Jednym ze szczególnie aktualnych wspólnych punktów muzyki Chopina i tradycji benedyktyńskiej jest ich faktyczne bycie w mniejszości. Mimo iż obie te rzeczywistości są niezbywalną częścią duchowego dziedzictwa Europy i świata (każda, rzecz jasna, na swój sposób), w praktyce poważnie angażują się w nie nieliczne – w skali całego świata – osoby. Są to dziesiątki – w najlepszym razie setki tysięcy osób. Liczba benedyktynów i benedyktynek w świecie wynosi obecnie tylko około 25 000. Oblatów i osób związanych z klasztorami benedyktyńskimi – nawet niech będzie 10 razy więcej. Osób grających muzykę Chopina – może będą tysiące. Słuchających jej – bez wątpienia więcej, ale na pewno nie miliony, jak w przypadku muzyki pop. Czy to znak pewnej elitarności? Zapewne. Nie ma się co łudzić: obie te sfery wartości duchowych nie są dla każdego – wymagają pewnej postawy: wysiłku, przygotowania, odpowiedniej wrażliwości. Muzyka Chopina i Reguła św. Benedykta są więc solidarnymi towarzyszkami we wspólnym wybraniu mniejszości. W perspektywie globalnych zainteresowań i aktywności całego świata jest to wręcz niewielka kropelka. Owszem, jeśli uwzględnić perspektywę historyczną, ma ona charakter zaczynu. Kto ze statystycznych mieszkańców naszej planety wie, kim są benedyktyni. Kto (poza Polską) rozpozna muzykę Chopina? Mimo to nikt nie wątpi, jak wielką wartością są obie rzeczywistości. Przynajmniej winno to być jasne dla czytelników niniejszych rozważań.

Muzykę Chopina łączy więc z monastycyzmem benedyktyńskim jakaś egzotyczność dla współczesnego świata. Są zarazem czymś wybranym, nie dla wszystkich dostępnym, wyrafinowanym. Masy, większość żyje innymi wartościami – chcemy tego czy nie. Jesteśmy więc jakby w barce na falach świata, niesionej rozmaitymi prądami i smaganej rozmaitymi wiatrami. Mała to barka, ale jednak – póki co – trzyma się powierzchni, płynie w wiadomy sobie sposób, równoważąc raz po raz szarpiące ją odchylenia. Jest w tym pewien rytm i jakaś poruszająca godność. Mały kawałek świata kołyszący się w tak różnym od niego żywiole całego świata. Aby przyjąć taką sytuację, trzeba być pokornym, wyzbyć się aspiracji większościowych i dominacji. Trzeba skupić się na teraźniejszości, wyglądając śmiało w przyszłość – bez nieustannego kręcenia się wokół chwalebnej przeszłości. Jest to trudne. Czasem wolelibyśmy może być raczej po stronie żywiołów fal, niż trząść się ze strachu na pokładzie. Iluzja jest zawsze wielkim zagrożeniem dla wartości duchowych – także monastycznych. Lepiej dlatego wytrwale nucić pieśń gondoliera, pilnując dzielnie kursu swej barki, niż ulec pokusie swobodnego powierzenia się falom. Wierność muzyce Chopina – także ideałom monastycznym – jest zgodą na zamknięcie się w ograniczonej przestrzeni, nieustannie narażonej na unicestwienie. Benedyktyni zawsze byli w awangardzie, niesieni rozmaitymi falami historii. Taka jest może rola wszelkich ruchów nieinstytucjonalnych – czy, lepiej powiedzieć, charyzmatycznych – dialogu z nieprzewidywalną rzeczywistością świata, jego bogactwem i złożonością. Rzec można, że i muzyka Chopina jest taką małą barką rzuconą – nie wiedzieć skąd – na ocean rozmaitych trendów i możliwości ekspresji muzycznej, nie wiedzieć jak i czemu wciąż utrzymującą się na powierzchni i dzielnie poruszającą się naprzód. Świadomość takiego stanu rzeczy pozwala na przyjęcie właściwej metody trwania, a dokładniej – utrzymywania się na powierzchni. Tak może najlepiej trzeba określić kondycję wszelkich mniejszości nieroszczących sobie żadnych praw ani pretensji do powiększenia zakresu własnego wpływu, chcących natomiast po prostu zachować własny status.

Znowu – jest to kwestia odpowiedzialności i cierpliwości zarazem. Chodzi o utrzymanie kursu. Niezbędna jest tu pewna pomysłowość, swoisty zmysł utrzymywania się na powierzchni. Zarówno w przypadku tradycji benedyktyńskiej, jak i muzyki Chopina oznacza to umiejętność wplatania istoty swej tożsamości w aktualną rzeczywistość – a nawet więcej, wykorzystywanie tej rzeczywistości do utrzymania się na powierzchni i do zachowania właściwego kursu. Nic trudniejszego, niż zostać klasykiem w wartko płynącej współczesności, kiedy to pęd życia może zmyć kruche i bezbronne wartości. Mocne przekonanie o własnej wartości – a wcześniej niewzruszona świadomość własnej tożsamości – muszą się w takiej sytuacji przełożyć na śmiałość i rozmach podejmowanych działań. Dlatego benedyktyni – czy chcieli tego, czy nie – byli autorami rozmaitych wynalazków i rozwiązań cywilizacyjnych, posuwając do przodu rozwój gospodarczy, kulturalny i społeczny. Animowali procesy i zmiany, które potem i ich samych musiały dotknąć. Takie wyzwanie stoi przed wszelkimi wartościami najwyższego rzędu. Nie wystarczy, że są. Trzeba je chronić, a najlepiej to uczynić, inwestując w nie poprzez nieustanną ich aktualizację. Na tym polega stałe utrzymywanie właściwego kursu – wbrew rozmaitym ruchom fal. Oznacza to zaangażowanie benedyktynów w życie społeczne, gospodarcze czy kulturalne – oczywiście na możliwy dla nich sposób. Można – i należy to czynić – na rozmaitych płaszczyznach i w różnym zakresie. Działo się tak od początków istnienia monastycyzmu. Pierwsi mnisi w Egipcie najmowali się do robót publicznych, aby zarobić na życie. Dzisiaj natomiast oferty klasztorów są bardzo poszukiwane i cieszą się szerokim zaufaniem, stając się tym samym miejscem przekazywania najważniejszych wartości chrześcijańskich. Jest to paradoks – ale i szansa tak dla współczesnego świata, jak i dla benedyktynów. W ten sposób nie zatoną oni na morzu współczesnego świata – a i sam świat nie utraci punktów odniesienia. Odpowiednia dla tej interakcji otwartość i kreatywność są więc nie tyle warunkiem współistnienia, co nieodzownym wręcz elementem tożsamości i rozwoju obu rzeczywistości. Podobnie jest z muzyką Chopina. Owszem, świat mógłby bez niej istnieć. Ale czy czegoś ważnego by nie stracił?

Rzuceni naszą malutką barką w żywioł fal jesteśmy zatem uczestnikami wielkiej sprawy – jakby kontrapunktem świata, znakiem sprzeciwu. Tą konfrontacją uwiarygodniamy siebie, ale i świat. Jeśli więc benedyktyni – czy muzyka Chopina – mogą coś zdziałać w świecie, jeśli ewentualnie mogliby go zmienić – muszą to czynić z pozycji outsidera, ze swojej małej barki, co niewątpliwie jest pewną niewygodą, ale ma też swój urok.

Na Majorce Chopin skomponował kilka utworów, które bardzo dobrze – aczkolwiek w niepowtarzalny, jedynie u Chopina możliwy sposób – oddają grę fal, zagubienie w nich, które jest zarazem kołysaniem. Mamy tam echa śpiewu marynarzy, wrażenia z podróży morskiej – i namacalność wręcz rześkiego morskiego powietrza i niosących go przesyconych słońcem powiewów. Taki jest od samego początku rozkołysany Nokturn G-dur op. 37 nr 2. Jego główny temat także faluje, ukazując się w małych frazach, po jakimś dopiero czasie wzbierających szerszym łukiem melodii. W narracji tego nokturnu wiele jest wszakże swobody: tak jakbyśmy, unosząc się na fali, byli co chwilę przerzucani i ustawiani w innej pozycji – całkowicie się z tym godząc, owszem – w taki właśnie sposób przesuwając się po powierzchni wody. Frazy tej muzyki jakby unosiły się ku górze i zaraz opadały, aby potem znowu wezbrać i osiąść. Akompaniament gwarantuje regularny rytm. Prowadzona w tercjach melodia jest jedynie ilustracją tego, co dzieje się na powierzchni rozkołysanych fal, mieniących się rozmaitymi refleksami słońca i odcieniami barw. Odcinek kontrastowy przynosi, jak mówi tradycja, cytat z pieśni marynarzy – też rytmicznej, ale i pełnej tęsknoty. Również jej motywy, rozbrzmiewające w coraz to innych tonacjach, sprawiają wrażenie nieustannego unoszenia się i kołysania na falach.

Jeszcze inną „opowieścią” o wodzie i falach jest II Ballada F-dur op. 38. Numer opusu sytuuje ją zaraz po wspomnianym wyżej nokturnie. I tutaj, już od samego początku, słyszymy rozkołysany rytm – może nieco bardziej skupiony niż w cytowanym nokturnie – można mieć wrażenie, jakby woda była spokojniejsza, niemal stojąca. Następny segment utworu przynosi mocny kontrast – rodzaj eksplodujących kaskad lub wzburzonych fal. Woda się przelewa, krople z jej bryzy rozsypują się szeroko, mieniąc się w słońcu. I w tym gwałtownym ruchu jest jakiś niesamowity rytm wzbierania i opadania, krańcowych wychyleń, ale i ciągłego, niewiarygodnego wręcz unoszenia się na powierzchni.

Żywioł wody, podróż morska zawsze lokują się pomiędzy dwoma krańcami: albo woda jest spokojna, albo wzburzona. W życiu musimy odbyć kilka tego typu podróży. W zasadzie odbywamy je nieustannie. Są to ciągłe wypłynięcia z naszej samotności ku byciu z innymi ludźmi; z wewnętrznego skupienia ku podejmowaniu nieraz bardzo dużych, przerastających nas projektów; z zamkniętych kręgów, w których żyjemy do otwartych struktur współczesnego społeczeństwa. Samo przechodzenie między tymi rzeczywistościami jest jak droga poprzez fale. A i to, że weszliśmy w określoną rzeczywistość i chcemy w niej trwać, także nie zwalnia nas od niebezpieczeństw drogi. Wszelkie nasze działanie w czasie zakłada konieczność przemieszczania się w roz­maitych kontekstach i wymiarach. Oznacza to nieustanne zagrożenie tego, co najważniejsze – ale i możliwość ich umocnienia: nieustanną czujność i troskę, stale obecną odpowiedzialność.

Do istoty opisywanej drogi należy też dwuznaczność wzburzonej toni. Tak jest choćby z naszą cywilizacją. Jesteśmy, chcąc nie chcąc, zanurzeni w jej problematyczne i angażujące raczej konwulsje niż wzburzone fale. W dużej mierze płyniemy wszakże unoszeni przez te fale. Sieć komunikacji i ekonomii, rozmaitych dóbr i relacji, ma charakter niezgłębionego, niekiedy mocno wzburzonego oceanu. Ale żyjemy w nim, niekiedy zdradzając ciasną przestrzeń naszej barki. Jak pozostać wiernym jej kierunkowi? Wszak nie chodzi o to, aby unosić się na falach. Trzeba płynąć w określonym kierunku. Oznacza to otoczenie szczególną troską swojej barki i niewygodnej, ciasnej w niej samotności. Jest to wybór stałego ryzyka i kruchego poczucia bezpieczeństwa. Tak właśnie można określić stałe napięcie w życiu benedyktyńskim pomiędzy stałością a nawróceniem – pomiędzy ciszą koncentracji a dynamizmem działania. Właściwe przeżycie tego napięcia jest warunkiem osiągnięcia odpowiedniej równowagi – benedyktyńskiego umiaru w przestrzeni naszego życia. Osiągnięcie i utrzymanie tej równowagi jest największą trudnością benedyktyńskiego życia. Bardzo dobrze oddaje ją analizowana przez nas metafora płynięcia barką po wzburzonych falach. Nic nie można tu ustalić. Nie ma spokoju. Wciąż doświadcza się niepewności. A przecież, jak wspomnieliśmy, tak wygląda przestrzeń naszych relacji, działań i życiowych projektów. Taka równowaga warunkuje też ciszę, samotność i pokój. Trzeba ją zdobywać, a raz osiągnąwszy, należy trwać w stanie jak największej czujności.

Pozostaje jeszcze jeden, powiedzmy wewnętrzny, wymiar płynięcia w barce. Jest to nasze własne zaangażowanie związane z samym płynięciem – choćby w zachowanie kierunku i utrzymanie się na powierzchni. Chodziłoby tu o wewnętrzną czujność, umożliwiającą skuteczne kierowanie barką. Istnieje niebezpieczeństwo takiego zaaferowania samym rejsem, takiego zachwytu otaczającą naturą, że można stracić kontrolę nad barką. Zdrada umiaru może oznaczać zgubę. Choć bardzo często dominują dzisiaj krańcowe „albo-albo”, zdolność zachowania właściwej równowagi jest kluczowa. Można zatem powiedzieć – za o. Piotrem Rostworowskim – że w znanej benedyktyńskiej maksymie ora et labora najtrudniejsze jest to et. Jest to trudność chwiejnej, ograniczonej przestrzeni barki i jej zawsze niekomfortowej pozycji. Pozostaje tylko rytm, jego pocieszająca konsekwencja, będąca wyrazem jakiejś solidarności z wodą – z całym światem. Winien on żyć, pulsować, kołysać się – abyśmy w ten sposób mogli torować sobie drogę. Wzorem mnichów egipskich winno to oznaczać jednocześnie wierność ideałom monastycznym oraz realne zaangażowanie w życie społeczne – nawet jeżeli z zasady mnisi żyją oddzieleni od świata. Powraca tu obraz kołyszącej się na falach barki, łączący w sobie sprzeczność bycia u siebie i powierzenia się, pozostawania na powierzchni i nieustannego zagrożenia otchłanią głębi. Tak tworzy się paradoksalna dialektyka spoczynku w ruchu i ruchu poprzez spoczynek. Odpowiada ona wspominanemu przez nas typowemu benedyktyńskiemu dwumianowi „stałość–nawrócenie”. Jeśli dołączymy do tego dwumianu ślub posłuszeństwa, jasna staje się sprawa kierunku płynięcia barki. Na szczęście nie my sami nią kierujemy. Nasz obraz okazuje się bardzo ewangelijny: motyw łodzi płynącej po wzburzonym jeziorze i napięcie wynikające z obecności i nieobecności Chrystusa okazują się jedną z kluczowych ikon objawienia Boga w Nowym Testamencie. Tym łatwiej przenieść je do benedyktyńskiego – i naszego – życia.

Wszystkie te wątki zbiera szczególny utwór Chopina. Tak jak podsumowują one naszą sytuację egzystencjalną, tak ten utwór stanowi poniekąd syntezę ekspresji chopinowskiej mu­zyki. Mowa tu o Barkaroli Fis-dur op. 60 – swego rodzaju apoteozie wielowymiarowego kołysania się na falach. Wiele by można o tym utworze powiedzieć choć, z drugiej strony, zważywszy na wszystko to, co powiedziano powyżej, utwór ten mówi sam za siebie. Najistotniejszy jest w niej wszechobecny rytm ruchu na fali, przybierający rozmaite formy. Opowiada on o najważniejszych sprawach, pozostając zarazem bardzo bliskim sercu każdego słuchacza. Odczytując ten obraz w kategoriach współczesnej sytuacji benedyktynów na świecie, dostrzegamy w pierwszym rzędzie konieczność nieustannego wpisywania go w ewangelijne opowieści o płynięciu na wodzie, o kroczącym po falach Jezusie i o tajemniczym napięciu pomiędzy tymi dwoma doświadczeniami fal. Wystarczy przypomnieć sobie próbę kroczenia po falach Piotra, jak też uciszenie burzy przez Jezusa, który przechodzi z jeziora do łodzi. Na myśl przychodzi tu określenie sformułowane przez Elmara Salmanna, benedyktyńskiego teologa i filozofa, wnikliwego obserwatora i świadka współczesnych przemian. Określił on rolę swoją – a więc mnicha i teologa – jako „pokornego przewoźnika między światami”. Określenie to bardzo wymownie dopełnia wyżej przywołane obrazy. Wskazuje zarazem, jak wielostronna jest metafora płynięcia barką po wzburzonych falach. Łączy ona w sobie doświadczenia duchowe i egzystencjalne. I tak też się dzieje we wspomnianej Barkaroli: oprócz wielopłaszczyznowego rozkołysanie rytmu, mamy w niej rozmaitego formatu melodie – jednowątkowe, ale też i roziskrzone wielością wątków z nich wyrastających. Intensyfikują się one, rozwijają – cały utwór jest jakby wielkim „płynięciem”, o określonym kierunku, świadomie podejmującym jego konsekwencje. Jest to zarazem studium ruchu i przestrzeni, rytmu i wyzwolenia. Jednocześnie muzyka ta tylko delikatnie dotyka tego, co najważniejsze dla każdego z nas. Podprowadza i zaprasza, by ten ruch i harmonię jego rytmu odnajdywać w rozmaitych sytuacjach naszego życia.


Bernard Sawicki Muzyka Chopina a Reguła św. Benedykta Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).