Gdy chrześcijaństwo pojawiło się na świecie, zastało pokolenie, które było przywiązane do piękna, jak chyba żadne inne. Ludzkość służyła pięknu, składała mu ofiary na jego ołtarzach, w zamian za piękno potrafiła niejedno oddać, wiele prawd i jeszcze więcej dobra. W ten właśnie świat wkroczył ukrzyżowany Zbawiciel, mąż „szczególnego piękna i wdzięku”, jak Go określa prorok (por. Ps 45,3). On złożył w ofierze piękno, ponieważ dawał świadectwo o prawdzie i dobru, a od swoich uczniów żądał, by Go w tym naśladowali. Tak rozpoczęła się walka chrześcijaństwa z pięknem i do dziś dzieci Kościoła uchodzą za jego odwiecznych wrogów, szczególnie zaś mnisi, czyli „czarni”, jak ich już nazywa Eunacy.

W rzeczy samej, gdy przeczytamy Ewangelię, to nie znajdziemy prawie żadnego słowa o pięknie. Zapewne znajdziemy jednak słowa: Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! (Mt 18,9).

Ale właśnie te słowa odkrywają przed nami ewangeliczne pojmowanie chrześcijańskiego piękna.

Dla chrześcijanina prawda, dobro i piękno są trzema równoważnymi atrybutami Bożej pierwotnej światłości. O ich zróżnicowanej ważności można mówić jedynie dlatego, że piękno pojawia się dopiero tam, gdzie prawda i dobro zrobiły już swoje. Piękno jest więc najściślej związane ze swoimi obydwiema starszymi siostrami, ale dołącza się do nich dopiero wtedy, gdy one przełamały opór, zwyciężyły i mocno utwierdziły swoje panowanie. Dopóki znajdują się w stanie walki, piękno musi się nieco cofnąć. I więcej: piękno trzeba nawet pozornie zwalczać, dopóki przeciwnicy prawdy i dobra chętnie powołują się na nie, przywdziewają skradzione skrawki nie jego istoty, ale jego szaty – gdyż piękno przejawia się najpierw poprzez formę. Nie ma bowiem nic bardziej niebezpiecznego niż fałszywe piękno – mieniący się na bagnie kwiatek. Ono przygnębia człowieka i wciąga go w swoje budzące grozę królestwo. Dlatego Zbawiciel nakazał nam, by lepiej wyłupić oko, niż dopuścić, by stało się ono powodem do grzechu.

Tam jednak, gdzie prawda i dobro ustawiły swój znak zwycięstwa i utwierdziły swój pokój, tam spieszy ich pogodna siostra i wnosi cudowną zgodę w to nowo zdobyte królestwo. Gdyż piękno nie jest niczym innym, jak cudowną harmonią ładu – o ile to, co niewymowne, można wyrazić słowami.

Któż inny jednak przyniósł pokój na świat i do wnętrza dusz, jak nie Ten, o którym się mówi: On bowiem jest naszym pokojem (Ef 2,14). I dlatego też Chrystus jest Księciem Piękna. W Kościele i w duszach świętych prawdziwe piękno ustawiło swój tron; bo wyczucie świętego piękna jest wręcz znakiem tego, że Duch Boży przejął panowanie nad duchem człowieka.

Tak więc nie dziwi fakt, że właśnie w pierwotnym Kościele, który – prowadzony przez liturgię – rozkoszował się blaskiem przemienionego Zbawiciela, kwitło wyczucie Bożego, świętego piękna, a wielu Ojców Kościoła z zachwytem głosiło mowy pochwalne na jego cześć. Wyjątkową pozycję wśród nich zajmuje św. Ambroży, którego zrównoważona dusza jawi się nam jako uroczy raj z wspaniałymi, rozległymi widokami, skąpany w przemieniającym świetle słońca. Słyszymy, jak w liście, a raczej w małej rozprawie w formie listu, mówi do swojego przyjaciela, Ireneusza, o pięknie Chrystusa:

Gdy po czytaniu dawałem nieco odpocząć mojemu duchowi, wtedy zacząłem sobie rozmyślać nad wersetem, który wieczorem śpiewaliśmy podczas pierwszych Wigilii: On jest najpiękniejszy spośród synów ludzkich. Jak piękne są stopy tych, którzy głoszą o Nim radosną nowinę! Zaiste, nie ma nic piękniejszego, niż to Najwyższe Dobro. Lecz także głosić je jest czymś pięknym, a nade wszystko kroczyć stale po śladach Apostołów na szlaku Jego nauki. Któż jednak zdoła tego dokonać? Ci, którym Bóg dał łaskę nie tylko świadczyć o Chrystusie, ale i dla Niego cierpieć.

Z całą siłą chcemy skierować ducha i wolę ku pięknu i dobru, aby przez ich blask i poświatę nasza dusza stała się piękna, a nasz duch jasny. Jeśli nasze oko osłabło i stało się zamglone, to pozwólmy mu paść się na zielonych pastwiskach i w zacienionym gaju. Widok porośniętych zielenią stoków przepędzi chorobę, oko ponownie odzyska świeży błysk i zdrową barwę. O ileż więcej blasku i poświaty otrzyma nasze duchowe oko, jeśli będzie się przypatrywać owemu Najwyższemu Dobru, będzie z Nim przebywało, pasło się przy Nim, tak że wypełnią się słowa psalmu: Pomnożyłeś siłę mojej duszy (Ps 138,3). W ten więc sposób dusza zdobywa swój pokarm, który pochodzi od Najwyższego, Bożego Dobra, do czego też wzywa nas Apostoł Piotr. Albowiem dane mu było poznać, że dostąpimy udziału w Bożej naturze.

Do poznania tego dobra dążył Dawid, jak sam mówi: O jedno proszę Pana, tego poszukuję: bym w domu Pańskim przebywał po wszystkie dni mego życia, abym zażywał łaskawości Pana, stale się radował Jego świątynią (Ps 27,4). W tym widzi on najwyższe dobro, gdyż dodaje: Wierzę, że będę oglądał dobroć Pańską w ziemi żyjących (Ps 27,13). Gdyż tu, na ziemi – poszukujemy, tam w górze – dostąpimy pełnego poznania twarzą w Twarz. To dobro można znaleźć w wewnętrznym sanktuarium domu Bożego. Dlatego Dawid śpiewa: Niech nas nasycą dobra Twego domu (Ps 65,5). Na innym miejscu nazywa je największym Bożym błogosławieństwem, gdy mówi: Niech cię Pan błogosławi z Syjonu, obyś oglądał pomyślność Jeruzalem (Ps 128,5). Błogosławiony jest więc ten, kto tam mieszka – u celu drogi wiary, w ojczyźnie naszego ducha, w miejscu zamieszkania pobożności i cnoty.

Trzymajmy się więc mocno tego, co mówi Izajasz: O jak są pełne wdzięku na górach nogi zwiastuna radosnej nowiny, który ogłasza pokój, zwiastuje szczęście (Iz 52,7). A któż inny przynosi tę radosną wieść, jak nie Piotr, jak nie Paweł, jak nie wszyscy apostołowie? Do kogo odnosi się ta radosna nowina? Do Jezusa, naszego Pana. On jest naszym Pokojem, On jest Najwyższym Dobrem, gdyż On – Dobry – pochodzi od Dobrego. Także Duch Chrystusa jest dobry, gdyż bierze od Niego i prowadzi sługi Boga po właściwych ścieżkach. Któż niosąc w sobie Ducha Bożego może wątpić w dobroć Chrystusa, który przecież sam mówi: Czy na to złym okiem patrzysz, że Ja jestem dobry? (Mt 20,15). Dobro, które Bóg łaskawie daje tym, którzy o nie proszą, bierze w posiadanie naszą duszę – głębiny naszej duszy. On jest naszym skarbem, naszą drogą, naszą mądrością, naszą sprawiedliwością, naszym pasterzem, naszym Dobrym Pasterzem, naszym życiem. Tak wiele dóbr zawiera się w tym jednym Dobru!

Jezus, nasz Pan, jest więc Najwyższym Dobrem, zapowiedzianym przez proroków, opiewanym przez aniołów, obiecanym przez Ojca, zaniesionym w świat przez apostołów jako Dobra Nowina. Przyszedł do nas jak słodki, dojrzały owoc z górzystej krainy i odebrał naszemu usposobieniu wszystko, co cierpkie i niedojrzałe, naszej działalności i naszemu charakterowi wszystko, co twarde i szorstkie. On był pierwszym Ewangelistą dobra. Dlatego jest też napisane: „Ja, który niegdyś przemawiałem, teraz jestem tu” (por. Hbr 1,1), tzn. który kiedyś przemawiałem przez proroków, jestem obecny w ciele, które przyjąłem z Dziewicy. Jestem obecny, Ja – obraz Boga, odbicie Jego istoty – jestem obecny jako Człowiek. Lecz któż Mnie rozpoznał? Oni mianowicie dostrzegli tylko człowieka, a mieli przecież uwierzyć Jego ponadludzkim dziełom. Czy nie był On w pełni człowiekiem, gdy płakał nad Łazarzem? Czy nie był większy od człowieka, ponieważ go wskrzesił? Czy nie był człowiekiem dlatego, że zmazał grzechy świata?

Chcemy spieszyć do Niego, Najwyższego Dobra, ponieważ jest łaskawy, jest cierpliwy dla Izraela. Nawołuje cię do pokuty, abyś nie podlegał sądowi, ale byś otrzymał odpuszczenie grzechów. Czyńcie pokutę – mówi. Do Niego się odnosi prorok Amos, gdy mówi: Szukajcie dobra (Am 5,14). On jest Najwyższym Dobrem. Nie potrzebuje niczego i wszystko ma w obfitości. Jak mógłby nie mieć wszystkiego w obfitości Ten, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa, z którego pełni wszyscy otrzymaliśmy i nasyciliśmy się, jak mówi Ewangelista.

Kiedy dusza w swojej tęsknocie za miłością i radością choć raz zakosztuje tego Najwyższego Dobra, wtedy uwalnia się od wszelkiego cierpienia i wszelkiego lęku – rozpływa się w niewymownym szczęściu. Całuje Słowo Boże. Nie ma dla niej umiaru ani spoczynku, mówi: „Słodki jesteś, o Panie, w Twej słodkiej miłości ucz mnie Twojej sprawiedliwości”. Całuje Słowo Boże. Kocha je bardziej niż wszelkie piękno, ceni bardziej niż wszelką radość, napawa się jego wonią, pragnie je często widywać, co rusz na nie spoglądać, życzy sobie, by całkowicie uległa jego czarowi. „Pachniesz jak rozlany olejek – mówi – dlatego miłujemy Cię, my, dusze uczniów, dlatego walczymy o Ciebie, ale nie możemy Cię uchwycić. Przyciągnij nas do siebie, abyśmy nadążyli za Tobą. Niech Twoja wzmacniająca woń doda nam sił, by iść za Tobą”. Dusza zabiega również o to, by oglądać tajemnice wewnętrznego sanktuarium, gdzie Słowo – Najwyższe Dobro – przebywa i mieszka, gdzie Jego światłość i czystość zajmują zaszczytne miejsce. Chce słuchać Jego nauk na łonie Ojca; a jeśli dane jest jej przysłuchiwać się Jemu, jest to dla niej największym szczęściem. Prorok odczuł to i wyraził, mówiąc, że słowa Pana są słodsze od miodu płynącego z plastra (Ps 19,11). Czego jeszcze może pragnąć dusza, która zakosztowała już raz rozkoszy Słowa, która zobaczyła już raz Jego jasne światło? Mojżesz, który przebywał na górze czterdzieści dni, aby otrzymać Prawo, nie odczuwał braku cielesnego pokarmu. Eliasz, który spieszył do miejsca zamieszkania Słowa, prosił o to, by być zabranym z tego życia. Piotr, który na górze widział chwałę zmartwychwstania, nie chciał już więcej schodzić w dolinę, ale mówił: Panie, dobrze, że tu jesteśmy (Mt 17,4). A jak wielka dopiero jest chwała Bożego Bytu, jak wielka pełnia Słowa, któremu z upodobaniem pragną przyglądać się aniołowie!

W tym kontekście dusza nie troszczy się już tak o ciało, lecz dostrzega raczej, że nie może łączyć jej z nim zbyt wiele. Dlatego wyrzeka się świata, zrzuca z siebie więzy ciała i kajdany żądzy. Szczepan widział Jezusa i nie lękał się już więcej kamieni – a nawet nie modlił się za siebie, tylko za swoich oprawców. Paweł, przeniesiony do trzeciego nieba, nie wiedział, czy był w ciele, czy też nie. Uniesiony do raju, nie odczuwał już swego ciała. On, który słyszał słowa Boga, wstydził się, że był zmuszony zejść ponownie ku słabościom ciała. Świadomy tego, co widział i słyszał w raju, chciał, abyśmy także spoglądali na ten świat tylko jak na obraz przyszłego świata, a nie jak na trwałą rzeczywistość. Abyśmy go tak używali, jakbyśmy go nie używali, jak goście, a nie jak mieszkańcy. Jeśli więc nasza dusza chce się zbliżyć do Boga, niech się uwolni od cielesności i przylgnie na zawsze do tego Najwyższego, Bożego Dobra, które jest wieczne, które było od początku, które było u Boga, tzn. do Bożego Słowa. Dusza nie jest cielesna, lecz duchowa. Niech się więc nie miesza do ziemskich spraw. Bo jeśli odda się ciału, wtedy pogrążą ją żądze ciała, wtedy będzie się gorączkować w gniewie i złości, wtedy pogrąży się w chorobliwym smutku, wtedy nadmie się pychą, wtedy ból przygniecie ją do ziemi. A te choroby często wyciskają życie z duszy. Staje się ona ślepa i nie dostrzega już więcej światła prawdziwej chwały i bogactwa wiecznego dziedzictwa. Lecz jeśli zwraca ona stale swe oko ku Bogu, wtedy odbija się w nim blask mądrości Chrystusa, staje się ono jasne dzięki poznaniu pochodzącemu od Boga, widzi obiecane nam dobra, ogląda to, co dobre, upodobane, doskonałe. Gdyż to, co jest dobre, ma upodobanie u Boga, a to, co ma upodobanie u Boga, jest doskonałe.


Odo Casel OSB Misterium przychodzącego Boga Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).