Brak przebaczenia ma swoje źródło w głębokiej wewnętrznej pretensji, żalu, że nie dzieje się tak, jak „powinno”, jak tego oczekuję, że nie otrzymuję tego, co „powinienem” otrzymać, że cierpię, a życie przecież powinno być radością. Pretensja do konkretnych osób, jaka się rodzi w sercu, w istocie jest przejawem fundamentalnego żalu do samego życia, a właściwie do Boga, który to życie nam dał. Zazwyczaj nie dochodzimy świadomie do tej zasadniczej pretensji, zamykając się w konkretnym zranieniu przez kogoś. Odsłonięcie fundamentalnej pretensji budzi bowiem przerażenie, wstrząsa samymi podstawami naszej egzystencji. Zamknięcie się w konkretnej urazie jest łatwiejsze, a nawet jest dla nas wygodne, bo stwarza nam wewnętrzne usprawiedliwienie: oto jesteśmy pokrzywdzeni, jesteśmy „cier­pią­cymi sprawiedliwymi”, jest to zatem ro­dzaj ucieczki od prawdy.

Problem przebaczenia paradoksalnie wiąże się z koniecznością odkrycia w sobie i wypowiedzenia wszystkich złych myśli i uczuć, jakie w sobie nosimy. Zwykle spychamy je w nie­świadomość, staramy się je stłumić, zaprzeczyć im, bo odsłaniają w nas mroki naszego serca. Walka z rodzącymi się pretensjami na zasadzie spychania ich w nieświadomość, pociąga za sobą jednocześnie wybór siebie jako tego, który „jest porządny, nieskalany takim brudem”. Tym samym jednak jest to wybór „ja” idealnego – wyobrażenia o sobie i próba utrzymywania życia na tej iluzyjnej płaszczyźnie. W tym punkcie dotykamy chyba jednego z naj­trudniejszych wewnętrznych problemów, przed jakim każdy z nas stoi: swojej autentyczności. Żeby przebaczyć prawdziwie i osta­tecznie, przebaczyć z serca (por. Mt 18,35), trzeba, co stanowi przedziwny paradoks, dopuścić do swojej świadomości osobiste pretensje i żal, czyli cały egzystencjalny ból zranienia w jego pełnym wymiarze i stanąć w nim wobec prawdy. To stanowi zasadniczą treść Księgi Hioba, wspaniałego poematu o spo­rze człowieka z Bogiem.

Po epoce prorockiej, kiedy powstawał ten poemat, dla Żydów Bóg był jednoznacznie dobry, a nawet był źródłem wszelkiego dobra. Takiego Boga głoszą psalmy. Powtarza się w nich jak refren werset: Wysławiajcie Pana, bo dobry, bo łaska Jego na wieki (Ps 118,29). Jego dobroć głoszą prorocy nawet w najtrudniejszych dla narodu chwilach, jak np. Jeremiasz: Wychwalajmy Pana Zastępów, bo dobry jest Pan, bo łaska Jego na wieki (Jr 33,11). O Jego dobroci mówią nawet Lamentacje napisane po upadku Jerozolimy: Dobry jest Pan dla ufnych, dla duszy, która Go szuka (Lm 3,25). Jego dobroć dla wyznawców jest niezawodna: Dobry jest Pan, On obroną w dniu niedoli; zna tych, którzy Mu ufają (Na 1,7). Ten obraz niepodważalnej dobroci Boga zostaje w poemacie o cierpiącym słudze Bożym Hiobie skonfrontowany z jego prawdziwym nieszczęściem i cierpieniem.

Dopiero cierpienie i głębokie przeżycie za­wodu z powodu braku realizacji naszego pragnienia, załamanie się oczekiwań w wymia­rze ostatecznym, pozwala poruszyć najgłębsze pokłady naszej duszy. W sporze ze swymi przyjaciółmi Hiob przemawia z zupełnie innej płaszczyzny egzystencjalnej. Przyjaciele, obrońcy Boga, uznając za całą tradycją religijną niepodważalność dobroci Boga, wnioskują, że nie czyni On człowiekowi niczego złego bez przyczyny, zatem Hiob musi poszukać w sobie winy, wyznać ją Bogu i prosić o darowanie jej, a wówczas otrzyma od Niego ponownie błogosławieństwo. To rozumowanie jest logiczne, ale nie wychodzi z e­gzy­stencjalnego doświadczenia, lecz z przy­ję­tych założeń i będąc nawet formalnie słuszne, nie dotyka żywej prawdy. Bowiem takie poznanie wynikające z rozumowania pozostaje zewnę­trzne, nie przenika serca.

Pretensje i żale każdy z nas w sobie nosi. Jedni obnoszą się z nimi, budując na nich swoją „sprawiedliwość”, inni, często ci „szla­chet­niejsi”, tłumią je w sobie, starając się za wszelką cenę być dobrymi dla wszystkich, wszystko pozytywnie przyjmować, a o Bogu niewzruszenie myśleć pozytywnie. W zakresie samej doktryny czy moralności jest to słuszne postępowanie, ale jeżeli naprawdę chodzi o o­so­bowe spotkanie, wtedy to nie wystarczy.

Podobnie w małżeństwie (w Biblii często jest ono obrazem więzi Boga z człowiekiem) nie wystarczy uparte założenie, że współmałżonek jest dobry i pragnie dla nas dobra. Niewątpliwie takie założenie pomaga w utrzy­mywaniu właściwej relacji, ale nie wystarczy. Trzeba niejako „dotknąć serca”, poznać i roz­wiązać wszelkie problemy i konflikty nie tylko moralne, ale także emocjonalne i duchowe. Tylko wtedy może nastąpić autentyczna, żywa więź. W relacji do Boga też nie chodzi jedynie o moralną uczciwość, ale o pełne zjed­noczenie w sercu. Dlatego tłumione w ser­cu żale i pretensje powinny zostać z Nim skonfrontowane.

W relacji: pan – sługa czy bardziej dzisiaj zrozumiałej: szef – podwładny, wystarczy uczciwość moralna, rzetelność w wykonywaniu swoich obowiązków ze strony pracownika, a ze strony szefa sprawiedliwe potraktowanie. W takiej tonacji opisuje relację do Boga przyjaciel Hioba, Bildad:

Jeśli do Boga się zwrócisz,
i błagać będziesz Wszechmocnego,
jeśliś jest czysty, niewinny,
to On zaraz czuwać będzie nad tobą,
uczciwy twój dom odbuduje.
I choć był skromny u ciebie początek,
to koniec będzie wspaniały (8,5–7).

Jeżeli rzeczywiście taki jest model relacji Boga do człowieka, to ze względu na fakt, że Bóg jest Stwórcą i absolutnym władcą, nie mo­że być mowy o jakiejkolwiek pretensji ze strony człowieka, nigdy nie będzie on miał racji.

Spotkanie z Bogiem wyłącznie na płaszczyźnie: Bóg (Stwórca, Pan, Władca) – człowiek (stwo­rze­nie, sługa, niewolnik) skłania, a właściwe zmusza człowieka do postawy uległości i czci bez jednoczesnego dotknięcia całej prawdy swego serca. Wówczas człowiek może przeżywać swoją relację jedynie w kategoriach spełniania stawianych mu wymagań, z jednoczesnym poczuciem swojej naturalnej słabości i bra­ku jakichkolwiek szans wygrania w konfrontacji z Bogiem-Stwórcą. Taka konfrontacja z góry jest przegrana:

Ja wiem, że tak jest.
Jak człowiek może być przed Bogiem prawy?
Gdyby się ktoś z Nim prawował,
nie odpowie raz jeden na tysiąc.
Umysłem mądry, a potężny mocą.
Któż Mu się sprzeciwi, a ocaleje?
Przesunie On góry, choć one nie wiedzą,
kto je wywraca w swym gniewie.
On ziemię porusza w posadach,
tai iż się trzęsą jej filary.
Słońcu daj rozkaz, a ono nie wschodzi,
na gwiazdy pieczęć nakłada.
On sam rozciąga niebiosa,
kroczy po morskich głębinach;
On stworzył Niedźwiedzicę, Oriona,
Plejady i Strefy Południa.
On czyni cuda niezbadane,
nikt nie zliczy Jego dziwów.
Oto przechodzi, ale Go nie widzę,
mija, ale Go nie dostrzegam.
Porywa – któż Mu zabroni?
Kto Mu powie: Co czynisz?
Bóg gniewu swego nie cofa,
ugięli się przed Nim pomocnicy Rahaba.
Jakże ja zdołam z Nim mówić?
Jakich dobiorę słów wobec Niego?
Choć słuszność mam,
nie odpowiem,
a przecież błagać będę o litość
.

Jeśli zawołam, czy mi odpowie?
Nie mam pewności, że czy głos mój słyszy.
On, który w burzy na mnie naciera,
bez przyczyny mnoży moje rany.
Nawet odetchnąć mi nie da,
tak mnie napełni goryczą.
O siłę chodzi? To mocarz.
O sąd? To kto mnie pozwie?
Choć jestem prawy, usta mnie potępią,
chociaż bez skazy, winnym mnie uznają.
Czy jestem bez skazy? Nie znam sam siebie,
odrzucam swe życie
(Hi 9,2–21).

Jeżeli relację do Boga odczuwa się w kategoriach siły i sądu, wówczas zrozumiałe stają się dalsze słowa Hioba:

Na jedno wychodzi, więc rzekłem:
Prawego z występnym On zniszczy.
Gdy nagła plaga zabija,
z klęski niewinnych On szydzi.
Ziemia wydana w ręce grzesznika,
jej sędziom zakrywa On oblicza.
Jeśli nie On – to kto właściwie? (Hi 9,22–24).

Ten tekst przypomina w swojej tonacji Księ­gę Koheleta, smutnego mędrca Starego Testamentu, który właściwie nie widzi jakiejś istotnej nadziei: marność nad marnościami – wszystko jest marnością (Koh 1,2). Wszelki wysiłek człowieka wydaje się daremny, gdyż i tak wszystko rozpada się i nic trwałego nie pozostaje. Człowiek w istocie pozostaje samotny, stojąc przed Bogiem, który nie odpowiada na ludzkie wołanie i jawi mu się jako całkowicie obojętny. Łatwo wówczas uciec w samousprawiedliwienie, w dramat swojej bezsilności:

Jeśli jestem grzesznikiem,
po cóż na próżno się trudzę?
Choćbym się w śniegu wykąpał,
a ługiem umył swe ręce;
umieścisz mnie tam, na dole.
Brzydzić się będą mną szaty (Hi 9,29–31).

Usprawiedliwianie siebie przez słabość jest bardzo charakterystyczną i często spotykaną ucieczką w relacjach między ludźmi. W odniesieniu do Boga jest to łatwiejsze

bo On nie człowiek, by Mu odpowiedzieć:
Razem się udajmy do sądu!
Czy jest między nami rozjemca,
co rękę położy na obu?
Niech zdejmie ze mnie swą rózgę
i strachem mnie nie napełnia,
bym mówić zdołał bez lęku.
Skoro tak nie jest, zostaję sam z sobą
(Hi 9,32–35).

Wydaje się, że w jakimś subiektywnym po­czuciu „sprawiedliwości” człowiek ulega brutalnej sile, w konfrontacji z Absolutem zawsze musi przegrać, choć słuszność ma (zob. Hi 9,15). Otóż to poczucie „słuszności” wobec potęgi Boga stanowi podstawę fundamentalnego zamknięcia się na spotkanie z Nim i głęboko skrytej w nas „słusznej pretensji do Niego” (por. Jon 4,9). Bez skonfrontowania się z tą pretensją i jej podstawą, zawsze, nawet przy największej uległości, nasza relacja do Pana Boga będzie zewnętrzna, nie zajdzie prawdziwe spotkanie osobowe, które może doprowadzić do komunii osób.


Włodzimierz Zatorski OSB Przebaczenie Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).