Jak masz na imię? Jest to jedno z pierwszych pytań, które zadajemy nowo poznanej osobie. Stanowi niejako kamień węgielny więzi, relacji. Z poznanym imieniem wiążemy następnie tego konkretnego człowieka, który nie jest już dla nas anonimowy. Imiona osób bliskich szczególnie mocno odbijają się w naszym sercu, sprawiając, że na wspomnienie imienia np. matki od razu czujemy pokój i bezpieczeństwo. Już w starożytności znany był pogląd, że imię posiada wyjątkową moc. Istniały tradycje przekazywania sobie określonych imion, aby nadać komuś wyjątkową tożsamość.

Na samym początku relacji człowieka z Bogiem, człowiek nie potrzebował używać Imienia Boga, gdyż ciągle przebywał w Jego Obecności. Po wygnaniu z raju, naturalnym pragnieniem ludzi stało się poszukiwanie powrotu do tej pierwotnej relacji, głód Bożej Obecności.

Fundamentalnym pytaniem Mojżesza w spotkaniu na górze Moria było to o Imię Boga. Wówczas Mojżesz usłyszał słowa: Jestem, Który Jestem. Od samego początku obdarzono je najwyższą czcią. Do tego stopnia je szanowano i równocześnie odczuwano lęk przed nim, że stały się niewypowiadalne; zaczęto używać zastępczych określeń Boga.

Przełomowym okazała się kwestia wcielenia się Syna Bożego, który objawił  bóstwo w ciele i dał się poznać ludzkości jako Jezus z Nazaretu zwany Chrystusem, Synem Najwyższego. Odtąd imię Jezusa Chrystusa stało się równoznaczne ze starotestamentalnym, niewypowiadanym Imieniem Boga. W Piśmie Świętym znajdujemy liczne wzmianki o godności imienia Chrystusa: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, […] którego Bóg wskrzesił z martwych. […] Nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni (Dz 4,10b.12).

Imię Chrystusa jest wypowiadane w sprawowaniu wszystkich sakramentów, egzorcyzmów i modlitw, dając tym samym wyraz swej niezwykłej siły i mocy oddziaływania na życie człowieka.

To dlatego bardzo wcześnie wykształciła się w kręgach monastycyzmu egipskiego praktyka modlitwy monologicznej, polegającej na wytrwałym powtarzaniu tych samych słów. Już w klasztorze na górze Synaj żywy był zwyczaj modlitwy samym Imieniem Zbawiciela. Po stuleciach rozwoju życia duchowego w klasztorach Palestyny, Syrii i Bizancjum, modlitwa monologiczna przyjęła formę modlitwy Jezusowej. Utrwalona na górze Athos jako zupełnie podstawowa forma pobożności, modlitwa Jezusowa posługiwała się wezwaniem: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Mnich, który w ten sposób wzywa Bożego miłosierdzia, pragnie całą swoją myśl skupić na Bogu, przepajając się Jego Obecnością. Wielu świętych mnichów zalecało swoim uczniom tę praktykę, opierającą się na doświadczeniu spotkania z żywym i niezwykle bliskim Bogiem. Nieustanna kontemplacja imienia Chrystusa pozwalała zagłębiać się w Jego miłości i wchodzić z Nim w  intymną i osobistą relację. Najważniejsza w tej praktyce modlitewnej jest nie sama formuła, ile zaangażowanie się w nią całkowicie, oddanie się Bogu bez reszty.

Z biegiem lat, poszczególne tradycje czerpiące swoje korzenie od wielkich ojców życia duchowego zaczęły funkcjonować obok siebie, dopełniając się wzajemnie i oddziaływując na coraz to liczniejsze grupy mnichów, aby w efekcie zająć uprzywilejowane miejsce wśród pozostałych praktyk modlitewnych.

Nie ulega wątpliwości, że Modlitwa Jezusowa jest na wskroś biblijna: powstała wszak z dwóch ewangelicznych cytatów z 18. rozdziału Ewangelii według św. Łukasza — z wołania niewidomego Bartymeusza (Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Łk 18,38) i z pokornej modlitwy celnika (Boże, miej litość dla mnie, grzesznika! Łk 18,13). Choć z początku modlitwa ta może wydawać się mało atrakcyjna i pozbawiona spektakularnej efektywności, to jednak przez setki lat stanowiła — i nadal stanowi — niewyczerpalne źródło wewnętrznej siły dla ludzi, którzy cierpliwie i z gorliwością poświęcają się tej wyjątkowej praktyce.

Ostatnio możemy zaobserwować pewnego rodzaju renesans duchowości chrześcijańskiego Wschodu. Coraz częściej sięgamy po literaturę starożytnych Ojców wschodnich i pisarzy prawosławnych, poszukując swoistego klimatu tej duchowości. Naturalną konsekwencją jest sięganie po ikony i czotki, aby poczuć choć odrobinę ducha Wschodu. Być może jest to jedynie chwilowa fascynacja i pewien trend ostatnich lat, a być może szczera próba wcielenia w życie pragnienia św. Jana Pawła II, aby chrześcijaństwo nie tylko było świadome istnienia dwóch płuc duchowości: Wschodu i Zachodu, ale aby za tą świadomością szła żywa i harmonijna praktyka modlitwy i wzajemnego zrozumienia.