Jeżeli kogoś szczerze kochamy, chcemy spędzać z tą osobą jak najwięcej czasu. Nasza myśl często kieruje się właśnie ku tej konkretnej osobie, czerpiemy radość z każdej chwili spotkania, bliskości. Kwestia odwzajemniania miłości akceptowana jest bez zastrzeżeń przez wszystkich, bowiem odnosi się do każdego bez wyjątku.

Dokładnie tak samo ma się sprawa z miłością do Boga. I tak jak, kochając kogoś, staramy się być możliwie blisko tej osoby, tak samo powinno wyglądać to w odniesieniu do Chrystusa.

Cóż jednak wspólnego ma miłość do Boga z praktykowaną od wieków lekturą Słowa Bożego zwaną lectio divina? Bardzo wiele.

Przede wszystkim najbardziej podstawowym aspektem odwzajemniania miłości do kochającego Ojca jest pragnienie bycia jak najbliżej tego, co do Niego należy, uczestniczenia w Bożej Obecności. A cóż może być bliższego nam niż Jego Słowo?

Już w judaizmie utrwaliło się przekonanie, że w Bożym Słowie zawiera się Jego Obecność. W niezmienionej formie, uzupełnionej jednak o Obecność Jezusa Chrystusa w Ewangelii, przejęli to następnie chrześcijanie. Można więc mówić o pewnego rodzaju głodzie Słowa. Serce pragnące mocniej przylgnąć do swego Pana intuicyjnie dążyło do poznawania, rozmyślania i modlenia się Słowem.

Tak z naturalnej potrzeby bliskości narodziła się praktyka lectio divina, czyli Bożego czytania. Najdalej idącą formą jej realizacji było udanie się na pustynię i poświęcenie całego swojego życia właśnie na bliskość z Bogiem, a najlepszą do tego drogą była właśnie lectio divina. Ojcowie Pustyni niestrudzenie zachowywali i udoskonalali tę praktykę, pragnąc jak najpełniej wykorzystać jej owoce. Tradycja monastyczna bardzo wcześnie zaczęła utożsamiać się z tą formą pobożności, opierając się na autorytecie Pisma Świętego i niezliczonych przykładach świętych Ojców.

Nie ulega wątpliwości, że dla osoby pogłębiającej swoją więź z Bogiem nieustanna lektura Biblii stanowi naturalne źródło siły i pokrzepienia oraz odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Parafrazując słowa św. Hieronima (Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa), można wysnuć wniosek, że zgłębianie i ciągłe przebywanie ze Słowem stanowi najlepszą okazję do nawiązania żywej i otwartej relacji z Bogiem, który czeka i wzywa, aby odpowiedzieć miłością w ramach dialogu z Nim.

Warto jednak nadmienić, że dla Ojców pustyni medytacja nad Pismem Świętym znaczyła, ni mniej ni więcej, powtarzanie jego fragmentów i uczenie się ich na pamięć. Następnie, kiedy myśl była pochłonięta bez reszty Słowem, mogło ono zacząć działać i przemieniać wnętrze tego, kto się otwierał na Chrystusa.

Wraz z upływem wieków praktyka lectio divina ewoluowała bądź w kierunku studiów biblijnych, bądź w kierunku mistyki zainspirowanej Biblią.

Nie zmienia to jednak faktu, że praktyka ta była i nadal jest fundamentem dla wielu wspólnot monastycznych, które w swoim charyzmacie odwołują się bardzo często właśnie do częstego lectio divina.

Miłość, chociaż znana przez wszystkich, zawsze jest odrobinę inna dla poszczególnych osób. Nie ma dwóch takich samych twarzy. Nie inaczej jest z tą naszą miłością do Boga. Zawsze jest ona indywidualna i niepowtarzalna, a co za tym idzie, każde nasze spotkanie z Nim jest unikalne. Wynika stąd, że i lectio divina nigdy nie jest takie samo. Ten, który czyta Pismo Święte, żyje Słowem samego Boga, które zawsze jest nowe i świeże, zawsze nieprzewidywalne i zdolne dokonać niemożliwego w duszy wierzącego człowieka.

Wydaje się, że przywiązanie do rozważań czysto technicznych jest jak próba złapania jastrzębia na linę. Spłyca się wtedy całą głębię lectio divina, pozbawiając ją jej duchowego charakteru w imię podporządkowania Biblii własnym wyobrażeniom. Warto tutaj zdać się na doświadczenie Ojców Pustyni: Słowo samo znajdzie najlepszą drogę, aby wniknąć do wnętrza człowieka. Należy się tylko na nie otworzyć i być mu wiernym. Wtedy sami zauważymy, jak lectio divina staje się niejako naszym drugim oddechem, sprawiając tym samym, że Bóg w niepojęty sposób łączy się z naszą duszą i naszym życiem.