Bóg kieruje do nas swoje słowa na różny sposób, ale szczególnie przemawia do nas przez Słowo Boże i zawartą w nim historię różnych osób. To Słowo jest dla nas nie tylko źródłem poznania zamysłu Bożego odnoszącego się do zbawienia ludzi, ale także szkołą odczytywania sensu własnego życia, które jest naszą osobistą historią zbawienia. Dlatego lectio divina jest naszą codzienną praktyką duchową.

Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa (Rz 10,17) – pisze św. Paweł. Wydaje się, że w tej sentencji św. Paweł doskonale wyraża istotę praktyki lectio divina. Pierwszą postawą konieczną w relacji do Boga jest słuchanie. Nie przypadkiem właśnie od słuchania rozpoczyna się Reguła św. Benedykta: „Słuchaj synu nauk mistrza…”. W dalszej części w nieco inny sposób niż św. Paweł, jednak właściwie to samo mówi w Prologu do Reguły (zob. Prol 8–19). Cytowaliśmy ten fragment przy pierwszym punkcie mówiącym o pragnieniu życia. Zwróciliśmy wówczas uwagę na zasadę, że Boże Słowo budzi nas z uśpienia. Kiedy odpowiadamy „Ja” na usłyszane słowo, rodzimy się do nowego życia, uzyskując w ten sposób własną tożsamość. W istocie swej jesteśmy odpowiedzią i w zależności na co odpowiadamy, taką tożsamość i głębię osiągamy. Prawdziwie sobą możemy się stać jedynie w odpowiedzi na Boże wezwanie. Tylko Bóg może wywołać z nas najgłębsze „Ja”, do którego w miłości do nas apeluje. I w ogóle, jeżeli w nas ma się dokonać coś autentycznego, to jedynie w odpowiedzi na Boże wezwanie. Jednak aby do tego doszło, trzeba wpierw usłyszeć kierowane do nas Słowo. Dlatego słuchanie Słowa Bożego jest czymś zasadniczym w naszym życiu duchowym. Święty Benedykt zachęca: „Słuchać chętnie czytania duchownego” (4,55).

Słowo nas rodzi, a właściwie my sami rodzimy się ze słowa, które przyjmujemy. Jest to prawda uniwersalna dotycząca właściwie wszystkich ludzi niezależnie od tego, czy sobie z tego zdają sprawę, czy też nie. Pisaliśmy już o tym przy omawianiu trzeciego kręgu „Kroczyć za Mistrzem”. Jesteśmy osobami i jako osoby żyjemy na poziomie osobowego istnienia jedynie w spotkaniu z drugim, w dialogu z nim. Dopóki jesteśmy w relacji z przedmiotami, nasze prawdziwe życie jest uśpione. Dopiero spotkanie z drugą osobą budzi nas z tego uśpienia, wzywając do żywej relacji. Przy czym pełnię życia możemy osiągnąć jedynie w relacji z Bogiem. Natomiast nasza relacja z Bogiem zasadniczo odbywa się przez słowo i poprzez nie Bóg nas rodzi do nowego życia (zob. Jk 1,18). I nie tylko stajemy się pierwocinami Jego stworzeń, ale rodzimy się jako Jego dzieci:

Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli [tj. Słowo],
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,
tym, którzy wierzą w imię Jego­ –
którzy ani z krwi,
ani z żądzy ciała,
ani z woli męża,
ale z Boga się narodzili (J 1,12n).

Jednak istnieje także odwrotna prawda: słowo może nas także zniszczyć. Bardzo zdecydowanie pisze o tym św. Jakub:

Tak i język jest ogniem, sferą nieprawości. Język jest wśród wszystkich naszych członków tym, co bezcześci całe ciało i sam trawiony ogniem piekielnym rozpala krąg życia. Wszystkie bowiem gatunki zwierząt i ptaków, gadów i stworzeń morskich można ujarzmić, i rzeczywiście ujarzmiła je natura ludzka…  to zło niepohamowane, pełne zabójczego jadu (Jk 3,6n.8).

Św. Jakub bardzo wyraźnie nawiązuje w tym tekście do słów Pana Jezusa, który w kontekście tego, co jest czyste, a co jest nieczyste mówi:

Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym (Mk 7,20–23).

To wszystko trzeba widzieć w kontekście spotkania osób, gdzie słowo jest zasadniczym środkiem komunikacji. I jeżeli jest to złe słowo, niszczy więź, a jeżeli jest dobre, tę więź buduje.

W Księdze Mądrości Syracha czytamy o zabójczej mocy słowa:

Przeklinajcie potwarcę i człowieka o dwoistej mowie,
zgubili bowiem wielu żyjących w zgodzie.
Trzeci język wielu unieszczęśliwił
i skazał ich na tułaczkę od narodu do narodu,
zburzył miasta potężne
i domy możnych obalił.
Trzeci język oddalił żony od mężów
i pozbawił je owocu ich trudów.
Kto nastawia mu ucha, nie znajdzie spoczynku
ani nie będzie mieszkał spokojnie.
Uderzenie rózgi wywołuje siniec,
uderzenie języka łamie kości.
Wielu padło od ostrza miecza,
ale nie tylu, co od języka.
Szczęśliwy, kto przed nim był zasłonięty,
kto nie doświadczył jego złości,
kto nie dźwigał jego jarzma
i nie był związany jego pętami.
Jarzmo jego – to jarzmo żelazne,
a pęta jego – pęta z brązu.
Okrutną śmierć on zadaje,
nawet Otchłań jest lepsza od niego (Syr 28,13–21).

Dlatego ważne jest to, z jakim słowem obcujemy. Jeżeli słuchamy złego słowa, stajemy się źli, jeżeli słuchamy dobrego słowa, ono rodzi nas do dobra. Stąd św. Benedykt każe zwracać uwagę na to, co i jak mówimy, zakazując jednocześnie niewłaściwej mowy: „Nie wypowiadać słów czczych lub pobudzających do śmiechu” (4,53). Zamiast słów czczych i banalnych powinniśmy się karmić słowami głębokimi i pełnymi prawdy. Lectio divina jest czasem napełniania się takimi słowami, jest szkołą słuchania tego, co pochodzi od Boga.

Lectio, które dzisiaj tłumaczymy słowem „czytanie”, pierwotnie oznaczało głośne odczytywanie tekstu. I w Regule św. Benedykta tak je rozumiano. Widać to wyraźnie w rozdziale „O codziennej pracy fizycznej”:

Od godziny czwartej aż do pory Seksty poświęcą swój czas czytaniu. Po Sekście i po zjedzeniu posiłku położą się do łóżek, by odpocząć w całkowitym milczeniu. Gdyby ktoś chciał sobie coś poczytać, niech tak czyta, by innym nie przeszkadzać (48,4n).

Chodziło o czytanie na tyle wyciszone, aby nikomu nie przeszkadzać we śnie. Nieco dalej w tym samym rozdziale czytamy:

Przede wszystkim jednak należy koniecznie wyznaczyć jednego lub dwóch starszych mnichów. W godzinach, w których bracia mają zajmować się czytaniem, będą oni obchodzić klasztor i patrzeć, czy nie znajdzie się ktoś opieszały, kto nic nie robi albo gada, zamiast pracowicie czytać, i nie tylko sam nie odnosi żadnego pożytku, lecz jeszcze innych rozprasza (48,17n).

Starsi bracia mogli łatwo zorientować się, czy ktoś czyta, czy nie, słuchając pod drzwiami, czy wymawia na głos czytany tekst. Jeżeli nie słyszeli niczego albo słyszeli rozmowy, oznaczało to, że brat nie czyta. Umiejętność cichego czytania jest stosunkowo niedawną umiejętnością. W czasach św. Benedykta właściwie nie była jeszcze znana. Lectio divina było zatem odczytywaniem na głos zapisanego tekstu i słuchaniem go. Jest to o tyle ważne, że sam tekst dochodzi do nas także przez słuchanie, a nie tylko przez sam wzrok. Skupienie się w słuchaniu jest właściwym środkiem do zrozumienia: Kto ma uszy, niechaj słucha! – szereg razy powtarza Pan Jezus w Ewangeliach. To wezwanie wskazuje z jednej strony na to, że powinniśmy tak czytać, aby słyszeć słowo. Jednocześnie Pan Jezus tymi słowami wyraża swoje oczekiwanie, abyśmy rozumieli Jego słowa. Dlatego w naszym osobistym czytaniu Pisma Świętego musimy uczyć się takiego czytania, aby przenikało ono do naszego serca i je kształtowało. Musi istnieć w nas nieustanny dialog pomiędzy słowem, którego słuchamy, a wewnętrzną prawdą, jaką w sercu odkrywamy. Następnie tę usłyszaną prawdę trzeba konfrontować z życiem. Na tym polega autentyczne lectio divina, Boże czytanie, które jest właściwie osobistym studium Słowa Bożego, które kształtuje nas samych.

Chrześcijaństwo jest religią Słowa wcielonego. To określenie odnosi się wpierw do tajemnicy Wcielenia się Syna Bożego, czyli Drugiej Osoby Trójcy. Jednak fakt wcielenia pociąga za sobą następny: wiara w Niego musi się wcielić w życiu każdego z nas. Wiara nie może być li tylko teoretyczna czy „duchowa” w sensie ideowych wyborów i przeżyć. Święty Jakub w swoim liście pisze:

Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy [sama] wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: «Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta!» – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie by­łaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie. Ale może ktoś powiedzieć: Ty masz wiarę, a ja spełniam uczynki. Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, to ja ci pokażę wiarę na podstawie moich uczynków. Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także i złe duchy wierzą i drżą. Chcesz zaś zrozumieć, nierozumny człowieku, że wiara bez uczynków jest bezowocna? (…) Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też jest martwa wiara bez uczynków (Jk 2,14–20.26).

W naszym życiu istnieje nieustanne napięcie pomiędzy prawdą, jaką odkrywamy, a umiejętnością wcielenia jej we własne życie. Sama prawda w biblijnym rozumieniu nie jest wartością czysto intelektualną – samą zgodnością myśli z rzeczywistością, o której myślimy, ale obietnicą, której możemy zawierzyć i być pewni, że jeżeli będziemy według niej żyli, to osiągniemy to, co ona obiecuje. Prawda nie odnosi się jedynie do treści intelektualnych, ale do życia i jego pełni. Prawda w rozumieniu biblijnym posiada inne znaczenie niż to, jakie zwykle jej nadajemy. Tę różnicę dobrze oddają dwie metafory prawdy: światła i skały, o czym już pisaliśmy przy omawianiu drugiego kręgu. Prawdę jako poznanie intelektualne dobrze oddaje metafora światła. To dzięki światłu możemy coś widzieć i porównać z naszym wyobrażeniem, które jest swoistym wewnętrznym widzeniem. Jednak tak rozumiana prawda sama nas nie zbawia, co najwyżej pozwala lepiej wybierać drogę do zbawienia. Natomiast biblijną prawdę obietnicy dobrze oddaje metafora skały, na której możemy się spokojnie oprzeć. Do takiej prawdy odnoszą się słowa Pana Jezusa:

Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? (J 11,25n).

Aby dojść do takiej prawdy, nie wystarczy samo zrozumienie jej treści, trzeba wejść w nią całym sobą i jej doświadczyć. W takim sensie należy odczytywać słowa Maryi skierowane do anioła w scenie zwiastowania: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? (Łk 1,34). W naszym rozumieniu Maryja znała Józefa, bo przecież była już po pierwszym obrzędzie zamążpójścia. Musiała zatem go widzieć i z nim rozmawiać. Natomiast „nie znam” odnosi się do sytuacji wspólnego zamieszkania i pełnego współżycia. Poznać oznacza w tym przypadku wejść w zażyłą więź. Odnosi się ono do życia, a nie do samego intelektu. Tak rozumiane poznanie i prawda, o którą w nim chodzi, ma wymiar egzystencjalny i prawdą jest to, co niesie życie, a nie to, co jedynie jest pięknie intelektualnie przedstawione. Dlatego też prawdę poznajemy po owocach, a nie jedynie po logicznej spójności treści. Odkrycie tego jest niezmiernie ważne w życiu duchowym. Największym zagrożeniem wiary jest jej pozór w postaci ideologii. W historii chrześcijaństwa istnieje wiele błędów i herezji, które polegają na uproszczonym schemacie rozumienia Pisma Świętego. To samo odnosi się także do innych religii i ideologii politycznych.

Jeżeli jednak o taką prawdę chodzi w naszym lectio, to musi mieć ono swoją konsekwencję. Jeżeli wierzymy, że Jezus jest naszym Zbawicielem, że głosił nam prawdę, autentyczne przyjęcie tej prawdy musi się wyrazić posłuszeństwem wiary, czyli pójściem za Jego słowem i wcielaniem go w życie. Sam Pan Jezus mówi to wyraźnie w cytowanym wcześniej zakończeniu Kazania na górze (zob. Mt 7,24–27).

W tym momencie bardzo ważne jest uświadomienie sobie znaczenia i funkcji naszej mowy. Zazwyczaj kojarzymy mowę z przekazem informacji, czyli kojarzymy ją z funkcją informacyjną. Jednak nasze mówienie nie sprowadza się do przekazu informacji, choć niewątpliwie prawie w każdej wypowiedzi można znaleźć jakieś informacje. Inną ważną funkcją naszej mowy jest przekaz naszej woli, naszych pragnień, czy wręcz żądań. Jest to funkcja impresywna. Ona odgrywa bardzo ważną rolę w modlitwie. I tak, kiedy mówimy do Boga: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie, święć się imię Twoje”, to wyrażamy chęć, wolę żeby Jego imię było uwielbione w całym stworzeniu. „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” – wyrażamy swoją wolę i pragnienie.

Natomiast ważne jest dla nas także wyrażenie swoich przeżyć i w ogóle stanu naszego ducha, którym chcemy się podzielić z innymi. Jest to funkcja ekspresywna. Do niej należy np. zachwyt i uniesienie. Tę funkcje ekspresywną traktujemy zazwyczaj marginalnie jako wyraz emocjonalnego przeżywania. Natomiast gdy się zastanowimy głębiej, to funkcja ekspresywna wyraża to, co najważniejsze w naszym życiu, dlatego że w tej funkcji wyraża się życie. Informacja jest w pewnym sensie obojętna, może być pozytywna, negatywna, ale sam przekaz informacji jest neutralny. Natomiast ekspresja jednocześnie powoduje, że w niej wyrażamy siebie, sami w niej jesteśmy. I taka jest też żywa rozmowa z przyjacielem albo żywy przekaz swojego cierpienia lub oburzenia wobec kogoś, kto nas skrzywdził. Tu nie wystarczy informacja. W modlitwie ta funkcja języka jest także bardzo ważna, bo dzięki niej stajemy przed Bogiem jako żywi. „Kiedy mówisz słowo przed Bogiem, wejdź w nie cały”. Trudno wejść całemu w informację. Natomiast gdy pojawia się dialog miłości między dwojgiem ludzi, to funkcja ekspresywna staje się zasadniczym sposobem komunikowania się, bo w niej człowiek najlepiej siebie przekazuje. Ekspresja pobudza do życia, do radości lub odwrotnie do smutku, żalu… Ona nie tylko wyraża, lecz jednocześnie pomaga żyć i włącza innych w nasze życie.

Pan Jezus pytany o modlitwę odpowiada: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię (Łk 11,2). Jaka jest różnica pomiędzy sytuacją zwracania się do Boga słowem „Ojcze!”, a np. wykładem katechety dla dzieci: „Pan Bóg jest naszym Ojcem”. Zastanówmy się, co się dzieje, kiedy katecheta wykłada prawdę o Bogu, a co wtedy, kiedy dziecko zwraca się do Boga, mówiąc: „Ojcze!”. Kiedy mówimy „Ojcze”, całymi sobą jesteśmy w tym słowie i przez to, że tak zwracamy się do Boga, uznajemy Go za swojego Ojca i budujemy pomiędzy Nim a sobą relację Ojciec – dziecko. Wypowiedziane podczas modlitwy słowo „Ojcze!” staje się kluczem do Boga. Zawiera się w nim prawda, że Bóg jest Ojcem, ale jednocześnie powstaje prawdziwa relacja między nami a Bogiem, relacja pełna zawierzenia Bogu. To nasze wołanie, jedno słowo wyraża i wypowiada więcej niż wiele słów wypowiedzianych jako informacja. W tym momencie mamy do czynienia ze szczególną funkcją języka, funkcją nawiązywania więzi i jej podtrzymywania. Wyobraźmy sobie, że na ulicy wołam kogoś po imieniu np.: „Józek!”. Zawołany, a właściwie każdy noszący to imię, odwraca się, bo czuje się wezwany i odpowiada na nie. Stwarza się w tym momencie nowa sytuacja, otwiera się przestrzeń spotkania. Takie wezwania także są niezmiernie ważne w psalmach i modlitwie. Istotne podczas modlitwy i liturgii jest wejście w żywą relację, czyli relację, w której jest życie. W samej refleksji czy intelektualnej wiedzy życia nie ma. Refleksja i wiedza pomagają odkryć prawdę, ale aby w nią wejść, trzeba nawiązać żywą więź. Kiedy w Ewangelii i w ogóle w pismach Nowego Testamentu jest mowa o prawdzie, to chodzi o prawdę, która daje życie, czyli żywą prawdę. Ta prawda odnosi się do życia, budzi nadzieję życia pełnego, ale jednocześnie musi być przyjęta przez nas autentycznie, tak żeby kształtowała nasze życie. Musimy w nią wejść całkowicie. Tylko wtedy „budujemy dom na skale”. Ponadto takiej prawdy nie da się inaczej poznać, jak tylko poprzez to, że się w nią wchodzi, podejmuje i nią żyje. W naszym czytaniu Pisma Świętego chodzi o takie przyjęcie prawdy.

Dobrą ilustracją jest scena na krzyżu opisana w Ewangelii według św. Łukasza. Obok Jezusa powieszono dwóch łotrów.

Jeden ze złoczyńców, których tam powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa». Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju» (Łk 23,39–43).

Obaj są w takiej samej sytuacji i pewnie ich historia jest podobna, a może nawet są wspólnikami tej samej zbrodni, za którą zostali skazani na śmierć, jednak każdy z nich zupełnie inaczej odczytuje tę sytuację i Tego, który z nimi został powieszony. I co jest najważniejsze, to inne odczytanie sensu tej sceny dało zupełnie inną perspektywę. Drugiego łotra doprowadziło do zbawienia!

Bardzo wymowna jest także scena spotkania Marii Magdaleny ze Zmartwychwstałym w Ogrójcu. Przygnębiona po śmierci ukochanego Mistrza Maria stała bezradna przed pustym grobem i chociaż widziała aniołów, to ich nie widziała, i chociaż zobaczyła Pana Jezusa, jednak Go nie widziała. Kluczem do przejrzenia było wezwanie jej po imieniu:

Jezus rzekł do niej: «Mario!» A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: «Rabbuni», to znaczy: Nauczycielu! (J 20,16).

W tym wezwaniu zawiera się apel do osoby. I ten wymiar komunikacji jest w lectio divina najważniejszy. Polega bowiem ono na takim czytaniu Słowa Bożego, by usłyszeć głos Boga do nas skierowany i rozpoznać jego sens w odniesieniu do własnego życia. Odkrycie tego wymiaru Słowa Bożego w duchowej praktyce jest fundamentalne. Od niego zaczyna się właściwy dialog i żywa więź.

Zasadniczą postawą jest słuchanie. Czasem na pytanie: A co słychać? dowcipnie odpowiada się: To zależy od tego, jak się ucho przystawi. Otóż ta odpowiedź jest bardzo prawdziwa. Rzeczywiście w praktyce to, co usłyszymy, zależy w dużym stopniu od tego, jak się na przekaz otworzymy, czyli jaki przyjmiemy klucz interpretacyjny. Wówczas te same słowa mogą wywołać u nas całkowicie odmienne rozumienie i sens wypowiedzi.

Święty Benedykt bardzo dużo czasu przeznacza na lectio. Codziennie są to przynajmniej dwie godziny, natomiast w niedzielę zajmuje ono prawie cały czas:

W niedzielę natomiast niech czytaniem zajmują się wszyscy oprócz  tych, których wyznaczono do różnych funkcji (48,22).

Poza osobnym czasem na czytanie przewidzianym dla każdego, istnieje jeszcze praktyka wspólnego czytania przy różnych okazjach. I tak „Przy posiłkach braci nie powinno brakować czytania” (38,1). Następnie:

gdy wstaną od kolacji,  niechaj usiądą wszyscy razem, a jeden z nich czyta Konferencje, Żywoty Ojców lub cokolwiek innego dla zbudowania słuchaczy, lecz nie Siedmioksiąg ani Księgi Królewskie, gdyż dla słabych umysłów nie jest to właściwa  pora do słuchania tych ksiąg Pisma Świętego. Trzeba je wszakże czytać w innym czasie. W dni postne natomiast, zaraz po Nieszporach i krótkiej przerwie, zaczyna się czytanie Konferencji, jak wyżej powiedziano. Należy przeczytać cztery lub pięć kartek lub tyle, na ile czasu wystarczy. Podczas tego czytania powinni się zejść wszyscy, nawet jeśli ktoś byłby jeszcze zajęty wyznaczoną mu pracą (42,3–7).

Szczególnie refleksyjny, a tym samym otwarty na lectio, jest okres Wielkiego Postu, podczas którego każdy mnich powinien przeczytać osobiście przynajmniej jedną książkę w całości:

W dniach Wielkiego Postu od rana do końca godziny trzeciej niech poświęcą czas czytaniu, a następnie do końca godziny dziesiątej wykonują powierzoną im pracę. W tych dniach Postu każdy otrzyma z biblioteki jedną książkę, którą powinien przeczytać od pierwszej do ostatniej strony w całości. Książki te trzeba rozdać na początku Wielkiego Postu (48,14–16).

Lectio divina jest podstawową praktyką duchową chrześcijanina. Ono usposabia nas do zrozumienia, a przez zrozumienie do wejścia w głębię życia duchowego. Święty Benedykt uznaje swoją Regułę za przeznaczoną dla początkujących, za minimum konieczne na drodze do pełni życia. Tym, którzy szukają doskonałości, wskazuje odpowiednią lekturę będącą właściwym przewodnikiem:

A jeśli to komuś nie wystarcza, kto śpieszy do doskonałości owego życia, znajdzie on w nauce świętych Ojców wszystko, co może doprowadzić człowieka do doskonałości najwyższej. Czyż jest bowiem taka strona albo takie zdanie natchnione przez Boga, zarówno w Starym jak i w Nowym Testamencie, które by nie zawierało najsłuszniejszych zasad życia ludzkiego? A któraż księga świętych katolickich Ojców nie przynosi wyraźnych pouczeń, w jaki sposób mamy prostą drogą dążyć do naszego Stwórcy? Czymże zaś są i Konferencje Ojców, i Ustawy, i ich żywoty, czymże Reguła świętego ojca naszego, Bazylego, jeśli nie narzędziami, z których pomocą mnisi, dobrzy i posłuszni, budują swoje cnoty? My natomiast, leniwi, źli i niedbali, musimy rumienić się ze wstydu (73,2–7).

Istotne jest to, że środkiem do wzrostu jest lectio, które nie kończy się jedynie na Piśmie Świętym, ale obejmuje także pisma uznanych przez Kościół pisarzy i Ojców.


Włodzimierz Zatorski OSB Dziesięciokrąg Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).