Skarbem zakonników jest Chrystus, a jednym ze sposobów oświadczenia Mu swojej miłości jest odrzucanie innych skarbów.

W pierwszych wiekach doświadczeń monastycznych bywali więc i tacy mnisi, którzy próbowali żyć dosłownie bez niczego, jak zwierzęta: bez domu i bez odzieży, gdzieś oczywiście bardzo daleko nie tylko od siedzib ludzkich, ale i od zwykłych pustelni, opaleni i obrośnięci paśli się ziołami pośród stada dzikich bawołów, które widocznie oswoiły się już z ich obecnością. Takie ubóstwo niewątpliwie było pełne… ale można się obawiać, że środki wyrastały tu już nieco ponad cel. Nigdy też nie było zgodne z myślą Ewangelii ściągnięcie ludzi do poziomu zwierząt ani nie zakazano chrześcijanom używać tego wszystkiego, co dla dobra człowieka zostało stworzone, zakazano im tylko stawiać te rzeczy w hierarchii wartości przed Bogiem, gdyż to byłoby bałwochwalstwem. Wewnątrz Kościoła są oczywiście różne powołania, a nawet w życiu zakonnym różne reguły różnie ubóstwo pojmują, cel jednak zawsze jest jeden: oderwanie serca od rzeczy stworzonych, aby łatwiej mogło przylgnąć do Stworzyciela.

Pierwotnie więc ubóstwo pustelnicze polegało po prostu na życiu w dobrowolnej biedzie. Każdy zarabiał sam na siebie rękodziełem, a jeżeli zarobił więcej, niż potrzebował na opędzenie najkonieczniejszych potrzeb, miał obowiązek dać to na jałmużnę. Prześcigano się też w wyrzeczeniu: im kto doskonalszy, tym mniej rzeczy uważa za najkonieczniejsze! Ten model mniszego ubóstwa przetrwał do dziś na chrześcijańskim Wschodzie. Na Zachodzie jednak już w IV wieku triumfuje model inny, jeszcze dalej idący: do życia w niedostatku dodaje się życie w całkowitej materialnej zależności, zrzeczenie się prawa do rozporządzania czymkolwiek. Tak właśnie pojmuje ubóstwo zakonne św. Benedykt: ma ono polegać na tym, żeby mnisi niczego nie zdobywali dla siebie sami ani nie używali z własnej woli i na własną rękę. Byłoby to z ich strony „najniegodniejszym występkiem”. Opat jednakże ma obowiązek dać im wszystko, czego naprawdę potrzebują (i to uwzględniając potrzeby indywidualne!), właśnie po to, żeby nie mieli wymówki ani pokusy do czynienia aktów własności, proprietas, czyli do „proprietarstwa”, jak u nas w XVII wieku mówiono. Wynika z tego, i tak rzeczywiście rozumieli to benedyktyni, że klasztor może jako zbiorowość posiadać to, co mu do życia potrzebne, od budynków i ziemi aż po przedmioty codziennego użytku, byleby tylko mnisi używali tych rzeczy w ścisłej zależności od przełożonego.

Należało tu zwrócić uwagę na dwie rzeczy: na osobistą zależność, ale także, jak dawniej, i na to, żeby wszystko, co się posiada wspólnie, utrzymać w granicach rzeczywistej konieczności, zachowując faktyczne, a nie tylko legalne ubóstwo. W wielu średniowiecznych klasztorach mniszych właśnie o tym drugim celu zapominano, tak że nieraz legalnie ubodzy i niczego osobiście nie posiadający członkowie wspólnoty żyli faktycznie w wielkiej zamożności. Każda kolejna reforma (np. Cîteaux!) usiłowała temu zapobiec przez ukrócenie przeciwnych ubóstwu praktyk, przy zachowaniu jednak tej samej teorii. Ale w XIII wieku franciszkanie pokazali Europie nowy ideał ubóstwa, polegającego na nieposiadaniu niczego, nawet wspólnie. W praktyce jednak, ponieważ także i franciszkanie musieli gdzieś mieszkać, trzeba było i dla nich budować klasztory; tyle że były one własnością nie ich zakonu, ale Kościoła. Co w końcu na jedno wychodziło… toteż zwolennicy starego modelu ubóstwa teraz z kolei franciszkanom zarzucali fikcję prawną. W XIII i XIV wieku dyskusje na ten temat były w Europie namiętne: Czy Chrystus posiadał cokolwiek na własność? A jeżeli tak (albo nie), to jakie ma być ubóstwo Kościoła? A jakie zakonne? Zdaje się, że św. Tomasz z Akwinu próbował pogodzić skrajne stanowiska, głosząc, że zakonnicy są indywidualnie zobowiązani do całkowitego wyrzeczenia się prawa własności, wspólnota jednak może posiadać konieczne środki utrzymania, byleby poczuwała się do obowiązku udzielania z tego jałmużny uboższym od siebie: właśnie do obowiązku, nie zaś do możności tylko. W ciągu następnych stuleci te spory ścichły i przyzwyczajono się do istnienia w Kościele łacińskim kilku różnych sposobów pojmowania ubóstwa: benedyktyni nadal mieli włości, a franciszkanie (przynajmniej niektórych odłamów) nadal żywili się z kwesty, w czym jednym ani drugim nikt nie przeszkadzał dopóty, dopóki nie nazbierali za dużo. Wtedy bowiem jedni i drudzy mogli narazić się na zarzut Krasickiego:

I tak, cierpiąc przykładne z dóbr świata wyzucie,
Chudy, gdy był grzesznikiem – utył na pokucie.

To wszystko dotyczyło jednak przede wszystkim zakonów męskich. Jakkolwiek św. Klara wyjednała dla swego klasztoru „przywilej ubóstwa”, jednak nawet i jej reguła zezwala na posiadanie przez wspólnotę klasztoru i ogrodu; co zaś do utrzymania, było jasne, że panny Bogu poświęcone nie powinny włóczyć się po drogach, żebrząc. A w takim razie muszą jakieś środki do życia posiadać… „Wolno wam jako wspólnota przyjmować, mieć i swobodnie trzymać dochody i posiadłości” – pisze papież Urban IV w regule, którą nadał klaryskom w roku 1263. W XVI wieku z kolei św. Teresa chciała wrócić do ideału zbiorowego nieposiadania, musiała jednak, raz przynajmniej, ustąpić pod naciskiem okoliczności (głównie warunków ekonomicznych) oraz prawa. Skoro bowiem tak wielki nacisk położono właśnie wtedy na klauzurę, należało tym bardziej wymagać od fundatorów, by zakładając klasztory żeńskie, wyposażali je w niezbędne środki utrzymania, tak, by mniszki nie musiały już ich szukać na zewnątrz. Do samej zaś wspólnoty należało pilnowanie, aby po pierwsze, zostało zachowane osobiste ubóstwo sióstr, a po drugie, aby także i ubóstwo zbiorowe nie przekroczyło właściwej każdemu zakonowi miary.

Miary bowiem, pomimo tak zacieśnionych możliwości, pozostały nadal różne i zależne od ideałów danego zakonu, a w pewnym stopniu także i od pojęć miejscowych, i od konkretnych ludzi. Zgadzano się, że zakonnice powinny obywać się w życiu codziennym rzeczami tanimi i prostymi, a nieraz i całkiem zrezyg­nować z tego, co wydaje się konieczne. Inaczej, po pierwsze, nie będą mogły się modlić, bo im przeszkodzi troska o stan posiadania; po drugie, marne dadzą ludziom świadectwo o Chrystusie. Czy jednak wobec tego powinny żyć w skrajnej nędzy? Mało komu dane jest takie męstwo, żeby trwać długo w nędzy bez szem­rania. Każdy zakon więc stawał przed problemem znalezienia właściwej sobie równowagi między nadmiarem i niedoborem.

Zdaje się, że niezależnie od tego, co już w Europie powiedziano i napisano w obronie tego czy innego modelu zakonnego ubóstwa, żaden z nich nie jest absolutnie idealny: każdy rozwiązuje wprawdzie jedne problemy, ale za to stwarza inne. Ale też każdy, uczciwie stosowany, pomaga w osiągnięciu założonego celu: wewnętrznej swobody. Dążenie do tej swobody właśnie dyktowało nieustanną troskę o maksymalną prostotę życia codziennego: o tanie sprzęty, tanie habity, tanie potrawy. I drugą troskę: o zwalczanie „proprietarstwa”, czyli niezależnego dysponowania rzeczami, by zakonnica nie stawała się „właściuchą osobkową” – jak tłumaczono łacińskie proprietaria. I trzecią troskę: o wyzbycie się przez siostry przywiązania do wszelkich gratów i przydasiów, choćby małych; to przywiązanie, jak z praktyki wiadomo, nieraz rzeczywiście grozi osobom, które poprzednio bez trudności wyrzekły się dóbr o wiele cenniejszych. Toteż u wizytek wprowadzono zwyczaj, że wszystko, czym się siostry posługiwały na co dzień, było raz na rok zmieniane: „A to tak się ściśle zachowywać będzie, że ani celle, ani łóżka, ani nawet medaliki, krzyżyki, paciorki, obrazki nie będą zawsze jednym siostrom przynależały, lecz te wszystkie rzeczy odmienione będą na końcu każdego roku”. Zdaje się, że był to zwyczaj innym zakonom nie znany. W każdym razie na pewno w wielu zakonach siostry miały prawo posiadać na własność książki: świadczą o tym pozostałe na licznych egzemplarzach podpisy.

Mimo wszelkich jednak ustaw i zwyczajów, mimo autentycznej troski o wewnętrzną swobodę w stosunku do dóbr materialnych, dziedzina ubóstwa pozostała chyba tą właśnie, w której najwięcej było różnic w pojęciach i fluktuacji w zwyczajach. Trzeba pamiętać, że właśnie w Polsce zachodni model ubóstwa, podkreślający przede wszystkim zależność, stykał się ze wschodnim, akcentującym biedę i jałmu­żnę. Nawet wewnątrz Kościoła katolickiego ten drugi ideał reprezentowały u nas przynajmniej niektóre wspólnoty bazyliańskie. Ich ubóstwo, jakkolwiek w oczach prawników „niższe” od łacińskiego, bywało jednak faktycznie o wiele pełniejsze. Kiedy w końcu XVIII wieku cesarz Józef II przystąpił do kasowania w Galicji klasztorów, znalazł tam kilkanaście małych wspólnot bazylianek, które nie mając żadnych funduszy ani dotacji, żyły w skrajnym ubóstwie. Nie zachowywały klauzu­ry, mieszkały w małych chatkach i zarabiały – każda mniszka na siebie – przędzeniem i bieleniem nici, na co w Polsce dano im swego czasu monopol, żeby się mogły utrzymać. Jak widać, one jedne, i to właśnie za cenę życia w dość luźnej wspólnocie, zdołały w owych czasach żyć z pracy rąk własnych! Cesarz Józef wydał na nie z początku dekret kasaty, ale go szybko wycofał, zorientowawszy się w sytuacji. Na zakonnice ze skasowanych klasztorów wyznaczona była bowiem pensja rządowa, mająca umożliwić tym „osobom przywróconym społeczeństwu” utrzymanie się przy życiu. Były to oczywiście groszowe sumy, niemniej zakonnic było w Galicji dość dużo, więc opłacała się ta transakcja tylko wtedy, kiedy po skasowanym klasztorze przechodziły na skarb państwa znaczne majątki; w wypadku bazylianek jednakże rząd musiałby całkiem za darmo wziąć na siebie dodatkowy stały wydatek. Dlatego ich nie skasowano… i mogły się potem znowu rozwinąć.

Otóż w Polsce ten starszy, wschodni wzorzec był znany także zakonom łacińskim. Pojawiał się czasem z powodu rzeczywistego ubóstwa jakiegoś klasztoru: np. Cecylii Zygmuntowskiej, przenoszącej się od benedyktynek sandomierskich do radomskich (a więc z zamożnego do bardzo biednego klasztoru), nakazano „ubóstwa świętego przestrzegać” przez większą oszczędność, co tym łatwiej odtąd miało jej przychodzić, że w Radomiu zakonnice same musiały sobie zarobić albo użebrać od krewnych pieniądze na szaty! Tutaj więc ów stary wzorzec zjawia się jako równorzędny, a dla niedbałej zakonnicy nawet zdrowszy. Czasem był on też kwestią ustaw: np. bernardynkom, które jako tercjarki zachowywały prawo posiadania (chociaż nie rozporządzania własnością!), wolno było swoje dochody, płynące zwykle z ulokowanych na procent sum posażnych, trzymać u przełożonej z przeznaczeniem „na swoją potrzebę albo też niekiedy na pospolitą”. Pamiętamy, że augustianki krakowskie nie miały własnego kościoła; ergo, zmuszone chodzić na Mszę do kościoła Augustianów, nie mogły zachowywać klauzury; ergo, liczyły się również jako trzeci zakon, nie jako mniszki, i własność prywatna była im w jakimś stopniu dozwolona. Ten stopień określają nadane im w roku 1770 ustawy w bardzo ciekawy sposób:

Inwentarze co rok czynić, czyli rejestr tych wszystkich rzeczy albo prowizji wam od Boga i przełożonych ku używaniu pozwolonych spisać sumiennie i oddać przełożonej waszej. Sam siebie oszuka, kto sumiennie nie spisze… Kto nie chce czynić inwentarza zakonnego corocznie, w zakonie żyjący bez niego umiera, ten własności jest pełen i ślub ubóstwa gwałci. Ten na miejscu świętym pogrzebion być nie powinien.

Ale zaraz dalej okazuje się, że nie chodziło bynajmniej o kontrolę, gdyż przełożona nie powinna była czytać tego inwentarza; dopiero po śmierci zakonnicy podczas najbliższej wizytacji sprawdzano według niego stan pozostawionych w celi przedmiotów i rozdawano je ubogim albo zgromadzeniu. Dopiero pod koniec XIX wieku siostry tego klasztoru, z własnej zresztą woli i inicjatywy, przeszły na ścisłą wspólność wszelkich dóbr.

Czasem wreszcie zjawiał się ów starszy wzorzec jako nadużycie, wprowadzane w ciężkim dla wspólnoty okresie, który w jakimś stopniu je usprawiedliwiał – a później już siłą przyzwyczajenia tolerowane, choć wszelkie usprawiedliwienia dawno ustały. Tą drogą zakradło się peculium, własność osobna, do wielu klasztorów podczas wojen kozackich i szwedzkich, kiedy dobra klasztorne leżały spus­toszone, a zakonnice utrzymywały się z darów od rodzin, i jakoś trudno było tym rodzinom tłumaczyć, że to powinno iść do wspólnej kasy… Później zaś zwyczaj tak się zadomowił, że w wieku XVIII w bogatym klasztorze nieświeskim tym zakonnicom, które własnych dochodów nie miały, ksieni dawała z kasy konwenckiej „na potrzeby”, żeby nie były pokrzywdzone. Spotykamy także wynagrodzenia pieniężne, np. w Adwencie „za Sapiencję”, czyli za przygotowanie chóru do tzw. Wielkich Antyfon, wypłacane kantorce regularnie co rok w Nieświeżu i w Starym Sączu; pieniężne prezenty imieninowe itd. Kiedy ksieni benedyktynek poznańskich Anna Czarnkowska wprowadziła tzw. prowizje, czyli pobieranie przez zakon­nice stałych dochodów z procentujących kapitałów, z daru rodzin – zamiarem jej było trzymać to wszystko w kasie klasztornej i przeznaczać wedle potrzeby na wydatki, tak indywidualne, jak i wspólne. Niemniej stąd był już tylko krok do prywatnego rozporządzania tymi dochodami i musiał to być krok łatwy, skoro ksieni na łożu śmierci miała z tego powodu wyrzuty sumienia:

O te prowizje, których pozwolełam dla niedostatku klasztornego, a których nieboszczka panna ksieni, panna Żerońska, pozwalać nie chciała: dla Pana Boga upraszam, aby w tym własnego rozporządzenia nie było! …inaczej miałabym Panu Bogu za co odpowiadać. A jeśliby się która nalazła, co by prowizją według woli swej rozporządzać chciała, tedy lepiej będzie kwitować z prowizji, niżby miała sumienie swoje zawodzić… Upraszam: nie chciejcie, waszmość, mieć rzeczy dwornych i kosztownych, gdyż to wszystko próżność i fraszki: prawda, żem ja też czasem skłonność do tych rzeczy czuła, alem się za nią z łaski Bożej nie udawała.

Takie to ludzkie i takie w życiu częste: na początku drogi widzi się jej całość i wtedy człowiek zakłada sobie cele bardzo wielkie. Potem gubi się w drobiazgach życia i sam nie wie, kiedy zapomina o tym, co ważne, a uśmiechają mu się fraszki. I wreszcie na progu śmierci odnajduje jeszcze raz jasność widzenia. Po to właśnie, żeby sobie z tym problemem poradzić, wynaleziono i ustawy zakonne, i częstą spowiedź, i rekolekcje, i tyle innych zwyczajów i praktyk. Choć nieraz to wszystko, zwłaszcza w okresach trudności albo ludziom z zewnątrz, wydaje się nieznośną, na siłę narzuconą niewolą – w rzeczywistości prawa te mają głównego sprzymierzeńca w sercu samej zakonnicy i dlatego powracają tak uparcie, choć tyle razy bywały już zagłuszane, obchodzone i zarzucane.

Ten sam rytm pamiętania i zapominania odnajduje się także w życiu całych wspólnot i zakonów: to dlatego po okresach powszechnej surowej obserwancji i „żarzliwości” mnożącej przepisy przychodzą nieodmiennie czasy złagodzenia i większej wyrozumiałości dla słabej natury. Początek wieku XVII był u nas takim właśnie okresem surowości, a wiek XVIII okresem złagodzenia. Nawet i tam, gdzie peculium nie istniało lub istniało w formie bardzo ograniczonej, podnosiła się wyraźnie stopa życiowa: coraz lepsze było pożywienie, coraz więcej drobnych wygód życia codziennego. Nie była to zdrada ideałów: po prostu nawet wewnątrz jednej wspólnoty różne są siły zakonnic, ich potrzeby i wytrzymałość. Już św. Benedykt starał się znaleźć taki złoty środek, żeby ani słabych nie zrażać, ani mężnych nie ograniczać w ich pragnieniach. Później zaś w historii usiłowano czasem równać wzwyż, a czasem w dół; osiemnastowieczne przełożone miały względy głównie dla słabych, i o to trudno je ganić, nawet jeżeli ta troska płynęła faktycznie z jakiegoś obniżenia lotu.

A mimo to:

We środę kwietnią do westiarni pospolitej… oddałyśmy odzienia zakonne, chusty i cokolwiek do potrzeby należy. Potem odjęte są zamki, zaszczepki i niepotrzebne skobliki u cel zakonnych… Prowizje i jałmużny, jako też inne dochody klasztorne, to jest z arendy, z prowizji pospolitych, udzielać ma przełożona do szafunku siostrze prowizorce, która wiernie i sumiennie szafując regestrami, ma pokazać, na co wyszedł każdy grosz, z czego się pannom siostrom opatrują potrzeby: habity, futra, chusty aż do ostatniej nitki i zawiązki trzewików…

Który to rok? 1735, a więc epoka na ogół nie wiązana z działalnością reformatorską. Jaki to zakon? Brygidki – niewątpliwie u nas popularne, zwłaszcza na Kresach, ale nie wsławione ani spektakularną świątobliwością, ani surowością przepisów. Po prostu i po cichu, nie ogłaszając się specjalnie z jakąś intencją reformy, zgromadzenie lubelskie z własnej chęci wraca do zgodnego ze swą regułą modelu ubóstwa, ponieważ sobie uświadomiło, że został on od jakiegoś czasu zaniedbany. Widać w większości były tam zakonnice, którym zależało na wewnętrznej swobodzie, wspomagającej modlitwę. Takie nawroty są równie naturalnym zjawiskiem, jak przeciwne im powolne odchodzenie od surowości życia ku większej wygodzie.


Małgorzata Borkowska OSB Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII–XVIII wieku Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).