Wymowne milczenie w „Regule” św. Benedykta

Czy warto chwalić milczenie dzisiaj, kiedy wszyscy narzekamy na wzrastającą anonimowość i osamotnienie? Jednak jego wartość zachowuje ponadczasowy walor. Po pierwsze daje nam czas, tak potrzebny do wszystkiego, co dobre; po drugie wyzwala od osądzania Boga i bliźnich; po trzecie uczy, że nie wszystko da się wypowiedzieć i są sprawy, które zachowuje się w milczeniu. Te trzy kierunki są naszą potężną bronią przed anonimowością i osamotnieniem – pomagając zbudować prawdziwą wspólnotę. O to jednak jak dobrze zrozumieć i praktykować warunkujące ów cel milczenie, trzeba zapytać mistrzów.

W rozwoju życia monastycznego na Zachodzie kluczową rolę odegrał św. Benedykt (ok. 480–ok. 543). Ten skromny opat, nieznany za życia, pozostawił nam Regułę, która po jego śmierci zdominowała sposób myślenia o życiu poświęconym Bogu na dobre tysiąc lat. Spróbujmy spojrzeć jak Patriarcha mnichów Zachodu rozumiał tytułowy problem, komentując dwa rozdziały jego Reguły: O cnocie milczenia (rozdz. 6) oraz O milczeniu po komplecie (rozdz. 42).

Rozdział 6, O cnocie milczenia (De taciturnitate)

Postępujmy tak, jak mówi Prorok: Rzekłem: Będę pilnował dróg moich, abym nie zgrzeszył językiem; wędzidło nałożyłem na usta, oniemiałem w pokorze i powstrzymałem się nawet od [słów] dobrych (Ps 38,2—3 Wlg). W ten sposób chce nam Prorok wskazać, że jeśli powinniśmy się niekiedy powstrzymywać od mówienia rzeczy dobrych ze względu na milczenie, tym bardziej musimy unikać mówienia złych rzeczy z obawy przed karą za grzechy. Dlatego też ze względu na ważność milczenia, nawet na rozmowy dobre, święte i budujące należy rzadko pozwalać uczniom dojrzałym, bo jest napisane: Nie unikniesz grzechu w gadulstwie (Prz 10,19) i gdzie indziej: Życie i śmierć jest w mocy języka (Prz 18,21). Wypada bowiem, by nauczyciel mówił i uczył, uczeń zaś powinien milczeć i słuchać. Toteż kiedy mamy prosić o coś przełożonego, należy prosić z szacunkiem pełnym pokory i uległości. Nie dopuszczamy zaś nigdy do niestosownych żartów oraz do gadania pustego i pobudzającego do śmiechu; potępiamy je zawsze i wszędzie. Nie pozwalamy uczniowi otwierać ust do takich rozmów.

W pierwszej chwili fragment z Reguły może wydawać się zniechęcający. Zanim spróbujemy lepiej zrozumieć naukę św. Benedykta, trzeba zaznaczyć, że pisał on dla ludzi, którzy chcieli być uczniami, czyli tymi, którzy słuchanie przedkładają nad mówienie. Klasztor benedyktyński, zgodnie z określeniem pochodzącym z prologu Reguły, jest nazywany szkołą służby Pańskiej. Pierwszym warunkiem zrozumienia myśli św. Benedykta jest postawienie się w sytuacji ucznia: dużo nie wiem, chcę się nauczyć, muszę przemyśleć swoje opinie – czy aby na pewno są słuszne. Wynika z tego, że aby móc słuchać, trzeba chcieć się uczyć; aby było to owocne, należy przyjąć czyjś autorytet i zamilknąć, chcąc w ten sposób usłyszeć i potem pojąć.

Źródła monastyczne, aby zostać właściwie zrozumiane, muszą być czytane według norm przeznaczonych dla tekstów starożytnych. Na samym początku trzeba „wyciągnąć” i przemyśleć biblijne cytaty, które zawsze stanowią centrum tekstu; zazwyczaj taka analiza pomaga nam zrozumieć tytuł; reszta zostaje uzupełniona poprzez lekturę pozostałej części dzieła. W interesującym nas rozdziale, czytamy:

Będę pilnował dróg moich, abym nie zgrzeszył językiem; wędzidło nałożyłem na usta, oniemiałem w pokorze i powstrzymałem się nawet od [słów] dobrych (Ps 38,2—3 Wlg). Nie unikniesz grzechu w gadulstwie (Prz 10,19). Życie i śmierć jest w mocy języka (Prz 18,21).

Święty Benedykt tak dobrał fragmenty biblijne, aby dzięki nim stworzyć opis potocznego doświadczenia. Innymi słowami moglibyśmy wyrazić to następująco: chcąc powstrzymać się od grzechów języka, człowiek musiałby nałożyć sobie w usta wędzidło (czyli po prostu zakneblować się), a tocząc wewnętrzną walkę, i tak dozna goryczy oraz tak wielkich napięć, że będzie powstrzymywać się nawet od mówienia słów, które uzna za dobre. Dlaczego? Bo mówiąc zbyt wiele, wcześniej czy później upadnie, pomyli się, to zaś nie są żarty, gdyż ostateczny los człowieka zależy od tego, co mówi.

Tak wielki nacisk na „higienę” wypowiedzi wynika zapewne z napomnienia samego Chrystusa oraz z Listu św. Jakuba (Mt 12,36n.; Jk 3,1–12). Dziś, gdy dużą uwagę zwracamy na same czyny i intencje, przypomnienie o odpowiedzialności za słowo, to wypowiadane głośno i w sercu, rozmyślnie bądź machinalnie, może być czymś oczyszczającym.

Święty Benedykt podaje dwie motywacje milczenia: od słów dobrych człowiek powstrzymuje się ze względu na nie samo (użyty zostaje rzeczownik taciturnitas), od słów złych ze względu na karę za grzechy. O ile drugi przypadek jest oczywisty, o tyle drugi nieco zagadkowy. Czym jest owo milczenie, określone potem w wierszu 3 jako „ważne” (gravitas), dlaczego jest tak cenne, że dla ustrzeżenia go, warto nawet powstrzymać się od dobra, lub też, mówiąc precyzyjniej, dlaczego jest dobrem większym niż dobre rozmowy, dobre mówienie? Aby to zrozumieć, trzeba zaznaczyć, że łacińskie piśmiennictwo monastyczne zna przynajmniej dwa rodzaje milczenia: silentium i taciturnitas. Pierwsze oznacza „nic-nie-mówienie”, brak słów, ciszę itd. Drugie ma walor moralny, wewnętrzny; nie bez przyczyny tłumaczka oddała tytuł rozdziału (De taciturnitate) jako O cnocie milczenia. Aby lepiej zrozumieć to rozróżnienie, przeczytajmy apoftegmat przypisywany abba Pojmenowi:

Powiedział także, iż bywa człowiek, który niby to milczy, ale jego serce osądza innych: ten mówi nieustannie. Ale bywa i taki, który mówi od rana do wieczora, a zachowuje milczenie: to znaczy nie mówi nic niepożytecznego.

Pojmen zwraca uwagę, że milczenie nie polega na byciu niemym, ale na wewnętrznej wolności od nieustannego wyrokowania o życiu i czynach innych ludzi. Paradoksalnie mądry abba nie wymaga, aby niczego nie mówić, ale raczej, by niczego niewłaściwego nie myśleć. Możemy wskazać na tutaj na dwa poziomy. Pierwszy to wolność od przekonania, że wiem wszystko najlepiej; zakładamy wówczas, że warto wsłuchać się w opinie innych ludzi, pozwolić im przemówić i spojrzeć na świat z ich perspektywy. „Ja” milknie, aby mogło dojść do głosu „ty”. Myśl tę można rozwinąć. Postępując w ten sposób zyskujemy nie tylko przystęp do bliźnich, ale także do Boga. Przestajemy mówić jaki On jest, czego chce, a zaczynamy Go słuchać, aby dowiedzieć się więcej. Dla św. Benedykta to słuchanie ma miejsce przede wszystkim podczas liturgii, lektury Pisma Świętego (lectio divina) oraz dialogu toczonego w braterskiej wspólnocie. Zdystansowanie się od własnych opinii pozwala nam spojrzeć szerzej nie tylko na nasze życie, ale także na sprawy wiary. To milczenie wewnętrzne jest warunkiem prawdziwej modlitwy – słuchania głosu Boga, Jego wymownego milczenia jak i Jego Słowa, które przychodzi do nas w sakramentach, Piśmie Świętym, nauczaniu Kościoła, przez głos drugiego człowieka.

Na koniec tego fragmentu – ciekawostka. Może wydać się zastanawiające, że św. Benedykt niechętnie odnosił się do śmiechu. Trzeba pamiętać, że zgodnie ze starym literackim toposem, był on synonimem głupoty. Zwróćmy też uwagę, że potępiony zostaje nie śmiech jako taki, ale ten niestosowny, próżny. Reguła przestrzega w tym miejscu przed łatwo pojawiającym się z upływem lat lekceważącym stosunkiem do życia i ludzi. Taki wypływający z frustracji śmiech, niczego nie wnosi, a już na pewno nie daje odprężenia i dystansu. Wydaje się zresztą, że przeciwieństwem cnoty milczenia jest dla św. Benedykta nie jest mówienie, ale cyniczny, druzgocący każdą słabość ludzką i wszelką świętość, pogardliwy, wszystkowiedzący rechot.

Naszkicowana powyżej wizja milczenia, które charakteryzuje człowieka wewnętrznie zintegrowanego, zasłuchanego w Boga i bliźniego, jest nad wyraz pociągająca. Jak dość do czegoś takiego? Przejdźmy do kolejnego rozdziału, który ujmuje nasz problem od strony „technicznej”.

Rozdział 42, O milczeniu po Komplecie (Ut post Completorium nemo loquatur)

Mnisi powinni przestrzegać pilnie milczenia o każdej porze, zwłaszcza jednak w godzinach nocnych. Dlatego też we wszystkich okresach roku, czy to w czasie postu, czy w czasie dwóch posiłków dziennych, należy postępować w taki oto sposób: Jeśli jest to okres dwóch posiłków, gdy wstaną od kolacji, niechaj usiądą wszyscy razem, a jeden z nich czyta Konferencje, Żywoty Ojców lub cokolwiek innego dla zbudowania słuchaczy, lecz nie Siedmioksiąg ani Księgi Królewskie, gdyż dla słabych umysłów nie jest to właściwa pora do słuchania tych ksiąg Pisma Świętego. Trzeba je wszakże czytać w innym czasie. W dni postne natomiast, zaraz po Nieszporach i krótkiej przerwie, zaczyna się czytanie Konferencji, jak wyżej powiedziano. Należy przeczytać cztery lub pięć kartek lub tyle, na ile czasu wystarczy. Podczas tego czytania powinni się zejść wszyscy, nawet jeśli ktoś byłby jeszcze zajęty wyznaczoną mu pracą. Kiedy więc będą już wszyscy razem, odmówią Kompletę. Po skończonej zaś Komplecie nikomu już nie będzie wolno powiedzieć ani słowa. Jeśli się znajdzie ktoś taki, kto tę regułę milczenia przekroczy, podlega surowej karze, chyba że chodziłoby o konieczną rozmowę z gośćmi albo o wypełnienie polecenia wydanego przez opata. Ale i wówczas niech się wszystko odbywa z wielką powagą i stosowną powściągliwością.

Tradycja monastyczna dużą wagę przywiązywała do milczenia w nocy. Ta pora przeznaczona była na modlitewne czuwanie i odpoczynek. W klasztorze św. Benedykta zachowanie ciszy nocnej było o tyle ważne, że mnisi spali w jednym pomieszczeniu (tzw. dormitorium), zatem jakiekolwiek rozmowy, nawet tylko kilku braci, zakłócałby sen pozostałym. Święty Benedykt radzi, co zrobić, aby uniknąć okazji do rozmowy.

Pierwszym warunkiem jest zgromadzenie się całej wspólnoty najpierw po posiłku bądź po Nieszporach celem wysłuchania głośnej lektury. Święty Benedykt zwraca uwagę na dobór tekstu – nie ma rozbudzać wyobraźni, wspomnień, prowadzić do jakiegoś niepokoju, ale ma wyciszyć przed snem. Rozmowy z Ojcami Jana Kasjana (to bowiem są owe Konferencje wymienione w Regule) zajmują się przede wszystkim zagadnieniem pracy wewnętrznej, modlitwy, pokuty. Aby nie narazić się na pokusę, należy nie tylko unikać okazji do grzechu, ale wręcz szukać możliwości podążenia w kierunku przeciwnym niż sugerować nam może pokusa – stąd taki, a nie inny wybór lektur. Praktykowany zwyczaj dzień po dniu stopniowo przechodzi w nawyk i staje się cnotą. Stąd warto tu zwrócić uwagę na pomoc, jaką daje ceremoniał. Dzisiaj może zbyt lekko podchodzimy do rubryk i przepisów normujących codzienność, widząc w nich krępujący ludzką wolność regulamin. Tymczasem mądrość rytuału polega na uporządkowaniu i uwolnieniu człowieka od zmory nieustannego planowania. Przyjąwszy jasne zasady, znamy nasze obowiązki i wiemy, co i kiedy mamy robić. Żaden przepis oczywiście nie rozwiąże wszystkich problemów, niemniej pomoże nam uzyskać właściwy kierunek tak, że w sytuacjach wymykających się codziennym zwyczajom, będziemy umieli podjąć właściwą decyzję.

Jakie wnioski praktyczne możemy jeszcze stąd wysnuć? Jak stworzyć swój własny ceremoniał milczenia?

Pierwszym i najbardziej oczywistym jest fakt, że milczenie jest zadaniem dla całej wspólnoty – nie ma separować, ale integrować wokół spraw ważnych i świętych. Atmosfera ciszy pomaga skoncentrować się na bliźnich i na Panu Bogu. Milcząc naprawdę, nie jesteśmy samotni i nie pogrążamy się pustkę – jesteśmy razem wokół tego, co jest najważniejsze.

Drugim jest dokonanie przeglądu sytuacji, które generują w nas frustrujący później przymus wydawania opinii o innych. Święty Benedykt radzi, aby unikać sytuacji, które powodują powrót do dawnych ran, a szukać okazji do tego, żeby znaleźć wewnętrzną równowagę poprzez pytanie o sens i cel naszego życia – czyli o miłość Boga i bliźniego.

Trzecim jest zwrócenie uwagi na to, co nas wycisza i skupia, a co rozprasza. Święty Benedykt pisze o stopniowym wyciszaniu się mnicha wieczorem poprzez wspólne słuchanie dobrej lektury i następującą po niej celebrację liturgii godzin. Praktycznie może to oznaczać pytanie o to, jak spędzamy nasz wieczór, czas wolny, o czym myślimy machinalnie.

Czwartym jest refleksja nad tym, ku czemu kierujemy nasze pragnienia i jak budujemy nasze relacje z ludźmi – co nas z nimi łączy? Czy tylko dyskusja o wadach innych, czy mamy im coś więcej do powiedzenia? Aby móc mówić więcej i lepiej, trzeba zawczasu „nasączyć się” tym, co dobre. Stąd tak ważne jest, jak spędzamy czas i czym karmimy naszą wyobraźnię (dlatego św. Benedykt zwraca uwagę na styl rozmów, sposób myślenia i odpowiednią lekturę).

Cnota milczenia (taciturnitas) jest nam zawsze udzielana stopniowo; jej wzrost jest niemal niezauważalny i następuje wówczas, kiedy człowiek stara się być wiernym małym, codziennym praktykom, które wewnętrznie porządkują jego myśli i pragnienia i pozwalają stopniowo uwalniać się od wewnętrznego przymusu bycia sądem najwyższym dla wszystkich i wszystkiego.


Autorem artykułu jest ojciec Szymon Hiżycki OSB, opat tyniecki. Skorzystaj z publikacji:

Pismo Święte w apoftegmatach

Jak pamiętamy, w czasach Ojców objaśniano Pismo Święte według norm egzegezy alegorycznej, szeroko stosując przy tym typologię. Mówiąc o typologii czy alegorii zapomina się najczęściej, że w antyku nie stanowiła ona jedynie spoiwa, które miało scalić obydwa Testamenty, ale wylewało się szeroko poza Biblię, w życie codzienne. W ten sposób Jakub-Izrael stał się typem mnicha, który dąży do poznania Boga, toczy z Nim walkę nad potokiem Jabbok, aż wreszcie staje się Izraelem „widzącym Tego, który jest Niewidzialny”. W podobnym kluczu, zresztą postępując tutaj za popularnym w tej dziedzinie Orygenesem, objaśniano wyjście Izraelitów z Egiptu jako typ podróży z krainy zła i grzechu (tj. Egiptu) aż do Ziemi Obiecanej i kontemplacji Boga, której typem jest góra Syjon ze swoją świątynią, miejscem tronu Jahwe. Właśnie to pozwalało mnichom czytać z fascynacją i pożytkiem takie księgi biblijne jak Księga Liczb, Kapłańska czy Sędziów. Duchowe objaśnienie Pisma, pewna zażyłość ze słowem Bożym, a także pamięciowe opanowanie jego obszernych fragmentów tworzyły pewien klimat, który nie pozostawał bez wpływu na mentalność mnichów i styl ich duchowego ojcowania.

Pismo Święte w apoftegmatach. Uwagi o życiu duchowym w formie scholiów biblijnych

W istocie często w apoftegmatach spotykamy Ojców, którzy objaśniają Pismo Święte (choć równie często możemy przeczytać, że objaśnianie Pisma jest przejawem pychy i zarozumiałości). Miłość do Słowa Bożego, które mnisi w obszernych fragmentach znali na pamięć, jest jedną z charakterystycznych cech apoftegmatów. Czytamy:

Ktoś pytał abba Antoniego: „Czego powinienem przestrzegać, aby podobać się Bogu?” Starzec mu odpowiedział: „Przestrzegaj tych moich nakazów: dokądkolwiek pójdziesz, zawsze miej Boga przed oczami; cokolwiek robisz czy mówisz, opieraj to na Piśmie Świętym; a gdziekolwiek raz już zamieszkasz, nie odchodź stamtąd łatwo. Tych trzech rzeczy przestrzegaj, a będziesz zbawiony”.

Książka w owym czasie pozostawała ciągle towarem luksusowym i trudno dostępnym. Kultura antyczna z kolei jako coś naturalnego dla siebie miała wpisane w dziedzictwo uczenie się długich tekstów na pamięć. Mnisi Pachomiusza musieli się  wyuczyć psałterza i Nowego Testamentu, co było niezbędne podczas liturgii i modlitwy osobistej. Pismo Święte było recytowane w drodze do pracy i podczas powrotu; czytamy, że mnisi powtarzali je w podróży i plotąc kosze. W ten sposób sami stawali się skarbnicami Bożego słowa: tak przynajmniej pisze o tym Jan Kasjan (do którego jeszcze wrócimy) powtarzając jedynie wielkiego Orygenesa.

Ojcowie pokazują z kolei swoim uczniom sens Pisma Świętego, które staje się ciałem w ich codziennym życiu.

Abba Jan z Cel powiedział: „Rozważ dobrze te pięć krużganków Salomona, gdzie leżeli chorzy, chromi, niewidomi i bezwładni: a jeden z nich chorował od trzydziestu ośmiu lat na swoim łóżku. Jezus zapytał: Czy chcesz być zdrowy? Jezus bowiem pozostawia człowieka jego woli. Bo ci kulawi, niewidomi i bezwładni to są złe myśli, mieszkające w człowieku. Jezus więc pozostawia człowieka jego woli, tak że jeśli człowiek chce, Jezus go wysłuchuje, zbawia go i wyrzuca z niego złe myśli” (Etiop. 14, 41).

Nie znamy okoliczności, w którym te słowa zostały wypowiedziane. Redaktor w taki sposób opracował tekst, że każdy z nas może zobaczyć samego siebie jako bohatera przytoczonych słów. Podobne wnioski można wysnuć po przeczytaniu kolejnego tekstu.

Ten sam abba Jan powiedział także: „Te słowa zapisano w Ewan­gelii: «Kiedy Jezus wywołał Łazarza z grobu, Łazarz miał ręce i nogi związane i twarz zasłoniętą chustą; Jezus rozwiązał go i pozwolił mu chodzić». Otóż my mamy ręce i nogi związane, i twarz zasłoniętą przez nieprzyjaciela. Jeżeli więc słuchamy Jezusa, On nas z tego wszystkiego rozwiąże i wyzwoli nas z niewoli wszelkich złych myśli. Będziemy wtedy synami Pana, otrzymamy obiecane dziedzictwo i będziemy synami Królestwa wiecznego” (Etiop. 14, 42).

Wydaje się, że tym, co najcenniejsze w tego typie nauczania, jest tworzenie wrażliwości i pewnej delikatności wobec skarbu Pisma Świętego. Żaden szczegół ani wiersz nie pozostają Ojcom obojętne.

Powiedział także abba Pojmen: „Napisano: Jak jeleń pragnie wody ze strumieni, tak moja dusza pragnie Ciebie, Boże. Otóż jelenie na pustyni często połykają węże i kiedy pali je ich jad, pragną znaleźć wodę, bo pijąc ochładzają w sobie żar od jadu węży. Podobnie i mnichów, mieszkających na pustyni, pali żar złych demonów: więc pragną oni dnia sobotniego i niedzielnego, aby przyjść do źródeł wody, to znaczy do Ciała i Krwi Pana, aby tam się oczyścić od goryczy Złego”.

Abba Pojmen nie opiera swego nauczania na autorytecie własnym, lecz na autorytecie Pisma Świętego. Jest to tym samym wychowywanie do tego, aby podopieczny wcześniej czy później stał się samodzielny i sam spróbował poprzez tekst nawiązać głębszą relację z Bogiem. W pewnym sensie można powiedzieć, że w ten sposób uczył wierności wobec Kościoła; młodszy współbrat, który wsłuchiwał się w słowa swego abba, odkrywał w nich fundament pochodzący z Pisma. W ten sposób była w nim kształtowana lojalność wobec Kościoła jako takiego, który Pismo daje do czytania i je objaśnia. Starszy, doświadczony mnich w tym kontekście pełnił rolę drugorzędną, ponieważ na pierwszym miejscu bezwzględnie królowali Kościół i Słowo Boże.

Czasami pytanie ucznia o konkretny fragment Pisma staje się okazją do nauki o charakterze moralno-antropologicznym:

Inny brat pytał: „Co to znaczy nie oddawać złem za zło?” Starzec mu odpowiedział: „Ta wada ma cztery stopnie: pierwszy w sercu, drugi spojrzeniem, trzeci językiem, czwarty – uczynkiem nie oddawaj złem za zło. Jeżeli już serce zdołasz oczyścić, nie dojdzie do spojrzenia; jeżeli do spojrzenia doszło, pilnuj się, żebyś nie przemówił; jeśli zaś nawet powiedziałeś, prędko zwalcz to w sobie, żebyś uczynkiem nie odpłacił złym za zło”.

We wstępie do księgi opisującej liturgię sakramentu pokuty jest wymieniona możliwość wspólnego rozważania z penitentem jakiegoś fragmentu Pisma Świętego. Oczywiście należy dostosować  osoby i sytuacje w tym względzie, niemniej zacytowane wyżej teksty pokazują wyraźnie nie tylko jak stara było to praktyka, ale także jak bardzo owocna.


Szymon Hiżycki OSB Kierownictwo duchowe według Ojców Pustyni Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Święcenia kapłańskie wyrazem pychy? Rola sakramentów u mnichów

Szymon Hiżycki OSB: Jaka była w życiu mnichów rola sakramentów?

Prof. Ewa Wipszycka: Sprawa nie jest prosta. Kiedy zajmowałam się Żywotem św. Antoniego, napisanym przez sw. Atanazego, czymś, co mnie bardzo zdumiewało, był brak wzmianek o Mszy. Nie tylko o niej nigdzie się nie mówi, ale logika Żywota nie zostawia dla niej miejsca w dwóch ważnych okresach życia Świętego: w czasie wieloletniego pobytu św. Antoniego w forcie i w eremie na głębokiej pustyni, blisko Morza Czerwonego.

Świadectwo Atanazego musi być przez nas traktowane poważnie, znał on przecież środowisko Antoniego. Gdyby sądził, że udział w Mszy Świętej jest bezwzględnie ważny, dodałby wzmiankę, że ktoś nosił mu na pustynię komunię świętą. Atanazy ani przez chwilę nie wątpi w ortodoksyjność pierwszego pustelnika. Przez pierwsze dziesięciolecia Msza musiała być po prostu trochę w cieniu.

Czy taką powściągliwość w tej materii znajdziemy w innych tekstach  monastycznych?

To nie jest postawa przyjęta powszechnie, ale istnieje i wspomina się o niej. Mnisi nieuczestniczący systematycznie w Mszy, pojawiają się w tekstach opowiadających o wcześniejszych, „bohaterskich” pokoleniach ojców założycieli.

Niektórzy uczeni sądzą, że taki obojętny stosunek niektórych mnichów do Eucharystii jest wynikiem silnego wpływu Orygenesa. W każdym razie w drugiej połowie IV w. rozpowszechnia się przekonanie, że mnich we Mszy powinien brać udział w każdej sytuacji. Jednak w niektórych tekstach literackich, nasyconych elementami fantastycznymi, z akcją umieszczoną gdzieś wśród piasków Sahary, mnisi żyją samotnie i troszczą się nie o brak Mszy, ale o to czy znajdzie się ktoś, kto pochowa ich szczątki. Oczywiście mamy do czynienia z „rzeczywistością literacką”, stwarzaną przez autorów, jednak trzeba ją potraktować na serio. Do pomyślenia była świętość bez Eucharystii.

A jak było ze święceniami?

Mnisi mieli niejednoznaczny stosunek do ordynacji. Była duża grupa takich, którzy stali na stanowisku, że diakonat czy prezbiterat są przeznaczone dla ludzi doskonałych. Znamy opowieści, przypisane różnym ważnym mnichom, którzy odmawiali przyjęcia święceń. Miały one na celu przekonanie mnichów, że nie wolno do święceń dążyć, bo to jest wyraz pychy. Ale z drugiej strony trzeba pamiętać o tym, że środowiska monastyczne potrzebowały kogoś do celebrowania Mszy. Z biegiem czasu chęć posiadania święceń robiła się coraz silniejsza.

Czy możemy powiedzieć, w którym momencie te tendencje zaczęły się pojawiać?

Teksty literackie sugerują wiek V. Wykopaliska zdają się wskazywać na wiek VI i VII. Mianowicie w najstarszych eremach, które zostały odkryte w Celach, widzimy wyłącznie oratoria, to znaczy duże cele, w których znajduje się nisza pokazująca kierunek wschodni. W tej celi mnich się modlił. Potem zaczynają pojawiać się najpierw małe, a potem całkiem spore pomieszczenia, z ołtarzem,  przeznaczone do celebrowania Mszy. Podam przykład. W jednym z eremów, odkrytym w Celach, jest taka właśnie sala, która może pomieścić ponad 100 osób. Tymczasem w eremie mieszkało kilku mnichów. Archeolodzy od razu powiedzieli, że odprawiano tam Msze dla pielgrzymów. Nie jest to wyjaśnienie do przyjęcia.

Dlaczego?

Ponieważ w tym ośrodku istniało jednocześnie kilka eremów z podobnymi. „wewnętrznymi” kościołami.

Po co więc mnisi wznosili takie duże budynki?

Może trochę ze względu na ambicje. Mnich ma święcenia i jednocześnie stać go na to, żeby sobie zbudować własny kościół, chce odprawiać Mszę w swoim własnym kościele, systematycznie i, co więcej, chce mieć do dyspozycji porządny kościół, a nie jakąś celę – kaplicę, w której jest jedynie dość miejsca dla mieszkańców eremu.

Czy te kościoły były konsekrowane przez biskupa?

Nie sądzę. Przynajmniej nie zawsze. Żyli w nich święci ludzie i święci w nich się modlili. I to wystarczało za ryt konsekracyjny.


Ewa Wipszycka, Szymon Hiżycki OSB Mnisi – nie tylko ci święci Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Kobieta – ascetka?

Szymon Hiżycki OSB: Pani Profesor, a jak to było z kobietami?

Prof. Ewa Wipszycka: Analogicznie jak w przypadku mnichów, z pewną jednak różnicą. Muszę zacząć od przypomnienia, że zanim nastały czasy mniszek, był czas ascezy domowej, gdy kobieta nie opuszczała domu, oddając się modlitwie i  postom. Popularność tej formy życia nie zmniejszyła się także po narodzinach monastycyzmu. Nawet kiedy ruch monastyczny nabiera coraz większego rozpędu, trwa dalej asceza domowa, przynajmniej aż do końca starożytności, a jestem głęboko przekonana, że tak samo była popularna  w średniowieczu. Często zdarzały się przypadki, że kobieta chciałaby pójść do klasztoru, ale były tysiące powodów, dla których nie mogła opuścić domu: byli chorzy członkowie rodziny, dzieci… Bywało i tak, że bliscy naciskali na to, by kobieta, zazwyczaj bardzo młoda,  wyszła za mąż i źle widzieli jej ascetyczne skłonności. W zamożniejszych domach, mających ziemię, kwestie ekonomicznych interesów rodziny stały najwyżej i dziewczyna była najczęściej tylko kartą w rodzinnej strategii. Młoda mężatka, która w skrytości serca marzyła o życiu zakonnym, nie miała innego wyjścia, jak praktykowanie ascezy domowej. Trzeba także pamiętać o wdowach, decydujących się na pozostanie we wdowim stanie z dziećmi i wnukami, obowiązkami domowymi. Taka kobieta musiała zostać w domu…

A co wiemy o pierwszych mniszkach?

Pierwsza grupa mniszek zgromadziła się pod przywództwem siostry św. Pachomiusza w końcu lat 20. IV w. Maria, bo tak miała na imię, przyszła odwiedzić brata, ale on nie chciał z nią rozmawiać. Zaproponował jej jedynie, aby pozostała w pobliżu klasztoru i rozpoczęła życie mniszki. Święty Pachomiusz liczył, że przyjdą inne kobiety i do niej dołączą. I rzeczywiście tak się stało.

Czyli mniszki żyły obok klasztoru męskiego?

Istniały  klasztory podwójne, wspólnota żeńska bytowała w pobliżu klasztoru męskiego. Oczywiście autonomia żeńskiej wspólnoty przyłączonej do wspólnoty męskiej była ściśle ograniczona, ale siostry korzystały z pomocy materialnej i organizacyjnej dostarczanej przez braci. To oni prowadzili katechezę i oni, rzecz prosta, odprawiali Msze. Istniały też klasztory żeńskie w pełni samodzielne.

Co odróżnia monastycyzm żeński od męskiego?

Monastycyzm kobiecy zaczął się od razu od formy klasztoru. Nie znam żadnej laury kobiecej i nie znam anachoretyzmu kobiecego. Informacje o świętych pustelnicach pojawiające się w źródłach należą do świata literackiego, a nie świata rzeczywistego. W źródłach pozaliterackich nie ma najmniejszych śladów o kobietach na pustyni. Biorąc pod uwagę starożytne obyczaje i  pozycję kobiety w społeczeństwie i w Kościele, nie za bardzo jestem skłonna uwierzyć w istnienie eremitek.

To po co w takim razie pisano o nich teksty?

Bo literatura nie tylko opisuje, ale także buduje własny świat i ogromnie lubi tworzyć sytuacje paradoksalne. Kobieta – ascetka na głębokiej pustyni udająca eunucha (nie miała zarostu, to poważny kłopot, jakoś trzeba było wytłumaczyć, że nikt z braci nie zorientował się w płci brata) – temat to niezwykle efektowny i w sam raz dla pełnego fantazji autora.

Mniszki, te rzeczywiste, w klasztorach, były traktowane przez obserwatorów raczej złośliwie. Wyrażał się w tym antyfeminizm, bardzo pospolity w cywilizacji antycznej. Od wieków układano listy wad kobiecych, oskarżano je o głupotę, niestałość, brak silnej woli, kochliwość, nawet w wieku zaawansowanym (rozpustne sześćdziesięciolatki…). Wśród autorów piszących o mnichach w Egipcie znam tylko jednego, Palladiusza, który nakreślił kilka przychylnych kobiecych portretów. Mamy nieco apoftegmatów, których bohaterkami były ascetki, wygłaszające rozmaite nauki. Budzą one we mnie żywą podejrzliwość.

Ależ dlaczego?

Gdyż większość opowieści i nauk, jakie miały wygłaszać „Matki Pustyni” (to współczesny termin, wprowadzony przez benedyktynkę, siostrę Benedyktę Ward, tłumaczkę apoftegmatów) jest niezwykle banalna, pozbawiona w większości związku z kobiecością ich autorek. Jest tylko kilka apoftegmatów (na 47 przypisanych konkretnym mniszkom), które zawierają jakąś ciekawą opinię, indywidualną refleksję. Tych kilka apoftegmatów skłania mnie do odrzucenia pomysłu traktowania całej kobiecej grupy jako literackiego wymysłu. Ponadto gdybyśmy tak postąpili, nie potrafilibyśmy wyjaśnić, dlaczego w ogóle te apoftegmaty zamieszczono w Księdze Starców. Ich autorzy i redaktorzy nie musieli się trzymać zasady „political correctness”, tylko dlatego, że mniszek było dużo i wypadało je uhonorować. Łatwiej przyjąć, że kilka z nich było sławnych z pobożności i inteligencji. Jednak nie za wiele o nich wiedziano, gdy przyszło do zapisania tradycji, za mało było zindywidualizowanych opowiadań, na to miejsca wprowadzono poglądy ogólnie przyjęte.

Dlaczego kobieta była tak postrzegana?

Kobiety były postrzegane jako słabe i głupie. W tekstach monastycznych często powtarza się motyw kłócących się kobiet. Palladiusz, ogólnie mniszkom życzliwy, opowiada nam, że pewien kapłan kierujący życiem duchowym kobiet ze sporego klasztoru, ostatecznie  zdecydował się prowadzić swoją misję  z izdebki na piętrze, całkowicie od wnętrza odciętej, tylko jej okno wychodziło na dziedziniec. Ów mąż przemawiał do sióstr, a mniszki kłóciły się na dole. Znajdziemy jednak dowcipną opowieść w Rozmowach Kasjana, jak to pewnego mnicha, gardzącego kobietami, powaliła taka choroba, że nikt nie chciał się nim opiekować poza mniszkami.

Czy wspólnoty mniszek były stabilne?

Jeśli weźmiemy pod uwagę sprawy ekonomiczne, to zdecydowanie nie. Kiedy przyszli Arabowie, klasztory żeńskie upadły w pierwszej kolejności. Przed najazdem arabskim nie  mogłyby one przetrwać w warunkach miejskich, gdyby nie notable, którzy osłaniali klasztory swoim autorytetem i dostarczali pomocy finansowej. W społeczności muzułmańskiej taki układ już nie funkcjonował i ucisk fiskalny przyczynił się do upadku klasztorów żeńskich.

Pani Profesor, ostatnie pytanie, może trochę przewrotne… Czy mnisi się śmiali?

Czy mnisi się śmiali? Nie widzimy śmiejącego się mnicha. Widzimy ich często, gdy płaczą, bo powinni nieustannie płakać nad swymi grzechami. O łaskę łez mnisi się modlili. Ale jest też taki  przepiękny apoftegmat opowiadający jak św. Antoni żartował z mnichami, a gdy pewien zgorszony myśliwy wyraził dezaprobatę, starzec kazał mu napiąć łuk do takich granic, że mógł łatwo pęknąć. Konkluzja: „Tak jest i z dziełami Boga, jeśli zbyt wiele będziemy wymagać, bracia się załamią”. Pewnie żartując, Antoni się śmiał…

W starożytności płacz odgrywa w życiu indywidualnym bardzo ważną rolę. Natomiast śmiech jest czymś, co nie powinno mieć miejsca, jest traktowany jako dowód głupoty,  a mnisi powinni myśleć o wszystkich rzeczach, które powstrzymują od śmiechu. Płacz był czymś pożądanym. Bohaterowie Homera płaczą w najrozmaitszych sytuacjach. Neron zbierał łzy do szkatułki, a mnich opłakiwał swoje grzechy w oczekiwaniu na śmierć.


Ewa Wipszycka, Szymon Hiżycki OSB Mnisi – nie tylko ci święci Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC