Inny ważny problem w myśli Ojców pustyni to dylemat: życie samotne czy we wspólnocie. Chronologicznie samotne było pierwsze, gdyż nawet uczniowie gromadzący się wokół starca-pustelnika mieli w zasadzie przed sobą życie pustelnicze jako cel ostateczny. Życie wspólne istniało więc wśród pustelników jako wstępne stadium tego, co dziś nazwalibyśmy formacją; uważane było przez nich za łatwiejsze (gdyż podobniejsze do świeckiego), a tym samym niższe. To przekonanie trwało i później jako jeden z równoległych nurtów duchowości pustyni; toteż abba Mojżesz mówił: „Człowiek, który ucieka od ludzi, jest jak dojrzałe grono; ten zaś, który mieszka między ludźmi, jest jak grono zielone”.

Inaczej mówiąc, cenobita to może być najwyżej nowicjusz, a dojrzałość monastyczna wypełnia się w życiu pustelniczym. Wkrótce jednak stało się oczywiste, że bardzo wielu mnichów przez całe życie potrzebuje tego oparcia i kontroli, jakich dostarcza wspólnota; a także i to, że w życiu wspólnym nie brak ani wielkich trudności, ani niespotykanych w życiu samotnym okazji do zasługi. Tych okazji dostarczały zwłaszcza dwie dziedziny życia: miłość braterska i posłuszeństwo. Wartość posłuszeństwa rosła powoli w myśli Ojców, w miarę jak uczyli się oni cenić ascezę wewnętrzną wyżej od zewnętrznej. Już w IV wieku abba Pambo nauczał, że droga posłuszeństwa jest najwznioślejsza ze wszystkich; abba Matoes zaś twierdził nawet, odwracając tradycyjny porządek wartości, że życie samotne jest dla tych, którzy nie dorastają do wymagań życia wspólnego. Benedykt stawia zdecydowanie na wspólnotę; życie pustelnicze uważa za wyjątkowy rodzaj powołania, dawany niektórym spośród doskonałych. Ponieważ zaś cała reszta doskonałych, i oczywiście wszyscy początkujący, powołani są do życia wspólnego i ponieważ w nim to właśnie idzie się aż do śmierci drogą posłuszeństwa – więc cenobitów, a nie pustelników nazywa „najdzielniejszym rodzajem mnichów” i powtarza za regułą Mistrza całą teologię posłuszeństwa zakonnego, będącego drogą naśladowania Chrystusa.

Dodatkową przyczyną, dla której Ojcowie pustyni mieli trudności z wejściem na drogę posłuszeństwa, było to, że najwięksi z nich nie chcieli przyjąć na siebie funkcji przełożonego, i to nawet wtedy, kiedy już w świecie monastycznym życie wspólne i zależność od opata były zjawiskiem dobrze znanym. Abba Teodor z Ferme nie chciał wydawać swemu uczniowi Izaakowi żadnych poleceń; uczeń, kompletnie zdezorientowany, po jakimś czasie poskarżył się na niego innym starcom, a kiedy ci spróbowali wpłynąć na Teodora, żeby zaczął wydawać rozkazy, Teodor odpowiedział: „Czy to ja jestem opatem klasztoru, żebym mu rozkazywał? Jeżeli chce, niech naśladuje moje postępowanie”. Benedykt, decydując się na wspólnotę, tym samym decyduje się i na ryzyko przełożeństwa; ale dziedziczy obawy Ojców pod tym względem i wielokrotnie przypomina opatowi o odpowiedzialności i sądzie Bożym; kładzie też wielki nacisk na obowiązek nauczania przede wszystkim własnym przykładem.

Inny problem, częściowo związany z poprzednim, a w świecie Ojców ważny, to zmiana miejsca zamieszkania. Przez jakiś czas nie widziano w nim nic oprócz kwestii lokalnych warunków, i mnich miał mieszkać tam, gdzie mógł postąpić naprzód na drodze duchowej; jeżeli zaś okazało się, że miał tam jakąś okazję do grzechu, albo że gdzieś indziej postąpiłby bardziej, to się przenosił. Cnotą było w takich wypadkach przenosić się bez niczego, zabierając tylko płaszcz i narzędzie pracy, a pozostawiając całe urządzenie celi, żywność, książki itp. Do tej tradycji stosuje się także i fakt odejścia samego Benedykta z Subiaco, odejścia spowodowanego wrogością tamtejszego kapłana. Ale dość wcześnie dostrzeżono, że jakkolwiek w pewnych wypadkach przenosiny mogą być potrzebne, należy się strzec włóczęgostwa, płynącego z niestałości umysłu i kaprysu, i utrwalającego te wady. Już Antoni Wielki, który sam przenosił się parokrotnie, uczył: „Gdziekolwiek raz już zamieszkasz, nie odchodź stamtąd łatwo”. Abba Izajasz, mówiąc, że nowicjusz przechodzący z jednej wspólnoty do drugiej podobny jest do konia, biegającego tam i sam ze strachu przed uzdą – ujął w tej sentencji przekonanie, że szukanie sobie „odpowiedniejszego” miejsca płynie z tchórzostwa. Amma Teodora uczyła jeszcze wyraźniej, że złudzeniem jest uważać zmianę miejsca za lekarstwo na problemy, bo człowiek wszędzie zabiera ze sobą swoje trudności. Benedykt (za Mistrzem!) zdecydowanie wybiera ten właśnie nurt tradycji. Zna wędrujących mnichów i przewiduje nawet, że niektórych z nich będzie można przyjąć do wspólnoty, nie potępia ich więc mechanicznie wszystkich, zdecydowanie jednak potępia samą instytucję wędrownego życia monastycznego, od swoich uczniów zaś wymaga związania się na zawsze z jedną wspólnotą przez ślubowanie w niej stałości. Wyklucza w ten sposób już nie tylko włóczęgostwo, ale nawet samowolne przenosiny, choćby motywowane poszukiwaniem doskonalszej reguły czy świętszego opata.

Mimo tak silnego nacisku na wspólne (do końca) życie i wspólną regułę, Benedykt dobrze widzi możliwość istnienia w tych wspólnych ramach powołań indywidualnych. Formułuje więc swoje przepisy na tyle ogólnikowo i ostrożnie, żeby dopuścić możliwość różnych zastosowań, i odrzuca całą drobiazgową kazuistykę Reguły Mistrza, która w tej kwestii najwyraźniej stanęła w opozycji do doświadczeń pustyni. Benedykt przeciwnie, widzi konieczność stawiania różnych wymagań nie tylko różnym ludziom, ale nawet i temu samemu człowiekowi w różnych fazach jego rozwoju. Podobnie Ojcowie pustyni rozwiązywali nieraz jeden i ten sam problem różnie: tak abba Józef z Panefo inną odpowiedź na to samo pytanie dał Pojmenowi, inną zaś pewnemu bratu Tebańczykowi. Podobny sens ma opowieść o rzymskim dostojniku, który został mnichem, a nie mając siły stosować się do wszystkich praktyk ascetycznych, przyjętych na pustyni egipskiej, gorszył tym niektórych sąsiadów, aż póki nie zrozumieli, że on, przychodząc z pałacu, wyrzekł się wielkich dóbr i wygód, podczas gdy oni, przychodząc z nędzy, nawet w jakimś stopniu polepszyli swój standard życiowy. Benedykt po wielekroć upomina opata, by stosował wymagania i metody wychowawcze do charakterów, pojętności i fizycznej wytrzymałości poszczególnych mnichów: „Jednego musi łagodnie zachęcać, drugiego ganić, innego jeszcze przekonywać… Niechaj do wszystkich dopasuje się i dostosuje, zależnie od charakteru i inteligencji każdego…” Co zaś do rozdzielania tego, co mnichom niezbędne w codziennym życiu, należy brać pod uwagę realne potrzeby każdego z nich i opat musi rozumieć, że one bywają różne.

I wreszcie kodeks kary. Na pustyni zdarzało się nieraz, że brat grzeszny przyjmował dobrowolnie surową i długą pokutę za swoje winy, albo że go czasowo wykluczano ze społeczności mniszej lub nawet w ogóle odsyłano do świata. Najwięksi mistrzowie życia monastycznego stawali jednak w obronie grzeszników, taili ich winy, skracali czas pokuty, czasem brali ją nawet na siebie, a przede wszystkim strzegli się wydawania sądu w cudzej sprawie. Tak abba Besarion wyszedł razem z wypędzonym bratem, mówiąc: „Ja też jestem grzeszny”. Ammonas zaś ukrył wspólniczkę grzechu jednego z podległych mu braci, żeby jej nie znaleźli wzburzeni mnisi, żądający ukarania obojga. Wielu też ojców dramatycznie przestrzega przed sądzeniem bliźniego – chociaż rozumieją i oni, że we wspólnocie przełożony musi czasami sądzić. Benedykt przyjmuje to ryzyko razem z całym ryzykiem przełożeństwa, ale je obwarowuje mnóstwem warunków, każąc opatowi próbować najpierw innych sposobów, naśladować Dobrego Pasterza i pamiętać, że ma być opiekunem dusz chorych, a nie tyranem nad zdrowymi. A nawet i po całkowitym usunięciu niepoprawnego brata ze wspólnoty zostawia mu jeszcze możliwość powrotu, chociaż nie w nieskończoność, a tylko do trzeciego razu. Wyklucza w ten sposób wypadki chorobliwej niezdolności do pracy nad sobą; podobnie i Ojcowie pustyni, po dokonanej przez Arseniusza nieudanej próbie „nawrócenia” kleptomana, orzekli, że w takim wypadku usunięcie jest jedynym możliwym wyjściem.

Dotknęliśmy tutaj pobieżnie kilku problemów życia monastycznego, pokazując wielotorowość tradycji i wybór, jakiego z niej dokonuje Reguła św. Benedykta. Widać wyraźnie, że Benedykt nie uważa się za reformatora, tylko za kontynuatora; nie wraca do źródeł, ale podejmuje tradycję i doświadczenie monastyczne w ich aktualnym punkcie dojścia. Jego dzieło zamyka pierwotny okres eksperymentów w ruchu monastycznym i jest po prostu wysnuciem z nich wniosków. Przejmuje on zresztą od Ojców nie tylko te elementy duchowości, które podlegały u nich dyskusjom, ale oczywiście tym bardziej te, które były dla nich jasne i bezdyskusyjne od początku, mianowicie principia życia monastycznego. Centralna myśl Reguły, idea „szukania Boga”, jest zarazem najlepszym możliwym podsumowaniem zarówno teocentryzmu Ojców, jak i ich przekonania o konieczności włożenia w dążenie do Boga osobistego wysiłku.

I wreszcie Benedykt dziedziczy po Ojcach przekonanie, że reguły i przepisy, choćby najdoskonalsze, dla kogoś gorliwego mogą stanowić tylko punkt wyjścia. W Apoftegmatach jest opowieść o tym, jak abba Lot pyta abba Józefa, co mógłby jeszcze zrobić więcej, skoro już wypełnia gorliwie swoją regułę. Odpowiedź brzmiała: „Jeśli chcesz, stań się cały jak płomień”. Benedykt kończy swoją Regułę rozdziałem mówiącym jasno, że wszystkie jej nakazy to właściwie prawa dla początkujących; a ci, którzy chcieliby dać z siebie więcej, nie mają żadnych granic ofiarności i doskonałości, jak nie stawia takich granic i Ewangelia.


Małgorzata Borkowska OSB Białe i bure. Historia życia monastycznego w dużym skrócie Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).