W ostatniej podróży do Jerozolimy Pan Jezus nie szedł normalnym, miarowym krokiem wędrowca, takim, jaki zachowuje się w pieszej podróży i jakim On sam tę drogę często już przechodził; ale pędził tak, że uczniowie nie mogli za Nim nadążyć. Wyprzedzał ich, mówi Ewangelista, tak, że się dziwili i niepokoili (por. Mk 10,32). O tej krwawej kąpieli, która Go tam czekała, mówił, że się już jej doczekać nie może (Łk 12,50). Śpieszył się na godzinę, dla której na świat przyszedł, godzinę ostatecznego uwielbienia Ojca (por. J 12,28 i 17,1). Bóg w stylu greckim byłby tu zachował olimpijski spokój…, ale On jest także prawdziwym człowiekiem, i jako człowiek przeżywał to przyśpieszone bicie ludzkiego serca, którym człowiek wyrywa się ku upragnionemu celowi. Ojcze, nadeszła godzina: otocz Syna swego chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył (J 17,1). A jednocześnie to samo ludzkie serce drżało ze strachu, wiedząc, jak tu na ziemi wygląda pełna, ostateczna ofiara. Czy wobec tego ma prosić o jej cofnięcie? O te legiony aniołów do obrony (por. Mt 26,53)? Nie; bo przecież przyszedł na tę godzinę, i ważne jest ostatecznie tylko jedno: Ojcze, uwielbij Twoje imię (J 12,28). Podsłuchujemy tu Jego wewnętrzne zmagania jako człowieka, przy jednoczesnym zachowaniu Boskiej świadomości zamierzonego celu. Jako człowiek zmagał się z zadaniem, które postawił sobie jako Bóg. Ofiarowany został, bo sam chciał (Iz 53,7 Vlg). Chciał nauczyć się posłuszeństwa (Hbr 5,8): Jakże bardzo pragnę – ale dla Jego Człowieczeństwa to było na samym skraju wytrzymałości. Postawił swojemu człowieczeństwu wymagania sięgające kresu ludzkich możliwości. Decydujący argument: aby świat poznał, że miłuję Ojca.

Ojcze, czy naprawdę muszę? – Jeżeli chcesz złożyć ofiarę pełną. Chciał. Wielu męczenników później umierało w ekstazie, jak ci na przykład, którzy na torturach śpiewali, albo twierdzili, że nigdy w życiu nie ucztowali równie radośnie; i nic w tym dziwnego: sam Pan zapowiedział, że Jego uczniowie dokonają większych nawet dzieł niż Jego dzieła (por. J 14,12). Ale On sam zszedł do dna męki fizycznej i psychicznej.

Dlatego miłuje mnie Ojciec, że ja życie swoje oddaję… Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od Ojca mojego (J 10,17–18). Podkreślmy słowo „nakaz”. Jeśli na widok sceny w Gethsemani i rozpaczliwego pytania Jego ludzkiego serca, czy to rzeczywiście konieczne, chcielibyśmy i my pytać, czy tak musi wyglądać chwała Ojca – to przypomnijmy sobie, że ten „nakaz” nie był tylko wyrokiem śmierci, ale był przede wszystkim wyrokiem zmartwychwstania i pełni uwielbienia. A ludzkie serce Chrystusa jest związane jedną osobowością z Jego Boską naturą Syna i dzieli jej dążenie: Bóg Bogu nie może ofiarować mniej niż wszystko, i Bóg Boga nie może wynagrodzić mniej niż wszystkim. My byśmy może próbowali zasłonić Syna przed „gniewem” Ojca… Ale to, co chcielibyśmy nazywać gniewem Bożym, jest jeszcze i tak miłosierniejsze niż nasze miłosierdzie.


Małgorzata Borkowska OSB Jezus, Syn Ojca Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).