I znów Kościół święty zaczyna nowy rok, tak zwany rok kościelny. Obok roku kościelnego jest też rok świecki. Należy się jednak strzec, by nie stawiać ich tak po prostu obok sie­bie. W gruncie rzeczy pochodzą one z dwóch zupełnie różnych światów. Z zewnątrz – oczywiście – są do siebie podobne. Oba obejmują krąg 365 dni, a więc jeden cykl słoneczny lub też – mówiąc z astronomiczną dokładnością – jeden obieg ziemi dokoła słońca. Jednak ujawnia się tu pewna różnica. Rok świecki zaczyna się wraz z nowym wznoszeniem się słońca. Dzień 25 grudnia jest natalis solis invicti – narodzinami niezwyciężonego boga Słońca. Tuż wcześniej słońce osiąga swój najniższy punkt, a teraz znów triumfalnie pnie się wzwyż: „wschodzi światło”. We wczesnej starożytności ludzie woleli zaczynać rok z nastaniem wiosny. Żydzi jako pierwszy obchodzili wiosenny miesiąc nisan. Grecy mieli swój anthesterion (miesiąc kwiatów); Rzymianie początek roku świętowali 1 marca. W ten sposób rok łączy się ze Słońcem, z kosmicznym życiem natury. Rok świecki jest kosmiczny; jego nawrót odzwierciedla budzące się wciąż na nowo siły przyrody.

Również w roku kościelnym znajdujemy nawiązanie do biegu natury. Już samo to, że zaczyna się on około 1 grudnia, wyraża przygotowanie do natalis Domini – narodzin Syna Bożego i do Jego objawienia się – epifanii. Zarówno 25 grudnia, jak i 6 stycznia są datami solarnymi. Jednakże daty te Kościół ujmuje nie w sensie kosmicznym czy astronomicznym; mają one sens duchowy, to znaczy są symbolami wyższego, Boskiego świata, Bożego kosmosu, który wznosi się ponad wszelkim czasem i króluje w nieruchomym eonie. Toteż rok kościelny nie musi aż tak ściśle trzymać się dat astronomicznych, lecz może się zaczynać od czasu przygotowania, adwentu. Właściwym początkiem jest Epifania Pana. Poza tym rok kościelny ma swój drugi początek – na wiosnę. Starsza od Epifanii jest Pascha. Ta zaś należy do wiosny, do „pierwszego” miesiąca roku, do czasu wiosennego zrównania dnia z nocą. Według najdawniejszych wyobrażeń chrześcijańskich świat został stworzony w wiosennej krasie. Niektórzy wyznaczali ów dzień stworzenia na 25 marca, a ten sam dzień uważano też za dzień zbawienia przez wcielenie, jak również przez mękę i zmartwychwstanie Pana. W tym dniu, przypadającym albo w pierwszą wiosenną pełnię księżyca, albo wkrótce po niej, zaczęło się nie tylko stworzenie, ale również nowe stworzenie. W tym dniu zaczynał się zarówno rok kosmiczny, jak i rok zbawienia, a także rok misteriów. Również od tego dnia prowadzono rachubę czasu: 2 dni, 6 dni, 40 dni, wreszcie septuagesima – siedemdziesiątnica. Ale wszystko to było jedynie przygotowaniem. Wszystko było ujmowane w związku ze świętym przebudzeniem wielkanocnym, od którego zaczynał się nowy eon – przyniesione przez Chrystusa życie wieczne. Już tutaj widzimy, jak naturalny rok ze swym życiem przyrody stał się symbolem wyższego, Boskiego roku. Chrystus jest nowym rokiem. Jego zbawcze dzieło jest treścią roku misteriów. W roku tym nie chodzi o rozwój w czasie, lecz o Boże czyny i sprawy. Bóg jednak jest wiecznością. Rok kościelny jest więc symbolem rzeczy nie doczesnych, lecz wiecznych. Co jednak może być doczesnym symbolem wieczności? Otóż również natura ma pewnego rodzaju własną wieczność, gdyż ustawicznie powraca w tej samej postaci. Koło stawania się zatacza pełny krąg i kolejny raz powtarza swą drogę. Lecz w tym też tkwią zarazem jego więzy. Naturalny człowiek w żaden sposób nie może wyrwać się z tego wiecznego kołowrotu. Nawet gdy umiera, jego naturalna istota wraca z powrotem do obiegu koła – może po to, by znów się w nim narodził? Tak czy owak, starożytni mówili o kręgu przeznaczenia, do którego człowiek jest przykuty niczym przestępca przywiązany do koła tortur, łamiącego mu kości. Jedyne wyjście z te­go przymusu może dać tylko Ten, który mieszka poza tym kołem, w nieruchomym, przewyższającym wszystko Środku: Bóg. On wyprowadza nas poza czas i wprowadza w wieczność: wyprowadza mnie na miejsce przestronne; ocala, bo mnie miłuje (Ps 18[17],20).

Jeszcze straszliwsza od starożytnej koncepcji czasu toczącego się w kółko jest nowsza, upowszechniająca się zwłaszcza od późnego średniowiecza koncepcja czasu jako biegnącego wciąż naprzód, bez regresów, obejść ani powrotów. Koncepcja ta odbiła się też na pojęciu czasu i roku w umysłach ludzi żyjących we współczesnej cywilizacji. Człowiek ery przemysłowej pojmuje czas jako linię prostą, wiecznie biegnącą naprzód i pociętą jedynie na odcinki wyznaczone kolejnymi obchodami Nowego Roku. Świat wita każdy z tych odcinków czasu tak, jakby miał on przynieść zupełnie nowe rzeczy. Takie wyobrażenie często łączy się z ideą postępu. Linia biegnie nie tylko naprzód, ale i wzwyż. W tym wznoszeniu się w górę to, co stare, zostaje obalone, natomiast na światło dzienne stale wychodzi coś nowego, aż w końcu ukaże się nadczłowiek z całą aparaturą doskonałej techniki. Czasy najnowsze najdobitniej pokazały, że tego wiecznego postępu jakoś nie widać, że raczej droga schodzi w dół. Dziwnym sposobem, począwszy od Nietzschego, obok nowożytnej, linearnej koncepcji czasu pojawia się koncepcja czasu jako wiecznego powrotu tego samego – myśl beznadziejna! Wystarczy tylko wyobrazić sobie, że wszystkie ludzkie głupstwa i zbrodnie zostaną popełnione raz jeszcze! Niemniej jednak takie idee świadczą o tym, że nowożytna, „naukowa” koncepcja czasu nie panuje już niepodzielnie.

W rzeczywistości starożytność miała zupełnie inną koncepcję czasu. Starodawna mądrość przedstawiała czas pod postacią węża, który gryzie własny ogon, to znaczy który wraca do samego siebie. Czas był więc dla tych ludzi nie linią prostą, lecz okręgiem, cyklem. Ale jak czas może wrócić do samego siebie? W przestrzeni mogę raz jeszcze przemierzyć tę samą drogę. Ale w czasie nie mogę powtórnie przejść tego samego szlaku. Czy jest to możliwe u Boga? Czyż może [Człowiek] powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się? – pyta Nikodem (J 3,4). Jezus mu odpowiada: Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha (J 3,7n). Nikodem znów pyta: Jakżeż to się może stać? Na co Jezus:

Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich? I nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego (J 3,10nn).

Dla Boga są więc możliwe rzeczy, które nam się wydają niemożliwe. Widzimy jednak na powyższym przykładzie, iż nie chodzi o to, by coś powtórzyło się jako materialnie całkowicie to samo. Fakt narodzin cielesnych nie jest wart tego, żeby się powtórzył. Ale żeby to, co narodziło się z ciała, odrodziło się, na nowo narodziło się z Ducha – to już jest Boskim dziełem. Coś tutaj się powtarza, ale na wyższym poziomie. Rozwój przebiega po okręgu, ale nie jak wąż gryzący swój ogon, lecz jak linia, która wznosi się po spirali, która niczym śruba kręci się w górę. Nie powraca absolutnie to samo ani też nie pojawia się nic absolutnie nowego, lecz wieczna, Boska idea urzeczywistnia się w cyklicznych obrotach, które kręcą się wzwyż, w przeciwieństwie do nieruchomego środka, i które właśnie dlatego mają w sobie coś Boskiego, jako symbol, jako droga, aż ostatecznie wejdą w stan spoczynku, tak jak koniec śruby stale znajduje się w górze w tym samym punkcie, mimo że obroty śruby wznoszą się wzwyż w nieustannym ruchu, który stale powtarza ten sam obieg, lecz w którym każde okrążenie jest o jeden stopień wyższe od poprzedniego.

Oby te rozważania pomogły nam lepiej zrozumieć rok kościelny. Ów święty rok opiera się na innej koncepcji czasu niż ta, jaką my, ludzie, mamy. Rok kościelny nie jest linią, lecz okręgiem. W roku kościelnym nie ma nic nowego, tylko wciąż to samo. Już dziś znamy całą jego treść. Rok kościelny nie ma też ani początku, ani końca. Również dzień dzisiejszy właściwie nie jest początkiem. Dowodzą tego choćby obie Ewangelie z poprzedniej i dzisiejszej niedzieli, które mówią o tym samym. Jak powiedzieliśmy wcześniej, nie ma on również początku w tym samym sensie, co rok słoneczny, lecz ma jak gdyby dwa punkty wyjściowe: Epifanię i Paschę, które są zarazem punktami kulminacyjnymi. Mysterium Christi zawsze jest to samo i zawsze jest pełne. Objawia się ono w całej swej pełni, a nie w procesach stopniowego rozwoju. Rozwój jest rzeczą ludzką, pełnia jest rzeczą Boską. Już dziś, w pierwszą niedzielę roku kościelnego, czcimy w Eucharystii całe misterium zbawienia. Nie można również powiedzieć, że „krąg Epifanii” jest warunkiem „kręgu paschalnego”. Oba w gru­n­cie rzeczy obejmują to samo, rozważane jedynie na dwa różne sposoby. Równie dobrze można by więc zaczynać rok kościelny od Paschy i kończyć go Epifanią, która wówczas bardziej niż obecnie ukazywałaby się jako Paruzja.

Widać już stąd, że w świętowaniu roku kościelnego poszczególne kręgi nie gromadzą się jeden obok drugiego, lecz układają się jeden na drugim, wznoszą się spiralnie i pną się w górę jak śruba. Świętujemy to samo, a jednak nie to samo! Zawsze jest tu to, co stare, a jednak zawsze jest coś nowego, zawsze jest to nowe. Bo jest to wszak to, co wieczne, Boskie, a to, co Boskie jest wiecznie młode i no­we, gdyż jest wiecznym życiem. Ziemskie stawanie się umiera w tej samej chwili, w której się wydarza. Ziemskie stawanie się jest zestarzałe. Starożytni mówili o świecie, że jest „starzejący się” – senescens. Nawet zbawcza historia Starego Przymierza uległa temu starzeniu się, stała się Starym Przymierzem. To, co się przedawnia i starzeje, bliskie jest zniszczenia (Hbr 8,13). Bóg się nie przedawnia, gdyż jest pełnią życia, jest samym Życiem. Toteż gdy życie Boże objawiło się nam w Chrystusie, przyszedł wówczas Ten, który wiecznie przychodzi, zstąpił w tę doczesność Ten, który jest wiecznie nowy. Wraz z Jego zmartwychwstaniem zaczyna się nowy eon, eon wieczności. Owszem, w tym eonie Kościół musi jeszcze trudzić się, cierpieć, Chrystus musi jeszcze nieść krzyż. Ale w zmartwychwstałym Chrystusie, a przez to i w eonie Bożym jest już Duch – Pneuma. I dlatego obok roku świeckiego jest rok Pański, rok życia w eonie Chrystusa. Jest on symbolem, sakramentem życia wiecznego – dlatego krąży w koło. Jest symbolem drogi do wieczności – dlatego porusza się po liniach spiralnych w górę, ku Bogu. Porusza się – a to jest symbolem tego, że również w wiekuistym spoczynku Boga nie panuje sztywny bezruch, lecz wieczne, trójjedyne życie. Jak mówi Goethe:

Wszelkie dążenie, wszelka walka
W Bogu jest wiecznym spokojem.

W roku kościelnym najintensywniejsze życie, zmagania i walka w najcudowniejszy sposób łączą się z Boską kontemplacją i skupieniem. Dzięki temu rok kościelny oddaje sprawiedliwość naszej istocie. Będąc chrześcijanami, musimy pracować, zmagać się z przeciwnościami, nosić krzyż – ale zawsze z pewnością zwycięstwa. „Widzę już to, czego pragnęłam, i posiadam to, czego oczekiwałam” – mówi św. Agnieszka. Chrystus, nasza Głowa, zasiada już po prawicy Ojca. W Nim już odnieśliśmy zwycięstwo, w Nim już odpoczywamy. Lecz w tym eonie musi się jeszcze sprawdzić nasza część ziemska.

Dlatego też rok kościelny przedstawia nam życie i walkę, zwycięstwo nad śmiercią i wieczne życie naszego Kyriosa – uwielbionego Pana. Jest On nie tylko naszym wzorem, lecz również walczy w nas i w nas zwycięża. Jego misterium jest naszą drogą do Ojca. W ten sposób rok kościelny jest prawdziwą drogą zbawienia, cyklicznym krążeniem wokół Słońca, jakim jest Chrystus, śrubą, która unosi nas z tej ziemi coraz wyżej i zbliża nas do nieruchomego końca – do Boga Ojca.

Biada temu, kto nie pozwala się unosić, kto sądzi, że skoro wciąż jest tu tylko jedno i to samo, to spokojnie można oddać się gnuśności. Otóż nie – nowy początek roku kościelnego musi nas zastać na wyższej linii śruby! Inaczej pozostaniemy niżej, w świecie, będziemy unowocześniać się i zarazem wraz z tym światem się starzeć. „W górę serca” – woła do nas Pan. „Prosimy Cię, Panie, pobudź wolę swoich wiernych, aby gorliwiej korzystając z owoców służby Bożej, zasłużyli na obfitsze łaski Twojej ojcowskiej dobroci” (oracja z ostatniej niedzieli roku kościelnego). Opus divinum – zbawcze dzieło Boże – jest dla nas łaską; jednakże nie jest ono pozostawione do naszego uznania, lecz jest również zadaniem; nie cofa nas wstecz, lecz prowadzi ku wieczności. Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas niż wtedy, gdyśmy uwierzyli (Rz 13,11). Przybliżyło się do nas ostateczne zbawienie; wyjdźmy mu na spotkanie, nie senni i znużeni, lecz trzeźwi i gotowi. Wieczny wieniec zwycięstwa czeka na nas, jeśli świadomie i gorliwie będziemy nieść wieniec roku kościelnego.


Odo Casel OSB Misterium świąt chrześcijańskich Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).