Około roku 270 pewien młody egipski asceta imieniem Antoni, po kilkuletnim okresie spędzonym w roli ucznia u starszego ascety, żyjącego w chatce w pobliżu wsi, jak to było wówczas normą w Egipcie – postanowił odejść z ziemi zamieszkanej przez ludzi i zamieszkać samotnie, na bezludziu. Żeby to zrozumieć, należy przede wszystkim zdać sobie sprawę z geologicznego ukształtowania Egiptu, a następnie przypomnieć także dzieje powołania samego Antoniego. My dziś nazywamy Egiptem duży kraj, objęty granicami, wytyczonymi najczęściej prostą linią przez pustynię, i cokolwiek znajduje się między tą granicą a Morzem Czerwonym, to jest dla nas „Egipt”. Starożytni nazywali Egiptem tylko tę żyzną dolinę Nilu, w której od tysięcy lat ludzie uprawiali rolnictwo, umożliwiane przez regularne wylewy rzeki. Po obu zaś stronach tej doliny rozpościerają się bądź góry, suche i jałowe, bądź równie suchy płaskowyż: pustynia. To była wówczas ziemia niczyja, ziemia, na której ludzie mieszkać nie mogli, bo nie mogli nic uprawiać ani hodować, przynajmniej na dużą skalę. Tu i ówdzie było oczywiście jakieś źródło, czasem przy nim nieco roślinności: oaza. Wykorzystywano te oazy jako postoje w drodze przez pustynię, w podróży do następnego zamieszkałego kraju: do Abisynii na południu, do Libii na wschodzie. Są też tu i ówdzie na pustyni bagna, często słone; jest nieco roślinności, ale zbyt skąpej, by można było paść tam bydło; są złoża minerałów, które już wtedy częściowo eksploatowano, na przykład złoża sody na południe od Aleksandrii. Przez pustynię można było w niektórych miejscach przejechać, tu i ówdzie coś na niej znaleźć, ale mieszkanie na niej uważane było za absolutnie niemożliwe. Chyba, że ktoś uciekał przed sądem, jako ścigany przestępca albo jako chrześcijanin podczas prześladowań; tacy uciekinierzy chronili się czasem tam, gdzie by ich znaleźć było trudno, na tyle czasu, ile by tam zdołali żywi wytrzymać.

Natomiast Antoni zawdzięczał swoje powołanie głębokiemu przeżyciu słów: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie (Mt 19,21). Zrozumiał, że dla niego droga do tego niebieskiego skarbu prowadzi przez całkowite wyzbycie się dóbr ziemskich. Pole i dom łatwo było sprzedać, a zapłatę rozdać; ale po kilku latach ascezy Antoni uznał, że jeszcze ma za dużo, bo ma towarzystwo ludzi. Jego pełna i absolutna fascynacja Bogiem domagała się jak najpełniejszej, wręcz niepodzielnie Bogu poświęconej uwagi. Otóż będąc celibatariuszem, nie musiał się przecież troszczyć, z czego utrzyma żonę i dzieci; będąc ascetą przyzwyczajonym do postów, mógł się obejść odrobiną ziół i dzikich owoców oraz chleba, na który zarabiać chciał nadal rzemiosłem, jak poprzednio (wypłatał liny i kosze, jak większość egipskich ascetów). Poszedł więc na pustynię, w góry, zamieszkał w jaskini i tam modlił się i pracował w pełnej samotności, przynosząc tylko czasem swoje wyroby do siedzib ludzkich. Sprzedał kosze, kupił chleba, wracał do siebie. Po jakimś czasie zauważono to jego nowatorstwo i zaczęto naśladować.

I wkrótce okazało się, że do takiego właśnie życia tęsknią setki, potem tysiące ascetów w gęsto zaludnionym Egipcie. Za Antonim ruszyła na pustynię dosłownie fala samotników, czyli mnichów (słowo monachos pochodzi od greckiego monos: samotny). Miejsca nie brakowało, przecież niemal wszędzie dookoła była pustynia. Antoni dał początek grupom mnichów mieszkającym w górach nad Morzem Czerwonym, a więc na wschód od doliny Nilu. Około roku 315 asceta imieniem Ammun powędrował z karawaną, która szła po sodę do słonych bagien, położonych na południe od Aleksandrii, wśród wzgórz pustyni zachodniej. Soda osadzała się tam na brzegach stawów i kałuż, i z jej powodu to miejsce nazywano Nitrią. Okolica była niegościnna, ziemia nie do uprawy, woda jednak, choć niesmaczna, nadawała się do picia. Ammun osiadł tam, szukał bowiem i on także odosobnienia pełniejszego, niż mógł mieć w gęsto zaludnionym kraju, gdzie jedynym lekarstwem na nadmiar rozproszeń była rekluzja; znalazł je, ale szybko też stracił, gdyż jego śladem nadciągnęło tu wkrótce ponad trzy tysiące równie żądnych samotności ascetów… Wobec tego jeszcze za życia tego samego pokolenia powstało w głębi pustyni, na południe od Nitrii, kolejne osiedle pustelników zwane po prostu Chatkami (Kellia, Cele). Kiedy i tam zrobiło się zbyt ludno, wielki abba Makary postanowił osiąść jeszcze dalej, w górach, gdzie żadne drogi nie były wytyczone i można było bardzo łatwo zabłądzić – z tragicznym skutkiem.

Ta okolica nazywała się Sketis. Makary mógł był osiąść w Celach, jeśli Nitria była dla niego jeszcze zbyt bliska „Egiptu” – ale tu doszła chyba do głosu jego wrodzona fantazja: dlaczego by nie spróbować żyć jeszcze dalej, w górach? Po wodę i po surowce do pracy będzie tam bardzo daleko, ale nie aż tak daleko, żeby silny i przedsiębiorczy mężczyzna nie dał sobie rady. (Możliwe zresztą, że już wtedy niektórym przynajmniej śmiałkom była znana metoda zbierania na pustyni porannej rosy.) Drogi w te góry nie ma, tym lepiej: nie przyjdą gapie. Co w nich się kryje, nikt jeszcze dotąd nie sprawdził, to nic: on sprawdzi pierwszy. Poszedł. Nie było go długo. Jeśli wierzyć przypisywanej mu później opowieści, przewędrował nie tylko góry Sketis, ale i całą pustynię aż do stepów Sudanu, i tam spotkał dwóch pustelników, którzy nie mieli najdosłowniej nic, nawet odzienia, a żywili się jedząc zioła wśród stada bawołów, które ich najwyraźniej zaakceptowały. Makary będzie o nich opowiadał z szacunkiem: „nie jestem sam mnichem, alem mnichów widział”. Nie został jednak z nimi (i z bawołami), tylko wrócił na północ i ostatecznie osiedlił się w Sketis. Ponieważ widywano go co jakiś czas przychodzącego stamtąd, wkrótce znaleźli się uczniowie, którzy się do niego przyłączyli; także liczni starcy, zachęceni takim przykładem, opuścili przeludnione już Cele, by osiąść w miejscu wymagającym większego trudu. To nowe osiedle pustelnicze różniło się od poprzednich tym zwłaszcza, że pustelnie były tu jeszcze bardziej rozrzucone, odleglejsze od siebie nawet niż w Celach. Niemniej wkrótce zbudowano w centrum Sketis kościół, znalazło się wśród mieszkańców kilku kapłanów (także i Makary około roku 340 został kapłanem) i sława tej tajemniczej osady, do której nadal nie było drogi, zaczęła się rozszerzać po chrześcijańskim świecie. Do dziś jej nazwa przetrwała w rosyjskim słowie skit, oznaczającym właśnie osiedle pustelników.

Na samym południu Egiptu, gdzie żyzna dolina jest najwęższa i z obu stron ściskają ją góry, wokół starożytnego miasta Teby, w regionie zwanym od niego Tebaidą, gdzie do pustyni jest z wiosek szczególnie blisko, powstało tyle osad pustelników, że w Kościele wschodnim do dziś używa się słowa Tebaida na oznaczenie ośrodka życia monastycznego (po rosyjsku brzmi to: fiwaid). W środkowym Egipcie, gdzie na zachód od Nilu znajduje się jezioro połączone kanałem z rzeką, szczególnie zasłynął ośrodek mniszy koło Arsinoe. Wreszcie we wschodniej części delty Nilu znajdował się okręg zwany Panefisis. Była to niegdyś niezwykle żyzna okolica, leżąca tuż nad Morzem Śródziemnym i zdolna ponoć wyżywić cały dwór królewski; w IV wieku jednakże, po trzęsieniu ziemi i zalaniu dużej części okręgu przez morze, było tam już niewiele terenów uprawnych, a głównie słone bagna. Gdzie nie mogli mieszkać zwykli ludzie, tam osiadali asceci; wykorzystując pozostałe na wzgórzach ruiny dawnych wiosek, mieszkali tam jak na wyspach. Zresztą wszystkie wielkie ośrodki monastyczne Egiptu trudno by nawet wymienić, co dopiero opisać szczegółowo.

Osiedle pustelników zaczynało się od pojedynczej chatki pierwszego mnicha, który tam zamieszkał. Architektura tych chat, z początku bardzo prosta, rozwinęła się wkrótce w sposób ciekawy i bardzo praktyczny. Stawiano je albo z kamienia, jeżeli był dookoła, albo z cegieł ze sprasowanego piasku, kopanego na dość znacznej głębokości. Taki piasek ma konsystencję miękkiego piaskowca i utrzymuje tę konsystencję dopóki nie wyschnie; po obrzuceniu tynkiem cegły te nie wysychały nawet w egipskim upale, a więc nie rozsypywały się. Do dziś można w wykopaliskach oglądać stawiane z nich mury, a przynajmniej fundamenty. Cele egipskie nie miały pięter, ale miały wiele pomieszczeń: oratorium, sypialnię mistrza, w miarę potrzeby sypialnie uczniów, mur dookoła podwórka i ogródka… Materiału budowlanego było w bród. Największym problemem był dach, bo trzeba było zdobyć gałęzie, które następnie przykrywano liśćmi palmowymi; nieco później zaczęto z tej samej cegły piaskowej wznosić sklepienia. Osiadano w takim miejscu, by móc z większym lub mniejszym wysiłkiem, zależnie od założonej sobie ascezy, dotrzeć do wody, toteż chatki mnichów nie mogły być rozsypane równomiernie po pustyni, ale musiały stać w skupiskach wokół oaz lub bagien. Im dłużej istniała osada, tym więcej liczyła cel, a tym samym i gęściej były pobudowane. Nie było co do tego ustalonych zasad. Do najbliższego sąsiada mogło być czasem kilkanaście kroków, czasem kilka mil. Tak czy inaczej, sąsiedzi znali się, zasięgali wzajemnie u siebie rady i pomocy. Na Eucharystię z początku chodzono do najbliższego kościoła w wiosce, oczywiście tylko w niedzielę; później zaczęto stawiać kościoły w samych osiedlach mniszych, i tam pustelnicy gromadzili się w sobotę wieczorem na wspólną modlitwę nocną i poranną Eucharystię. Kapłan tego kościoła, wyświęcony spomiędzy pustelników, miał wśród nich autorytet, ale nie był przełożonym w dzisiejszym sensie tego słowa. Zwykle pustelnik zaczynał jako uczeń któregoś ze starszych mnichów, a po pewnym czasie osiadał osobno jako mnich samodzielny.

Tryb życia był mniej więcej taki sam, jak poprzednio u ascetów mieszkających w pobliżu wsi. Obowiązywała praca ręczna na własne utrzymanie, ale także nieustanna modlitwa, skoro przecież po to się przyszło na pustynię, by taka modlitwa stała się możliwa. Osiągano ją przez łączenie modlitwy z pracą. Poza godzinami psalmodii i czytania mnich pracował przez cały dzień, powtarzając jednocześnie jakiś wybrany werset lub krótką modlitwę. (Tu właśnie mamy początek tego, co dzisiaj Kościół wschodni nazywa Modlitwą Jezusa, a lepiej: Modlitwą Imienia Jezusa.) Noc przeznaczano na krótki spoczynek i modlitewne czuwanie. Wolno było w potrzebie, na przykład dla zasięgnięcia rady lub pouczenia, odwiedzać starców lub współbraci w sąsiedztwie, a wobec odwiedzających obowiązywała gościnność, zwłaszcza jeżeli można się było domyślić, że przychodzą z potrzeby, a nie z ciekawości tylko. Miarę posiłku ustalano indywidualnie, ale złotą zasadą, mającą uniknąć skrajności, było: posiłek codziennie (oczywiście jeden tylko), ale nie do sytości. Niektórym, jadającym tylko co kilka dni, to już wydawało się dużo… Produkty pracy, a więc najczęściej kosze i liny, pustelnik z początku sam nosił na najbliższy targ, albo jeśli był już na taką drogę za stary, posyłał z nimi ucznia. Podobnie sprowadzano materiał do tej pracy, liście palmowe, które moczono i darto na włókna. Potem zaczęto organizować transporty wspólne, a wielbłądnicy egipscy przyjeżdżali po nie do osad mniszych. W porze żniw tysiące mnichów wynajmowały się do pracy żniwnej, za którą im płacono zbożem.

Pół wieku po odejściu Antoniego na pustynię i po wywołaniu przez niego lawiny powołań monastycznych, miało miejsce drugie wydarzenie o równie ważnych dla dalszej historii skutkach. Był w Egipcie asceta urodzony około 290 roku imieniem Pachomiusz. Przyjął on chrzest w dorosłym już wieku, zachwycony dobrocią, którą mu okazali chrześcijanie, kiedy był rekrutem, przymusowo wcielonym do wojska podczas wojny domowej. Jego własna wieś była jeszcze pogańska, Pachomiusz nigdy dotąd nie widział chrześcijan i bardzo się zdziwił, że jacyś ubodzy ludzie z okolicy, całkiem obcy, przychodzą wieczorami, by zmęczonym i głodnym chłopakom umyć obolałe nogi i dodać choć parę kęsów do ich marnych racji żywnościowych. Nie zrażali się, kiedy oficerowie ich odpędzali, przychodzili znowu, spokojni i pełni jakiejś wewnętrznej radości. Zwłaszcza ta radość była tak pociągająca, że Pachomiusz postanowił zostać chrześcijaninem: równie radosnym i uczynnym jak tamci.

Po roku wojna się skończyła i rekrutów zwolniono. Oddział Pachomiusza znajdował się wtedy w Środkowym Egipcie. Widocznie chrześcijan było tam już wtedy więcej, bo Pachomiusz, płynąc z biegiem rzeki, trafił rychło na zamieszkaną przez nich wioskę. Przyjął chrzest i wkrótce potem został uczniem lokalnego ascety imieniem Palamon. Ten Palamon uprawiał ascezę równie surową jak pustelnicy i takiej ascezy – postów, czuwania, ciężkiej pracy, chętnego znoszenia tak zimna, jak i upału – nauczył oczywiście Pachomiusza, dla którego była ona (pomimo nieuchronnych problemów) jednym więcej wyrazem radości. Niemniej już od samego początku w młodym uczniu tkwiło i rosło przekonanie, że ma obowiązek dzielić się tą radością z innymi. Obok fascynacji Bogiem działała tu także szczególnie wielka fascynacja Bożym przykazaniem miłości. Nie od razu zrozumiał to dobrze. Ciekawa jest jego kłótnia z aniołem, który mu powiedział: „Służ ludziom” – a jego to oburzyło, gdyż „służba ludziom” kojarzyła mu się ze służbą wojskową, a on przecież Bogu chciał służyć, nie zaś cesarzowi! Ale wbrew jego protestom anioł powtórzył trzykrotnie, że to właśnie Bóg chce, by Pachomiusz służył ludziom, którzy dzięki temu będą Go mogli poznać. Około roku 320 Pachomiusz wiedział już w ogólnym zarysie, co powinien dalej robić.

Normalną rzeczą byłoby mieszkać nadal na uboczu za wioską, lub może nawet gdzieś w głębi pustyni, jak to już zaczynało robić wielu; i gdyby zgłosił się jakiś uczeń lub uczniowie, udzielać rad i formacji. Ale on wiedział już, że otrzymał inne zadanie; on nie mógł z dzieleniem się swoją radością czekać na kogoś, kto by się zjawił (albo nie). Wrócił w rodzinne strony, do Górnego Egiptu, i razem z bratem osiadł w opustoszałej wiosce Tabennisi. Później (około roku 340) przyjdzie tam także ich siostra, by dać początek wspólnocie żeńskiej. Chrześcijaństwo dotarło tymczasem w te strony i Pachomiusz miał zadanie ułatwione: wystarczyło rozgłosić, że zbiera uczniów, młodych chrześcijan pragnących służyć Bogu – a zaczęło się ich gromadzić tak wielu, że wkrótce pojawiły się problemy organizacyjne. Trzeba podkreślić: Pachomiuszowi nie zależało na liczbie dla liczby. Potrafił odprawić trzydziestu uczniów naraz – cały swój pierwszy „nowicjat” – ponieważ stwierdził, że nie chcą prowadzić życia wspólnego według jego idei, a skłaniają się raczej ku pustynnemu indywidualizmowi. W dalszej przyszłości usunie kiedyś z wizytowanej wspólnoty około stu mnichów naraz, doszedłszy do przekonania, że celibat jest dla nich zbyt trudny i że przyjęto ich przez pomyłkę. Same te liczby świadczą że było spośród kogo usuwać: gdzie napływają tysiące, tam nieuchronnie odchodzą setki.

Od pierwszej chwili, świadomie, zgodnie z rozpoznanym i przyjętym powołaniem, Pachomiusz starał się prowadzić do Boga możliwie dużą liczbę ludzi, czyniąc ich uczestnikami swojej radosnej służby. Od samego więc początku i z samego założenia musiał przyjąć życie wspólne, nie samotne, i wszystkie konsekwencje życia wspólnego: duże złagodzenie ascezy fizycznej, gdyż nie można wymagać od mas tego samego, czego wymaga się od najsilniejszych jednostek, ale za to bardzo wysokie wymagania co do braterskiej miłości we wspólnocie, gdzie wszyscy stale przebywają razem, modlą się razem i pracują razem. Nadto, cokolwiek by sobie o tym myśleli niepiśmienni w większości pustelnicy, Pachomiusz swoim uczniom narzucił obowiązkową alfabetyzację: „Należy ich uczyć czytać, choćby nie chcieli”. A nie, to idź gdzie indziej. Tu nie wystarczy znać psalmy na pamięć, chociaż i to potrzebne. On też pierwszy wprowadził zdecydowanie całkowitą wspólnotę dóbr: odtąd ideał chrześcijańskiego ubóstwa, przez pustelników rozumiany jako poprzestawanie na małym, na minimum najkonieczniejszego posiadania, przez mnichów żyjących wspólnie czyli cenobitów miał być rozumiany jako wspólne posiadanie dóbr i zależność od przełożonego w ich użytkowaniu.

Mimo wielkich i stanowczych wymagań napływ uczniów był tak duży, iż wkrótce trzeba było wprowadzić wielostopniową organizację. Podstawą tej organizacji był dom, liczący od dwudziestu do czterdziestu mnichów; kilka domów tworzyło ród, a od czterech do dziesięciu rodów tworzyło wioską. Wiosek zaś było coraz więcej, tym bardziej, że analogiczne grupy mnisze, powstające jednocześnie w okolicy, prosiły często, by Pachomiusz rozciągnął nad nimi swe zwierzchnictwo. Każdy dom był jak twierdza: otoczony wysokim murem dla ochrony przed najazdami Beduinów, posiadał wewnątrz wszelkie pomieszczenia potrzebne do modlitwy, życia i pracy, w tym oczywiście bibliotekę i scriptorium, najróżniejsze warsztaty rzemieślnicze, magazyny… Każda wioska podlegała własnemu opatowi i częściowo wspólnej organizacji pracy; a sam założyciel był jak opat generalny: wizytował je wszystkie i dwa razy do roku zwoływał kapitułę generalną. (Taką organizację monastycyzm zachodni wynajdzie od nowa dopiero w średniowieczu.) Pod koniec życia Pachomiusza wiosek było jedenaście, w tym dwie żeńskie; w niektórych były osobne domy dla braci mówiących po grecku, po syryjsku, po etiopsku itd., ale przeważali oczywiście rodowici Egipcjanie, czyli Koptowie. Liczebność wioski sięgała od kilkuset do tysiąca kilkuset osób… Bardzo wcześnie zaszła potrzeba skodyfikowania praw dla tego tłumu, i tak powstała pierwsza w chrześcijaństwie reguła zakonna.

Odtąd więc, czyli prawie od samego początku, życie monastyczne rozwija się na dwóch równoległych drogach: pustelniczej i wspólnotowej. W obu też tych formach wychodzi szybko z Egiptu i rozszerza się w pierwszym rzędzie na Palestynę. Na półwyspie Synaj powstają słynne ośrodki monastyczne; jeden z nich, klasztor pod wezwaniem św. Katarzyny, istnieje do dzisiaj. W Palestynie zwłaszcza pustynia judzka i okolice miasta Gazy stają się terenami monastycznymi. Potem ruch monastyczny przechodzi dalej na wschód, niesiony przez pielgrzymów wracających z Jerozolimy i przez wędrownych mnichów, którzy szukali sobie stosownych siedzib na pustyniach syryjskich. Ludzie miejscowi przyjmowali ten ideał – oczywiście w jakimś stopniu na swój sposób, toteż w Syrii przeważać będzie życie pustelnicze, w Palestynie wspólne. Mnisi syryjscy gotowi byli zawsze do wyczynowej ascezy, lubili wymyślać jakieś niesłychane umartwienia, ale mniej bywali gotowi do przyjmowania rad albo tym bardziej do posłuszeństwa. Natomiast główne tradycje monastycyzmu egipskiego, czy to pustelników, czy cenobitów, kładły nacisk przede wszystkim na wyrabianie cnót ewangelicznych, ascezę zaś traktowały jako narzędzie.

Mówiliśmy już, że w pierwotnym Kościele dziewictwo, zachowywane oficjalnie, było szczególnie sprawą kobiet. Ruch pustelniczy był natomiast niemal wyłącznie męski. Bardzo mało kobiet mogło zaryzykować życie na pustyni, chociaż zdarzały się i takie wypadki. Natomiast ruch cenobityczny objął także kobiety, które zresztą i poprzednio, mieszkając po miastach, łączyły się w grupy i tworzyły wspólnoty. Dwa wielkie żeńskie klasztory pachomiańskie niewątpliwie zachowywały regułę św. Pachomiusza, poza tym jednak reguł zakonnych jeszcze wtedy nie było, obowiązki stanu dziewiczego były ogólnie znane i spełniano je zgodnie z lokalnymi tradycjami i naukami lokalnych mistrzów. O tym wczesnym cenobityzmie żeńskim wiadomo bardzo mało, gdyż informacje są tylko wyrywkowe i przypadkowe, zapisane przy okazji opowieści o różnych sławnych pustelnikach. Niemniej już sama liczba tych wzmianek pozwala się domyślać, że ruch monastyczny kobiet, realizujący się głównie we wspólnotach, był zjawiskiem równie masowym, jak monastycyzm męski. Niektóre z tych wspólnot były zespołami dawnych dziewic, zachowanymi od początku danego Kościoła lokalnego. Inne powstawały, gdy jakaś bogata patrycjuszka, zwykle wdowa, postanawiała zostać mniszką i gromadziła przy sobie dziewczęta i wdowy, pragnące takiego samego życia, spośród swoich znajomych i swojej służby, tak że odtąd jej dom stawał się klasztorem, a jej majątek dostarczał wspólnocie utrzymania; nazywamy to klasztorem domowym. Jeszcze inne powstawały niejako składkowo, gdy gromadziła się grupa dziewic, wdów lub pokutnic, pragnących korzystać z nauk jakiegoś słynnego lokalnego autorytetu duchowego. Nie były to koniecznie instytucje trwałe: nieraz, gdy taka grupa założycielska wymarła, znikał i klasztor, ale tymczasem już w pobliżu zdążyły powstać trzy inne. Grupy monastyczne nie uważały się za trwałe instytucje, ani też fakt, że się należało do jednej z nich, nie przesądzał o przynależności na całe życie. Mnich ówczesny zawsze mógł odejść, czy to do innego mistrza, czy też na samotność, gdzie często z kolei wokół niego zbierała się grupka uczniów i powstawała nowa wspólnota. Prawda, że im bardziej taka wspólnota urosła, tym bardziej jej siedziba stawała się kompleksem budynków o wyraźnym przeznaczeniu monastycznym: kościół, domki mnichów, dom gościnny, dom chorych… Ale i to nie nadawało koniecznie trwałości, ani zwłaszcza nie zobowiązywało nikogo do stałości miejsca. Przyjmowało się stan monastyczny, nie zaś przynależność do konkretnej wspólnoty. Oczywiście mistrzowie życia wewnętrznego uczyli już wtedy, że zmiana miejsca nie może być częsta ani łatwa, gdyż to powodowałoby duchową destabilizację, a mówiąc całkiem po prostu, zrobiłoby z mnicha kogoś kapryśnego, kto własnego wysiłku się lęka i szuka sobie „idealnego” miejsca, stawiając wymagania raczej otoczeniu niż sobie. Ale trwania w tej samej wspólnocie aż do śmierci nikt jeszcze wtedy nie uważał za obowiązek.


Małgorzata Borkowska OSB Białe i bure. Historia życia monastycznego w dużym skrócie Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).