W hymnie na Boże Ciało śpiewamy: Verbum supernum, prodiens, nec Patris linquens dexteram… Właśnie: Słowo, Syn, przychodzi na ziemię, ale jednak „prawicy Ojca” nie opuszcza; człowiekiem jest na ziemi, Bogiem pozostaje w niebie. Ten hymn to czysta teologia, płynąca z Objawienia. Bo to tylko ludzka wyobraźnia, nie zaś Objawienie Boże, śpiewa „opuściłeś śliczne niebo”, albo „Bóg porzucił szczęście swoje”, albo jeszcze „A nie lepiej Ci było siedzieć sobie w niebie?” Dla naszego doświadczenia jest przecież jasne, że jeśli ktoś gdzieś przyszedł, to z jakiegoś innego miejsca musiał wyjść… Inaczej byśmy sobie tego nie umieli wyobrazić. Ale cóż może robić ta biedna wyobraźnia, skoro nawet autentyczne Boże objawienie z trudem szuka w tej sprawie słów, środków wyrazu, nie mogąc się przecież powołać na żadne ziemskie analogie, użyć żadnego istniejącego już słownictwa. Św. Paweł, kiedy stara się to objawienie, tak jego duszę przepełniające, jakoś przekazać ludziom, pisze:

On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci… (Flp 2,5–8).

Mamy tu pełne przekonanie zarówno o Bóstwie, jak i człowieczeństwie Chrystusa, ale poszczególne słowa są wcale nie zawsze jednoznaczne. Co to jest na przykład „postać” (morfe), najwyraźniej przeciwstawiona „zewnętrznemu przejawowi” (schema)? Jedno i drugie słowo, tak po polsku, jak i po grecku, sugerują raczej wygląd zewnętrzny niż istotę bytu, chociaż w późnej grece morfe obejmuje już swoim zakresem znaczeniowym także „naturę”. Ta „postać” mogłaby sugerować, że Chrystus Bogiem był tylko pozornie – gdybyśmy nie wiedzieli na podstawie tego i wszystkich innych Listów św. Pawła, że czegoś takiego on by nawet pomyśleć nie mógł. Słowa „w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka” mogłyby sugerować, przeciwnie, że Chrystus człowiekiem był tylko pozornie – gdybyśmy tuż przedtem nie przeczytali słów o „istnieniu w postaci Bożej”. Nie bawiąc się w dalsze wyłapywanie językowych trudności Apostoła, usiłującego wyrazić Niewyrażalne – musimy wyznać razem z nim, że nasz Pan jest Bogiem prawdziwym i człowiekiem prawdziwym, i że ten właśnie kontrast między naturą Boską a naturą ludzką, to dobrowolnie przez Niego przyjęte uniżenie, to przysłonięcie Boskiej chwały, przywykliśmy za św. Pawłem nazywać Jego ogołoceniem, kenosis. A w epizodzie przemienienia mamy okazję, żeby rozważyć zarówno realność kenozy, jak i jej granice.

Apostoł wyliczył nam dwa jej etapy, przyjęcie postaci sługi i posłuszeństwo aż do śmierci. Przemienienie ma miejsce jakby w pół drogi, pomiędzy jednym a drugim. Żeby oczom uczniów ukazać się w sposób możliwy do odczytania przez nich jako chwała, Chrystus musi zmienić swój codzienny wygląd; psalmista by pewnie powiedział, że musi odziać się w światło. Ten codzienny wygląd, ta Pawłowa morfe, postać sługi wśród innych sług, to Jego ludzka rzeczywistość, ludzka natura, realny skutek uniżenia. Władca i Stwórca świata bywa tu na ziemi, w swojej naturze sługi, głodny, zmęczony i śpiący; okrywa się zwykłą tkaniną wełnianą, nie specjalnie piękną (św. Piotr do śmierci będzie pamiętał, jaki kontrast do tego normalnego stroju stanowiła biel Jego szaty na Taborze – jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła (Mk 9,3), zapewnia z przejęciem), nie ma nawet stałego schronienia ani stałego źródła utrzymania, idzie do Jerozolimy na pewną śmierć z rąk wrogów, a można przypuszczać, że wspinając się na tę górę, zmęczył się tak samo, jak Jego towarzysze. Realność kenozy. Tyle, że oni z tego zmęczenia zasnęli, a On, jak zwykle, modlił się. I ta modlitwa rozpaliła się takim ogniem, że uczniowie mogli dostrzec – nadal tylko poprzez Jego człowieczeństwo, poprzez postać ludzką – jakiś promyk chwały Jego Bóstwa.

Bo przecież pozostaje w całej swojej chwale ta Jego postać Boża, która nie opuściła prawicy Ojca. Granicą kenozy jest fakt, że On, wbrew tekstom naszych kolęd, swojej Boskiej chwały nie utracił, ale ją tylko zakrył; objawiając się nam w realności swego człowieczeństwa, równie realnie pozostał pełnym chwały Synem Bożym. Epizod Przemienienia jest więc jakby okienkiem na rzeczywistość Bożą, w której Syn jest stale po prawicy Ojca. Jak w niebie, tak i na ziemi, jest sobą; i jak w niebie, tak i na ziemi Jego priorytet streszcza się w słowach: Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja.

Zarazem ten epizod jest kolejnym znakiem wspólnego działania Trójcy Świętej i wyraźnie ogłoszonej aprobaty Ojca dla bliskiej już ofiary Syna. Obecność Mojżesza i Eliasza, którzy z Nim o tym właśnie „odejściu” rozmawiają (por. Łk 9,31), pozwoli uczniom zrozumieć, że cała historia Izraela prowadziła do tego jedynego, kluczowego wydarzenia; pozwoli kiedyś, kiedy przyjdzie czas refleksji: bo na razie są tak zaskoczeni, przerażeni i zachwyceni zarazem, że stać ich tylko na zupełnie nieprzemyślane pomysły. Zbudujemy wam trzy szałasy, przecież nie wypada, żeby na taką chwałę deszcz kapał… i zostaniemy tu już na zawsze. Koniec trudom i problemom, odtąd dla nas już tylko błoga kontemplacja… Kto nigdy nie marzył o drogach na skróty, niech pierwszy rzuci na nich kamieniem.

Ale przy tej okazji warto także zamyślić się przez chwilę nad modlitwą Syna Bożego. W Trójcy Świętej Ojca z Synem łączy jedna żywa Miłość – Duch Święty. Nazywamy Go osobową Miłością, osobową Wymianą, bo jest Miłością i jest Osobą. Przepływając przez ludzką naturę Syna, może też być nazwany osobową Modlitwą. Modlitwa Chrystusa to – aż – Duch Święty.

Syn jako Bóg, istniejąc poza czasem, nieustannie trwa we wzajemnej wymianie Miłości z Ojcem. Syn jako Człowiek działa w czasie, a chociaż nigdy nie wychodzi z tamtego zjednoczenia, musi jednak dzielić swój czas ziemski na godziny poświęcone wyłącznie modlitwie, i te, w których jednocześnie spełnia swoje ziemskie posłannictwo. A są i takie, których Jego ludzka natura wymaga dla odpoczynku i posiłku.

Próbować zrozumieć modlitwę Chrystusa jako Boga to tyle, co próbować zrozumieć Ducha Świętego. Sensowniej jest od razu paść na twarz i adorować. O ludzkiej natomiast stronie Jego modlitwy coś niecoś możemy powiedzieć dzięki Ewangelistom. A przede wszystkim, że oparta była o to, co Bóg ludziom objawił o sobie i o nich, a więc o teksty biblijne. Jego stosunek do tych tekstów był z konieczności nieco inny niż nasz: jako człowiek był wprawdzie ich adresatem, ale jako Bóg był ich autorem, toteż najlepiej wiedział, co znaczą. (Już i Jego słuchaczy uderzało, że naucza „jak władzę mający”, jak ktoś, kto ma prawo decydować o sensie tekstu, wybierać go trafnie i obowiązująco.) Ale Objawienie biblijne zawiera nie tylko mowę Boga do człowieka: poddaje także ludzką odpowiedź, a to głównie w Psalmach. I tą odpowiedzią Chrystus się posługiwał, nawet na krzyżu. Przez wiele wieków naszego czasu czekały wersety Psalmu 51 i 31, żeby faktycznie stać się krzykiem ostatecznego ogołocenia i ostatecznej ofiary Syna: sytuacji opuszczonego i Jego aktu oddania. A wolno się domyślać, że dla tej chwili powstały w wieczności.


Małgorzata Borkowska OSB Jezus, Syn Ojca Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój e-mail nie będzie publikowany. Wypełnij pola oznaczone (*).