoczesnej zachodniej hybris, było kierowanie się na wschód podczas modlitwy do Chrystusa, który jest prawdziwym światłem oświecającym każdego człowieka (por. J 1,9). Ustawianie kapłana plecami do Słońca Sprawiedliwości, „twarzą do ludu” w zamkniętym kręgu jakby sam był nadchodzącym światłem, świadczy o nowym liturgicznym stylu lekceważącym powszechnie czytelną symbolikę i kasującym jeden z niewielu zwyczajów, co do których mamy pewność, że był praktykowany przez Kościół pierwszych wieków. Ponownie okazuje się więc, że obrońcy Tradycji są bardziej zdolni do zachowywania tego, co najbardziej cenią sobie ich adwersarze – w tym wypadku starożytnego charakteru liturgii.


Peter Kwasniewski Kryzys i odrodzenie. Tradycyjna liturgia łacińska a odnowa Kościoła Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).