Zachowała się fotografia Tyńca z ostatnich lat przed wybuchem wojny. Dzisiaj ma ona wartość historycznego źródła. Jest to zdjęcie lotnicze, które zrobiono ze strony południowej. Na pierwszym planie świecą ruiny, dalej widać jakieś dachy, wreszcie bryłę kościoła i w głębi już opatówkę. Na tej podstawie można by podjąć studium nad rozplanowaniem opactwa. Jednak fotografia ma tutaj także wartość świadectwa, bo zachowuje widok ruin tak wyrazisty, że łatwo ująć ich rozmiary. Rozciągały się one szeroko, lecz nie była to pustynia. Wszędzie jeszcze stały ściany, tu i ówdzie jakiś portal albo tablica z inskrypcją, poniewierały się też okruchy rzeźbionych kamieni lub ceramiki. Ponad wszystkim górował kościół, bardzo zaniedbany, lecz zdatny do użytku. Stały trzy ramiona krużganka z przyległymi pomieszczeniami, bez piętra, ale pod dachem. Gontowy dach przykrywał również dawną rezydencję opatów – dom wakacyjny dla kleryków. Tutaj zachowały się dwie kondygnacje, sklepione sale na parterze i sześć obszernych pomieszczeń na pierwszym piętrze. Niezwłocznie też rozpoczęto prace, aby wykroić cele mieszkalne dla powracających mnichów. Kiedy udało się w podstawie wieży wybić przejście do kościoła, klasztorek mógł już służyć swemu celowi. 31 lipca 1939 r. benedyktyni podjęli zwykłe mnisze życie, jako tako uregulowane.

Ale wybuchła wojna. Wówczas postarano się o to, aby przynajmniej kościół doprowadzić do porządku. Jak wiadomo, owych lat doczekał wystrój z XVIII w., po części marmurowy, po części drewniany. Nie odpowiadało to wcale gustom przybyszów, toteż dzieło odnowy rozpoczęło się od dewastacji. Dla oczyszczenia całości i dla dostosowania jej do wymogów liturgii monastycznej, usunięto wiele rokokowych rzeźb, gzymsów i złoceń. Rozbiórce uległa na przykład imponująca rozmiarami ambona. Nie znalazły łaski szaty liturgiczne – nieraz pochodzące jeszcze od dawnych benedyktynów, ani kolorowe chorągwie w kościele. Odzywały się wprawdzie nieśmiałe protesty ze strony ludności, jednak mnisi niepodzielnie już zawładnęli kościołem.

Równolegle szły prace w ruinach. Adaptowane pomieszczenia w opatówce zapełniły się bowiem, kiedy przybywali pierwsi kandydaci.

Ledwo skończyła się wojna, gdy zgromadzenie stanęło wobec ważnych decyzji. Otwierały się widoki na przejęcie jakiegoś obiektu gdzie indziej. O. Kazimierz Ratkiewicz, który odbudowie poświęcił się bez reszty, rzucił raz myśl przeniesienia klasztoru na sąsiednie wzgórze zwane Grodziskiem. Nęcił miraż nowoczesnego klasztoru bez obciążeń tradycją i bez ruin. W Belgii wówczas wywoływali sensację trapiści z Orval, tworząc tam nowy klasztor obok średniowiecznych ruin, które tylko „zakonserwowano”, rezygnując z nazbyt kosztownej odbudowy.

Kapituła tyniecka nie zasiadała tego dnia na obradach, bo to był właściwie spacer po zaroślach Grodziska. Wyimaginowany klasztor stawał wyżej lub niżej, bliżej lub dalej od Wisły. Była mowa też o fińskich domkach wśród brzóz i sitowia. Ktoś inny widział raczej budynek wyrastający śmiało nad ścianą kamieniołomu. Tło stanowiłaby podkarpacka panorama, naturalnie słoneczna jak owego dnia, tędy by szła szosa, tam dość miejsca na parking… Nie zapadła decyzja, wracając tylko zatrzymano się na północnej krawędzi płaskowzgórza, skąd rozciąga się widok na Tyniec, ten rzeczywisty. Nastąpił powrót z krainy marzeń.

W rzeczywistości plan odbudowy już był opracowany. Kierownictwo objął prof. Zbigniew Kupiec z Politechniki Wrocławskiej (1947). Prace rozpoczęto w południowo-wschodnim narożniku zabudowań. Przemówiła za tym zarówno potrzeba, jak i stan ruiny. Rozwój akcji śledzili z przejęciem sami benedyktyni, cała wieś i okolica. Wpierw trzeba było przygotować teren, a więc odgruzować i oczyścić. Na ścianach zaznaczyły się ślady dawnych sklepień, które z pietyzmem rekonstruowano. W rezultacie stanął budynek piętrowy i podpiwniczony, który na razie spełnia rolę klasztoru.

Powoli budziło się też zainteresowanie przeszłością klasztoru, co dało początek późniejszym poszukiwaniom archeologicznymi. W 1943 r. gościł w klasztorze rektor Adolf Szyszko-Bohusz, który spod tynku wydobył romański portal na ścianie między kościołem a krużgankiem. Prace wykopaliskowe – już po wojnie – prowadził dr Gabriel Leńczyk, ostatecznie zaś prof. Lech Kalinowski (1961–1965). Przebadano wówczas konsekwentnie pozostałości po pierwotnym kościele romańskim, wydobyte na światło dzienne fundamenty tego kościoła pozwoliły ustalić jego rozmiary, podziały, jak również jego domniemane urządzenie i wygląd zewnętrzny. Przy sposobności znaleziono groby dawnych opatów z pamiątkami, które przyniosły sławę tynieckim wykopaliskom. Zarazem rozrosła się wiedza o klasztorze i jego przeszłości. Sprzyjały temu wykopaliska i dyskusje naukowe. Czasopisma ogłosiły szereg artykułów, które popularyzowała prasa. Literatura dotycząca Tyńca wzbogaciła się też wzorową publikacją, mianowicie ogłoszono wyniki wykopalisk w okazałym tomie Folia historiae artium (1971).

Rozpoczęte prace, w miarę postępu, wskazywały na coraz to nowe potrzeby i możliwości. Nawet w kościele, który pochłonął już tyle wysiłków, nie widać było końca prac. Poprawa dachów obudziła dalsze projekty, by dać tam blachę miedzianą, przywrócić wieżom pierwotny, baniasty kształt, aby pomnożyć liczbę dzwonów, sporządzić zegar, a przynajmniej na wyższej kondygnacji pomieścić zbiornik wodociągowy. Podobnie gruntownych uzupełnień wymaga jeszcze wnętrze kościoła, o którym mówiono, że pozostał w stanie używalności.


Paweł Sczaniecki OSB Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).